Wydanie: PRESS 03-04/2026

Oświecenie

Najbardziej aktywy zawód świata. I nagle emerytura.

Nigdy nie byłem pracownikiem mediów – mówi Seweryn Blumsztajn, były redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. – Moje pierwsze artykuły to teksty do nowo powstałego „Biuletynu Informacyjnego Komitetu Obrony Robotników”. Okazały się wyraźnym wyborem mojej drogi życiowej. Chciałem naprawiać świat, miałem głowę w chmurach, wierzyłem, że obalimy polityczny układ, który wtedy panował w Polsce. Bawiło mnie to i satysfakcjonowało – bo na naszych oczach z kilkustronicowej gazetki rośliśmy w dziesiątki stron pisma ważnego, powszechnie czytanego i wywołującego reakcje władz. Pamiętam, jak kolega mnie kiedyś poganiał: Hej, kiedy wypuścicie wreszcie kolejny numer? – A tobie co tak spieszno? – dziwiłem się. On na to: Nie mnie, to towarzysz Gomółka stale wypytuje i czeka. – To uskrzydlało. Nie dość, że pisałem prosto z serca i głowy, to jeszcze były tego wymierne rezultaty.

– Braci Jarka i Lecha Kaczyńskich poznałem na którejś ze zbiórek harcerskich – wspomina Blumsztajn. I dodaje: – To byli chłopcy z szanowanej, porządnej, inteligenckiej rodziny żoliborskiej. Ich mama w Instytucie Badań Literackich przez wiele lat zajmowała się twórczością Leona Kruczkowskiego, który przecież należał do PZPR. Ojciec – inżynier, walczył w AK. Chodziły plotki, że nie jest dobry dla żony. Mimo wszystko nie rozumiem, jak to się stało, że dziś Jarek, syn zagorzałej polonistki, mówi: „lubiem mojom kotke”. Gdzie zgubił „ę” i „ą”? I dlaczego jest takim zagorzałym antysemitą?

Gdy tylko powstała, wstąpił do „Solidarności”, współorganizował jej Agencję Prasową, redagował związkowe pisma „AS” i „Głos Wolny”. Aż wreszcie dostał wymarzony paszport na Zachód. Wyjechał do Francji w październiku 1981 roku, miał tam rodzinę, stamtąd pisał do Polski o tym, jak idea solidarnościowej rewolucji rozlewa się po Europie. Miał wrócić do kraju 8 grudnia 1981 roku. Zachorował na grypę, przełożył lot na 20. – No, ale wtedy było już po ptakach – kiwa głową. – Zostałem w Paryżu, zbierałem pieniądze dla „Solidarności”, tworzyłem polskie biuletyny, działałem. Wróciłem w 1989 roku i nadal oddawałem serce, rozum i umiejętności wolnej Polsce. Myślałem, że jestem wybrańcem losu, bo mogę żyć w czasach, kiedy wykuwa się nowa rzeczywistość. Dziś, gdy na to patrzę, nie żałuję ani chwili, nie rozumiem tylko, do czego zmierza ten dzisiejszy świat.

Emerytura nie jest dla niego żadnym zesłaniem. – Sam się oddaliłem od gazety. Powoli, ale skutecznie. Nie dla mnie media społecznościowe, influencerzy, cyfryzacja na każdym kroku.

Z redakcji odchodził łagodnie. Raz w tygodniu redagował jeszcze główne wydanie „Wyborczej”, wybierał artykuł na jedynkę, poprawiał go, dobierał zdjęcia. Wcześniej prowadził też „Gazetę Stołeczną”. Co robi dzisiaj?

– Jak czytam książki, to papierowe – uśmiecha się łagodnie. – Jak rozmawiam, to z ludźmi, a nie z maszynami. Jestem w swojej bańce, w niej się zamknąłem, a na to, co się dzieje na zewnątrz, patrzę z bezradnością. Mam 80 lat. To wiek, w którym człowiek najczęściej spotyka się z lekarzami. I tyle. Ani płakać, ani się śmiać z tego emerytalnego funkcjonowania.

Co się zmieniło w jego życiu? Nigdzie się nie spieszy. Delektuje się kawą, a nie wychyla ją chybcikiem, bo trzeba biec na jakąś konferencję. Przygotowuje się na kolejne obchody rocznicy KOR-u spokojnie, z pietyzmem, elegancko.

Czyta niespiesznie z papierowych stronic genialną biografię Włodzimierza Brusa i Heleny Wolińskiej.

Teraz prawdziwie smakuje obiady z żoną, kolacje z córką i wódka wypita podczas spotkań z przyjaciółmi.

TOK FM O PORANKU

Radia słuchało się w jej domu uważnie. Obojętnie, czy była to audycja polityczna, sportowa, czy teatr – Wolna Europa, BBC, Program I Polskiego Radia. Wszystkie te rozgłośnie były pierwszą szkołą dziennikarstwa dla Janiny Jankowskiej.

– Próbowałam znaleźć pracę w różnych gazetach tuż po studiach – wyznaje. – Składałam życiorys do redakcji „Filipinki”, „Kobiety i Życia” i innych pism, ale zewsząd dostawałam odpowiedzi takie, jakie się dostaje i dzisiaj: „Bardzo nas cieszy pani chęć… i tak dalej, ale niestety w tej chwili nie mamy wakatu”.

Nie chciały jej pisma, więc poszła szukać szczęścia do radia. Dostała się, była dziewczyną od spraw oświatowych. Nad przeciętność wyniósł ją reportaż o młodych zabójcach pewnej osiedlowej handlarki gorzałką. – Wtedy można było brać udział w rozprawach sądowych. Zmontowałam więc z głosów świadków i młodych zabójców opowieść przypominającą „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego. Przed oczami mam scenę, w której sędzia wydaje wyrok śmierci na obydwu sprawców, ich oczy, okrągłe ze zdumienia. I nagły krzyk jednego z nich, chudego, pryszczatego chłopaczka: – „Ale za co?! Przecież ja mam dopiero 21 lat”…

***

To tylko fragment tekstu z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj go w całości w magazynie.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Aleksandra Miedziejko

Aby przeczytać cały artykuł:

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.