Wydanie: PRESS 03-04/2026
Jak traciłem pracę
GRZEGORZ DOBIECKI: Sprawy zawodowe mam formalnie domknięte. Chociaż niezupełnie, jedna rzecz mnie trapi od dawna.
Chwała przodownikom pracy, którym całe życie zawodowe upływa w jednej firmie. Na ruchomych piaskach dziennikarstwa udaje się to jednak nielicznym. Jeśli ich redakcja czy stacja trwa jak opoka, oni etatowo w nią wrośnięci zyskują cenne poczucie stabilizacji i racji, wartości i przydatności. Coś jednak tracą: doświadczenie zmiany zatrudnienia. Osobliwie wtedy, gdy wcale sobie takiej zmiany nie życzą. Na ostre zakręty dziejów, na okrutne prawa rynku oraz na tzw. układy nie ma jednak rady.
Pierwszej pracy pozbawiła mnie Historia ubrana w mundur naczelnego generała Ludowego Wojska Polskiego. Ledwie zdążyłem się zadomowić i zakochać w radiu (wtedy było tylko jedno), a już wyprosił mnie stamtąd Wojciech Jaruzelski. No, kawalerze – powiedział z ekranu telewizora 13 grudnia – twoja sytuacja przedstawia się marnie. Opozycjonista z ciebie żaden, tylko tak się złożyło, że jako początkujący dziennikarz trafiłeś na karnawał względnej swobody. Teraz więc uznasz, że pracując pod rozkazami czerwonej junty, straciłbyś cnotę i sprzeniewierzył się powiewowi wolności. Czyli do Polskiego Radia nie wrócisz. Twoje życie towarzyskie i uczuciowe też się rozleci. Układaj wszystko na nowo.
DYLEMATY
Jego szczere żołnierskie słowa przyprawiły mnie o ból duszny oraz syndrom Yossariana. Jak pamiętamy, bohater „Paragrafu 22” był przeświadczony, że wojna toczy się wyłącznie po to, by on, Yossarian, został zabity. Ja, nie mniej zaburzony emocjonalnie, rozumowałem (?) podobnie: zasadniczym celem wprowadzenia stanu wojennego jest wywrócenie mi życia do góry nogami, poczynając od odebrania sensu dalszej pracy. A kolejne kłopoty już czyhały, rzeczywistość szczerzyła popsute zęby. Z mocy dekretów za niesubordynację w jednostce zmilitaryzowanej – Polskie Radio taką jednostką się stało – groziły rozmaite nieprzyjemności. Do kary śmierci włącznie. Tu do akcji wkroczyli psychiatrzy. Zacni lekarze wystawiali uchylantom tzw. żółte papiery. A choćby tylko żółtawe. Na wariackim „chorobowym” nie traciło się ani twarzy, ani zarobków. Z dobrym samopoczuciem bywało gorzej, zwłaszcza wobec kolegów wyrzucanych z mediów na bruk. Na wielu z nich spadł odgórny Berufsverbot, niepodlegający negocjacjom.
Dyskusje prowadzone z samym sobą to co innego. Czy jednak nie skończyć z bojkotem, nie przełamać własnego frontu odmowy? Kusiła neo-Trójka, budowana na zgliszczach starego Programu Trzeciego. Zimą rozpędzili go na cztery wiatry wojskowi komisarze polityczni. Wiosną do dzieła odnowy została oddelegowana redakcja młodzieżowa (w której wciąż formalnie byłem zatrudniony) pod dowództwem Andrzeja Turskiego. Anonsując otwarcie medialnego wentyla bezpieczeństwa, prezenter Dziennika Telewizyjnego kapitan Nowakowski życzył kolegom z Trójki wszystkiego najlepszego. Uznałem dumnie, że nie, jego kolegą nie zostanę. Być może był to błąd strategiczny, gdyż właśnie tam, w Trójce skleconej na nowo, miał nastąpić wysyp karier na nadchodzące czasy. A ja tę solidną perspektywę zamieniłem na tułaczkę emigranta.
SOCIALISME A LA FRANCAISE
We Francji prognozy generała sprawdziły się częściowo. Życie towarzyskie uległo redefinicji, życie uczuciowe początkowo znacznemu spustoszeniu, chociaż akurat miłość do radia znalazła spełnienie. Zatrudnienie w Radio France Internationale po okresie dziadostwa i pętactwa przyniosło skromną stabilizację. Redakcja polska – jak wszystkie inne sekcje RFI – była częścią francuskiego organizmu państwowego. A to oznaczało bezpieczeństwo socjalne, w tym praktyczną nieusuwalność z posady aż do emerytury. Złota robota, zakładowa stołówka z winem, premie, wczasy pracownicze na Rivierze, socialisme à la française. W dodatku świetna ekipa w redakcji i wyrozumiały szef Kazik Piekarec (R.I.P.). Dla ówczesnych władz w Warszawie RFI była jednym z tzw. ośrodków antypolskich, nie mówiąc już o emigracyjnym magazynie „Kontakt”. Praca w obu tych miejscach odcinała mi powrót do PRL, tym bardziej więc korzenie wrastały we francuską glebę, już także rodzinnie.
Aż Historia wzięła kolejny ostry wiraż i posypała się emigracyjna motywacja. Generał, tym razem w garniturze oraz w towarzystwie tych, których jeszcze niedawno gnębił, znowu wysłał swój sygnał: układaj wszystko od nowa. W kraju nastała słodka wolność. Polskie audycje i opozycyjne ośrodki z zagranicy traciły rację bytu. Wcale nie było łatwo się z tym oswoić. Krążyło między nami ironiczne, ale też dość bolesne pytanie: i komu to przeszkadzało? Plany przecież mieliśmy dalekosiężne, włącznie z przekształceniem „Video-Kontaktu” w antyreżimową telewizję satelitarną. A tu masz, komuna upadła, wszystko na nic.
SPALONE MOSTY
Nową życiową układankę ułatwił niespodziewany telefon z Warszawy. Telewizja Polska – głosem czyim? Andrzeja Turskiego! – zaproponowała mi rolę korespondenta we Francji. Zgodziłem się właściwie od razu. – No, a etat w RFI, a przywileje socjalne, a solidna emerytura? – pytał wtedy z przestrogą w głosie kolega z redakcji. Odpowiedziałem: – Człowieku, co ty mi tu o emeryturze, jak takie zawodowe atrakcje przede mną... I się z francuskiego radia wypisałem, spaliłem mosty. Tu l’as voulu, Georges Dandin. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
***
To tylko fragment tekstu z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj go w całości w magazynie.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona
Grzegorz Dobiecki
Aby przeczytać cały artykuł:
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter


