Wydanie: PRESS 03-04/2026

Gwóźdź programu

Z Edwardem Miszczakiem, dyrektorem programowym telewizji Polsat, rozmawia Michał Marszał.

Edward Miszczak, urodzony 18 marca 1955 roku w Jaśle. Pamięta Pan swój pierwszy kontakt z mediami? To było chyba za późnego Gomułki? Dobrze myślę?

Zacząłem studia na uniwersytecie w siedemdziesiątym piątym…

Ale jako odbiorca mediów.

Największą medialną lekcją, którą dostałem od rodziców, szczególnie od ojca, było wyniesienie telewizora na strych.

Za jaką zbrodnię taka kara?

Kiepsko szło mi w szkole i ten telewizor na strychu był trzy–cztery lata. Nie było żadnej siły, żeby go stamtąd ściągnąć.

I nikt w domu przez to telewizji nie oglądał?

Nikt, rodzice też nie. To wytworzyło jakąś presję, rodzaj czaru. Pracuję jako człowiek mediów od pół wieku. Moja siostra jest dyrektorką programową RMF w Krakowie, a brat – producentem i nadawcą telewizji kablowej w Krośnie.

I wszystko to przez wyniesiony na strych telewizor?

Tak to po latach interpretuję. Nasza droga była długa. Dzisiaj pracuję z ludźmi, którzy są z wielkich miast, są po Harvardzie albo innych zagranicznych studiach, a ja jestem z przedmieść Jasła, więc trochę trwało, zanim się człowiek dopchał do dobrego pociągu, który jechał w stronę Warszawy.

Ja jestem rocznik 1987 i pierwszy raz zobaczyłem Pana w TV w „Celi nr” w 1999 roku. Byłem jeszcze dzieckiem. Rodzice nie pozwalali tego oglądać, więc tym bardziej chciałem. Siedzi niepozorny facet, a naprzeciwko niego – często na wyciągnięcie ręki – najgroźniejsi bandyci w Polsce. Szczególnie zapamiętałem jednego. Celowo zaraził się wirusem HIV i jeszcze potem częstował tym innych. Jaką lekcję dyrektor programowy może wynieść z więzienia?

Pokorę i zrozumienie, że media to nie tylko blichtr, ale przede wszystkim konfrontacja z ekstremalną prawdą o człowieku. „Cela” była dla mnie przyspieszonym kursem psychologii i etyki. W mediach często szukamy sensacji, a ja tam musiałem szukać człowieka. Minister sprawiedliwości Barbara Piwnik miała do mnie pretensje, że „daję ludzkie oblicze zwyrodnialcom”. Ale ja uważałem, że ten program ma ogromny walor edukacyjny. Pokazywałem młodych Polaków, którzy za parę butów czy 10 tys. dolarów marnowali sobie życie, dostając 16 lat w peruwiańskim piekle. Bo jeden przelot z narkotykami w brzuchu wydawał się im niewielkim ryzykiem.

Przy okazji robienia sobie jaj w internecie wylicytowałem kiedyś na WOŚP dzień pobytu w więzieniu w Białej Podlaskiej. Wszystko jak w rzeczywistości: kajdanki, drelich, jedzenie plastikowymi sztućcami, nawet zaglądanie do tyłka, by sprawdzić, czy niczego nie przemycam. Pouczające doświadczenie, zarówno życiowo, jak i dziennikarsko.

Owszem, ta przestrzeń skłania do refleksji. W więzieniu nie możesz wziąć strażnika do celi, bo więzień nie będzie szczery – będzie zerkał na funkcjonariusza. Musiałem zostawać z nimi sam na sam, często ryzykując. Pamiętam więźnia w Brazylii, który tuż przed wejściem kamer dostał cynk od mafii: „Jak jutro będziesz rozmawiał z telewizją, to pojutrze będziesz w worku”. W mediach walka o prawdę często kończy się na etapie montażu, tam ta walka trwała o życie bohatera. Musiałem decydować, czy materiał jest wart jego bezpieczeństwa. To uczy odpowiedzialności za słowo, której dziś w mediach społecznościowych brakuje.

Pomaga to dzisiaj w zarządzaniu ramówką Polsatu?

Naturalnie, praca przy „Celi” nauczyła mnie czytać ludzi. Dowiedziałem się, że morderca jest w stanie wytrzymać swoją wersję historii przez siedem lat, potem psychika pęka i zaczyna się relatywizowanie. To jest wiedza bezcenna przy tworzeniu reality show czy programów publicystycznych. Widzę, kiedy ktoś gra, a kiedy jest autentyczny. Nawet jeśli robimy wielką rozrywkę, to musi być ona oparta na autentycznych emocjach.

Dziś taka „Cela nr” też miałaby wzięcie?

Świat się zmienił, dziś mamy nadmiar bodźców. Kiedyś ukrzyżowanie trzynastu więźniów w Guayaquil, o którym opowiadałem, było tematem na cały kraj. Dziś taka informacja żyje w internecie przez 15 minut. Moim zadaniem w Polsacie jest sprawić, by widz zatrzymał się na programie dłużej. Telewizja musi oferować coś więcej niż tylko szybki news – musi oferować przeżycie. Ale ten reporterski pazur, to szukanie tam, gdzie inni boją się zajrzeć, wciąż we mnie siedzi. To jest ten klej, który sprawia, że telewizja, mimo konkurencji streamingu, wciąż jest najważniejszym medium kreującym masową wyobraźnię.

Zaczęliśmy od kary z telewizorem. Czy jeśli czytają nas rodzice, którzy myślą o medialnej karierze swojego dziecka, to powinni zabrać mu smartfon i oddać dopiero za kilka lat?

Nie, bo jak ci jest pisane, że poczujesz boski dotyk, to i tak będziesz do wyższych rzeczy stworzony. Tworzę gwiazdy, to nie jest masowa produkcja. Ja to roboczo określam: „musi cię Bozia lubić”. Jesteś wierzący czy niewierzący, nieważne, musisz poczuć dotyk Wielkiego Imperatywu.

Jak się tworzy gwiazdy?

Znam cztery, pięć nazwisk aktorskich, które sprzedadzą każdy serial masowej publiczności. Jest jakimś polskim dramatem, że gdy pojawiają się większe budżety, to wszędzie muszą być te same duże gwiazdy. A ja uważam, że miks – mamy trzy, cztery duże nazwiska, a obok dodajemy trochę młodszych ludzi, żeby zostali pociągnięci przez tych wielkich – to jest najlepsze rozwiązanie. Trzeba dać szansę młodym, żeby dostali się na ten swój pociąg z Jasła do Warszawy.

Przylgnęła do Pana opinia, że stwarza Pan ludzi mediów.

Daję szansę, ale to oni sami muszą ją unieść. Moja szkoła to był RMF – pierwsze niezależne radio, gdzie Stanisław Tyczyński uczył nas, że program jest świętością. Tam nie liczyły się pieniądze, liczyła się kreacja i szybkość. W RMF zrozumiałem, że samo słowo to za mało – musi być wsparte wielkim marketingiem, „Inwazją mocy”, uderzeniem.

Jak to wyglądało?

Pamiętam pożar krakowskiej Filharmonii. My nadawaliśmy na żywo, czuliśmy ten dym w mikrofonach, a w tym samym czasie Polskie Radio zapraszało na wieczorny koncert, który właśnie przestał istnieć. To była lekcja, że media to życie, które dzieje się tu i teraz. Marcin Wrona był wtedy jeszcze studentem pierwszego roku. Biegał pod tą Filharmonią, a strażacy mówili mu na antenie bez ogródek, że sytuacja jest „chujowa”. Tak wyglądał prawdziwy live.

Korzysta Pan z TikToka?

Nie.

Z Instagrama?

Też nie. Tam nie ma treści dla mnie, ale mam swoich ulubionych youtuberów, np. profesora Antoniego Dudka. Mam Spotify z podcastami, a incognito wchodzę na X. Z TikToka i Instagrama korzystam dzięki mojej żonie Ani. Nie oglądam też np. wszystkich kanałów tematycznych, ale wiem, która widownia co ogląda.

A zbriefowali Pana, kim ja w ogóle jestem? Pracowałem dla Jerzego Urbana w „Nie”, potem zająłem się social mediami i sam w gaciach z komórką na kanapie przeganiałem w zasięgach TVN 24. Dlatego z „Press” zadzwonili, żebyśmy porozmawiali o współczesnych mediach.

Wiem, wygooglowałem Pana dokładnie.

***

To tylko fragment rozmowy Michała Marszała z Edwardem Miszczakiem. Pochodzi ona z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj ją w całości w magazynie.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Michał Marszal

Aby przeczytać cały artykuł:

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.