Wydanie: PRESS 03-04/2026

Nie było nikogo

„Na początku nie myślałem, że tropię wielki skandal, raczej wielką głupotę” – mówi Juan Moreno, który ujawnił, że jego nagradzany kolega z „Der Spiegel” zmyśla swoje reportaże.

Przeszedł Pan do historii dziennikarstwa jako ten, który zdemaskował hochsztaplera, niemieckiego reportera Claasa Relotiusa. Była to jedna z największych afer w historii magazynu „Der Spiegel”. Jakie to uczucie?

Zaskakujące. Bo kiedy największy scoop, jaki ma się w życiu, sprowadza ogromne trudności na własną redakcję, to z jednej strony jest to może osobiście satysfakcjonujące, że człowiek dobrze wykonał swoją pracę, ale z drugiej strony konsekwencje fałszerstw Relotiusa są bardzo poważne. Wolałbym – i to bardzo – nie stać się jednym z najbardziej znanych dziennikarzy w kraju, bo ujawniłem ten skandal. Bardzo chętnie bym tego uniknął. I myślę, że większość dziennikarzy wolałaby takich rzeczy nie robić.

Powtarza Pan, że nie jest Pan bohaterem. Ale ta cała historia tak właśnie brzmi – zdesperowany, nieugięty reporter dąży do prawdy...

Rozumiem, że narracja i dramaturgia całej tej historii jest idealna. Współpracownik magazynu, freelancer, jeździ po świecie, bo ma hiszpańskich rodziców i jego językiem ojczystym jest hiszpański. Nie jest włączony w codzienne życie redakcji, zresztą rzadko w niej bywa. I to on odkrywa, że człowiek, który w redakcji jest traktowany jak wielka gwiazda, potencjalnie przyszły naczelny „Spiegla”, zmyśla swoje teksty. A trzeba pamiętać, że to nadal prawdopodobnie najważniejszy magazyn w Niemczech, niektórzy powiedzieliby, że – oprócz „The Economist” – nawet w Europie. I to wszystko idealnie pasuje do opowieści o bohaterze.

Tylko że przez długi czas byłem przekonany, że chodzi o jakieś nieporozumienie. Na początku nie myślałem, że tropię wielki skandal, raczej wielką głupotę. Nie mogłem sobie wyobrazić, że Claas Relotius kłamie. Myślałem: młody kolega, może trafił na tych bardzo krytycznych wobec mediów rozmówców w USA i oni go wkręcili, nie mówią mu prawdy. Nawet kiedy „Der Spiegel” bardziej wierzył jemu niż mi, nadal sądziłem, że kiedy usiądziemy razem, wszystko się wyjaśni.

W którym momencie zaczął Pan myśleć, że nie chodzi o żadne nieporozumienie, tylko że Claas Relotius wszystkimi manipuluje?

Rozmawialiśmy przez telefon i poznałem człowieka niesłychanie zimnego, analitycznego, który kompletnie mnie zignorował. Coś to we mnie poruszyło.

Historia była taka: pokazałem „Spieglowi” na podstawie własnego researchu – moim zdaniem bardzo jasno – że historia, którą opisuje Claas Relotius, nie może być prawdziwa. „Der Spiegel” uznał w tej sytuacji, że woli wierzyć jemu – i zagroził mi zwolnieniem.

A trzeba wiedzieć, że środowisko reporterów piszących w Niemczech dla dużych magazynów jest bardzo małe. Jeśli ktoś ma opinię człowieka, który niesłusznie oskarża innych o kłamstwo, to jego reputacja jest błyskawicznie niszczona i nie znajdzie nigdzie pracy. Kiedy „Der Spiegel” powiedział mi: „Próbujesz oczernić kolegę, to będzie miało konsekwencje, zwolnimy cię”, zrozumiałem, że chodzi o moje przetrwanie w branży.

Pojechałem więc do USA, odszukałem bohaterów, których Relotius wymienił w tekście, i razem z kolegą [fotografem Mirco Talierciem – red.] nagrałem to na wideo. Mówili, że Relotius nigdy z nimi nie rozmawiał, nigdy u nich nie był, zapowiadał się, ale nie przyjechał. Sfilmowaliśmy nawet ich ręce, bo w tekście Relotius opisywał konkretne tatuaże. Próbowaliśmy udowodnić, że ta historia jest zmyślona.

Nie tylko ta…

Teksty, które Claas Relotius pisał, czytało się jak krótkie opowiadania. Jak Hemingwaya w jego najlepszym okresie. To była bardzo prosta wizja świata. Liberalny światopogląd „Spiegla” odbijał się w tych tekstach. A kiedy Relotius pisał dla konserwatywnych gazet, to świat w jego tekstach był raczej konserwatywny. On dopasowywał teksty do oczekiwań i potwierdzał stereotypy.

Kiedy człowiek zaczyna czytać jego teksty z cieniem podejrzenia, to nagle jego cała narracja się sypie i wszystko jawi się jako kompletne bzdury. Problem w tym, że trudno jest udowodnić, że coś nie istnieje. Podam przykład: napisał historię o dwojgu dzieciach śpiewających starą syryjską piosenkę o królowej, która przyjęła do swojego kraju dzieci wygnane z ich ojczyzny. To była aluzja do Angeli Merkel przyjmującej syryjskie dzieci. Przepiękna, wzruszająca historia.

Proszę tylko spróbować znaleźć tę piosenkę. Albo udowodnić, że ona nie istnieje. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Znalazłem m.in. Syryjczyka, który w Niemczech ubiegał się o azyl, a w Damaszku zarabiał na życie, śpiewając piosenki dla dzieci na urodzinach. Błagałem go, żeby mi powiedział, czy istnieje taka piosenka. A on patrzył na mnie i mówił: „O czym ty mówisz? Jaka królowa? Czyś ty zwariował?”.

Więc stopniowo, ale nie od razu, zrozumiałem, że Claas Relotius jest hochsztaplerem.

Od początku nie miał Pan ochoty pisać reportażu z Relotiusem.

Czytałem kiedyś jego tekst o Kubie – w innym magazynie, raczej konserwatywnym. Narracja była taka: Kuba się zmienia, komunizm nie działa, kapitalizm się umacnia i nawet pucybut potrzebuje doradcy podatkowego, bo kapitalizm tak mocno się zakorzenia.

Nigdy nie żyłem w komunizmie, ale często byłem na Kubie i ani rusz nie mogłem sobie wyobrazić, że pucybut ma problemy z optymalizacją podatkową. Ta historia wydawała mi się niewiarygodna. To jakiś absurd – pomyślałem. Wtedy Relotius jeszcze nie pisał dla „Spiegla”. Przeczytałem ten tekst, zapamiętałem go, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby śledzić błędy kolegi po fachu. Nie robiłem tego też, kiedy Relotius zaczął pisać dla „Spiegla”.

A kiedy pojawił się pomysł wspólnego reportażu, pomyślałem, że może lepiej nie. Chodziło o karawany migrantów z Ameryki Łacińskiej zmierzających do USA za pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Powiedziałem redakcji, że mogę to zrobić sam. Byłem wiele razy w Meksyku, znam region. Ale redakcja nalegała, żebyśmy zrobili to razem: ja na południu, z karawaną, on – na północy, z tzw. vigilantes – samozwańczą strażą, która pilnuje, by Latynosi nie przekraczali granicy. Taki był pomysł na ten wspólny reportaż.

I tak zaczęły się wszystkie problemy.

Były też inne dziwne sygnały. W swojej książce „1000 linijek kłamstw” przytacza Pan e-maile od szefa działu reportażu, Matthiasa Geyera, zamawiającego tekst, ale z bardzo jasnym oczekiwaniem, co ma Pan przywieźć. To chyba też był jakiś sygnał ostrzegawczy, choć z innej strony? Bo przecież nie można z góry założyć, co reporter znajdzie?

To, co dzieje się w świecie, jest zazwyczaj ciekawsze niż to, co sobie wymyślamy w biurze. Kiedy robi się historię o Ameryce Łacińskiej, to rozumiem, że ktoś powie: „Słuchaj, może byłoby dobrym pomysłem, żeby towarzyszyć komuś, kto chce przedostać się z Ameryki Łacińskiej do USA, oraz komuś, kto jest w USA i za wszelką cenę chce uniemożliwić takim ludziom wjazd”. To dopuszczalne ograniczenie rzeczywistości, bo brzmi jak interesująca historia, która czytelnikowi dobrze wytłumaczy problem.

Ale wtedy – i to zdarzyło się po raz pierwszy – Matthias Geyer bardzo wyraźnie powiedział mi, kogo mam „obsadzić w tej roli” i co ta kobieta z karawany ma myśleć o Donaldzie Trumpie.

Kiedy się podróżuje z taką karawaną, bez problemu można znaleźć kobiety jak bohaterka mojej części reportażu – samotne matki, które mówią, że lepiej wychować dziecko w USA niż na przykład w Hondurasie. Ale znajdzie się też młodych mężczyzn, którzy mówią, że podoba im się to całe zamieszanie na południowej granicy, które robi Trump. Tego nie wymyśliłbym przy biurku.

A jak Pan odebrał Claasa Relotiusa?

On miał robić research na północy, z tą samozwańczą grupą. Zaskoczyło mnie, że ta jednostka – bardzo krytyczna wobec mediów i pro-Trumpowska – w ciągu trzech dni zgodziła się go zabrać na patrole. Z tekstu dowiadujemy się, że nie tylko mógł z nimi szczerze rozmawiać, ale – tak kończy się reportaż – miał być przy nich, kiedy strzelali do rzekomego migranta. Nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. Myślałem raczej: może go wkręcili, może udawali, że do kogoś strzelają. Nikt, nawet najbardziej otwarty bohater, nie pozwoli dziennikarzowi obserwować, jak się strzela do człowieka.

Dziwił Pana też ton, jaki towarzyszył e-mailom od Relotiusa i rozmowom telefonicznym z nim.

Był niesamowicie lubianym kolegą. Mało mówił, zawsze pytał innych, co myślą o jego tekstach. Był wycofany, uprzejmy. Nigdy nie sprawiał wrażenia osoby emanującej pewnością siebie, tym bardziej chłodem. A ja doświadczyłem go jako kogoś stanowczego, wręcz szorstkiego. I jestem najwyraźniej jedyną osobą, która go od tej strony poznała, bo inni – znający go w „Spieglu” od lat – byli nim zachwyceni.

***

To tylko fragment rozmowy Katarzyny Domagały-Pereiry z Juanem Moreno. Pochodzi ona z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj ją w całości w magazynie.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Katarzyna Domagała-Pereira

Aby przeczytać cały artykuł:

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.