Wydanie: PRESS 09-10/2026

Iść dalej

Rozmowa z JANEM DYBUSEM, creative and business development lead i reżyserem w Papaya Films, zwycięzcą AD WO/MAN w kategorii Young

Chciałem zacząć wywiad od jakichś kontrowersji z Tobą związanych, ale niczego nie znalazłem. Zacznijmy więc tradycyjnie: jak się czułeś, kiedy się dowiedziałeś, że dostajesz nagrodę AD WO/MAN Young?

Przede wszystkim byłem zaskoczony. Jak wielu młodych ludzi mam poczucie, że bardzo trudno wejść do tej branży, odnaleźć się w niej i przebić obok osób, które od lat wyznaczają standardy i były dla nas inspiracją. Dlatego w ogóle nie zakładałem, że ludzie z branży wiedzą, kim jestem. Później czytałem uzasadnienia werdyktu i to było dla mnie ciekawe doświadczenie – okazało się, że ktoś nie tylko zna moją pracę, ale też kojarzy moje nazwisko. To było naprawdę bardzo miłe. Najsilniejszym uczuciem było jednak zaskoczenie.

Czujesz, że zapracowałeś na tę nagrodę?

Tak, myślę, że ta nagroda jest efektem pracy, którą włożyłem w ostatnie lata. Od kiedy jestem w tej branży, naprawdę daję z siebie 120 procent. Cieszę się, że ktoś to zauważył. W stosunkowo młodym wieku – choć zabrzmi to trochę nieskromnie – udało mi się zrealizować sporo projektów: serial fabularny, film dokumentalny oraz serial dokumentalny. Dodatkowo pewnie z pięćdziesiąt reklam i trochę teledysków. To wszystko kosztowało mnóstwo czasu, energii i nieprzespanych nocy. Dlatego czuję, że ta nagroda jest wypracowana i zasłużona.

Papaya od początku była Twoim celem? Skąd wzięło się to przywiązanie do tej firmy i do Kacpra?

Studiowałem w Anglii i początkowo planowałem tam zostać. COVID trochę pokrzyżował te plany, więc wróciłem do Polski. Przez cały okres studiów, kiedy przyjeżdżałem na wakacje, zgłaszałem się do Papaya New Directors. Chyba cztery lata z rzędu. Ani razu się nie dostałem. Chodziłem za to na Kreatywne Piątki, różne wykłady, starałem się być jak najbliżej tej firmy. Było w niej coś, czego nie widziałem w innych domach produkcyjnych. Miałem poczucie, że reklama jest tam traktowana nie tylko jako biznes, ale też jako forma sztuki filmowej. Był też Kacper – wtedy postać trochę mityczna. Dla mnie był lokalnym wizjonerem i bardzo mnie to pociągało. Kończąc studia, wiedziałem, że chcę go poznać i z nim pracować. Wymyśliłem więc, że napiszę pracę licencjacką o Papai. To był mój sposób, żeby otworzyć sobie do nich drzwi.

Napisałem mail do Wojtka Skiby, executive producera w londyńskim biurze Papai, z pytaniem, czy spotka się ze mną na kawę. Studiowałem i pracowałem wtedy u jubilera, naprawiałem zegarki. Miałem komputer za ladą i między kolejnymi klientami, za zgodą menedżera, czasem robiłem coś dla siebie, w związku ze studiami. Napisałem, że kocham reklamę, uważam ją za sztukę i chciałbym z nim porozmawiać. Odpisał: „Dobra, chodź, pogadamy”. Spotkaliśmy się w Soho House na Shoreditch. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem ten aspiracyjny świat reklamy od środka. Chyba złapaliśmy dobry kontakt, bo później Wojtek zadzwonił do Kacpra i powiedział, że jest taki młody chłopak, z którym warto pogadać.

Ambicja i upór Ci pomagają? Umiesz się pogodzić z odmową?

Na początku każda odmowa czy przegrany przetarg bardzo mnie bolały. Pamiętam, że po pierwszych porażkach długo dochodziłem do siebie. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Przegraną traktuję jak lekcję. Zastanawiam się, dlaczego coś się nie udało i co mogę zrobić lepiej następnym razem. Bardzo lubię to, co robię, więc jeśli wnioski z porażki mogą sprawić, że częściej będę na planie i będę robił lepsze rzeczy, to staram się z niej wyciągnąć maksimum.

Z czasem przyszła też większa dojrzałość. W naszej branży łatwo przynieść pracę do domu, dlatego świadomie staram się tego nie robić. Jeśli wydarzyło się coś zabawnego, to opowiem to swojej narzeczonej, ale frustracji ani długich rozmów o pracy bardzo staram się nie przenosić do życia prywatnego. Jesteśmy razem od początku mojej drogi w branży, więc przeszliśmy już przez wszystko: od mojego miesięcznego wyjazdu na zdjęcia pod Everest z Krychowiakiem po okresy, kiedy siedziałem w domu, bo nie było żadnych projektów. Bez niej pewnie już dawno nie pracowałbym w branży.

Zaczynałeś od making ofów z cudzych planów filmowych. Czego nauczył Cię ten etap?

Dał mi bardzo dużo. Kiedy poszedłem na pierwsze spotkanie z Kacprem Sawickim, miałem 22 lata i byłem przekonany, że od razu zrobi ze mnie reżysera. Od początku byłem totalnym fanem tej branży. Znałem nazwiska operatorów i reżyserów reklamowych, oglądałem ich prace. Kiedy pierwszy raz trafiłem na plan Daniela Jaroszka, to było dla mnie jak spotkanie z gwiazdą. Później przez chwilę byłem jego asystentem i mogłem się od niego uczyć. A od Kacpra usłyszałem na początek tylko: „Na to trzeba sobie zapracować”.

Robienie making ofów nauczyło mnie przede wszystkim funkcjonowania na planie. Tego, jak się zachowywać w ekipie, jak pracować z ludźmi i realizować swój materiał, nie przeszkadzając innym. Poznałem mnóstwo osób i zrozumiałem, jak ten świat działa od środka. To zresztą sprawdzona droga. Wielu świetnych operatorów i twórców zaczynało właśnie od making ofów.

Pamiętam też moment, który wiele zmienił. Kacper wysłał mnie na plan teledysku Daniela Jaroszka dla Darii Zawiałow i powiedział tylko: „Zrób to inaczej”. Zamiast standardowej relacji przygotowałem czarno-biały dokument o przemocy domowej. To go zaintrygowało i chyba wtedy zobaczył, że próbuję opowiadać historie, a nie tylko dokumentować plan. I tak mam do dziś. Niezależnie od zadania zawsze szukam czegoś więcej. Jeśli robisz tylko to, czego od ciebie oczekują, daleko nie zajdziesz.

Słyszałem, że przy elevator pitchu dla Kacpra zrobiłeś filmik z Waszymi głowami.

Tak, wiedziałem jedno: Kacper nie ma czasu na długie maile. Pomyślałem, że jeśli chcę zwrócić jego uwagę, muszę zrobić coś, co go zaciekawi. Wyciąłem scenę z filmu „Nice Guys” i zamiast twarzy Russela Crowa i Ryana Goslinga znaleźliśmy się tam my. To była scena, w której bohaterowie jadą windą, więc ten elevator pitch był w tym przypadku bardzo literalnym określeniem.

Później podobnie było z pierwszym pomysłem na „Wilka”. Zamiast wysłać PDF, przygotowałem projekt przypominający magazyn: z tekstami, grafikami, opisem castingu i całego świata tej historii. Wydrukowałem go i wysłałem do Papai listem poleconym. Kacper otworzył kopertę, a w środku był mój magazyn.

Od początku szukałem takich niestandardowych sposobów dotarcia do ludzi. Zresztą do dziś robię podobnie z treatmentami. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo to już mój sposób pracy, ale za każdym razem staram się dodać coś, czego nikt się nie spodziewa. Agencje często są tym zaskoczone, później opowiadają o tych treatmentach. Cały czas pamiętam, jak wpadłem na spotkanie do ETC w Londynie, do kolorystki, z którą często pracuję, i ta powiedziała mi, że kiedy ostatnio czytała mój treatment w studiu, to przez ramię patrzyli jej ludzie z Megaforce. Przekazała mi, że byli zachwyceni formą, którą wykreowałem. To osoby, które inspirują mnie od początku, więc nie ukrywam – bardzo mnie to podbudowało. Ja po prostu cały czas szukam nowych sposobów, żeby opowiadać historie już od pierwszego kontaktu.

Jak udało Ci się zrobić „Wilka”? Byłeś bardzo młody, tworzyłeś serial, pisałeś scenariusz i, jak rozumiem, również montowałeś. Papaya została producentem, a serial trafił do Canal+.

To było surrealistyczne. Na początku towarzyszył mi syndrom oszusta. Odczuwałem też panikę, bo „Wilk” był pierwszym tak dużym projektem, który tu zrobiłem. Wcześniej zrealizowałem tylko małą reklamę dla People Can Fly z Michałem Trusiewiczem. Nagle znalazłem się na planie z Agatą Kuleszą, Magdaleną Boczarską i Grzegorzem Damięckim. Kiedy wysyłałem ten pomysł Kacprowi, oczywiście w to wierzyłem, ale nie przypuszczałem, że może się zmaterializować tak szybko. Pamiętam, jak walczyliśmy o obsadę. Do Magdaleny Boczarskiej wysłaliśmy scenariusz, a na pierwszej stronie był osobisty list, w którym tłumaczyłem, dlaczego właśnie ona musi zagrać moją mamę. Z kolei trzy dni przed zdjęciami pojechałem do domu Grzegorza Damięckiego pod Warszawą i przekonywałem go, żeby dołączył do tego projektu.

***

To tylko fragment rozmowy Kacpra Peresady z Janem Dybusem. Pochodzi ona z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj ją w całości w magazynie.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych

Kacper Peresada

Aby przeczytać cały artykuł:

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.