Wydanie: PRESS 07-08/2026
Wspólna sprawa
Odzyskiwanie mediów, nie tylko publicznych, w Budapeszcie idzie niewiele mniej opornie niż w Warszawie
Mátyás Kohán niedzielę 12 kwietnia spędził w pracy. Nagrywał kolejne komentarze, które ukazywały się na YouTubie, na kanale tygodnika „Mandiner”, w którym pracuje. Z kolegami przekazywał i komentował to, w co trudno było im uwierzyć: partia TISZA Pétera Magyara w wyborach odsuwała od władzy Viktora Orbána i jego Fidesz.
Gdy wieczorem stawało się jasne, że TISZA w wyborach miażdży Fidesz i partia Magyara zdobędzie zdecydowaną większość konstytucyjną, Budapeszt oszalał z radości. Wieczorem tłumy zmierzały nad Dunaj, naprzeciwko Országház, czyli zabytkowego budynku parlamentu nad Dunajem, świętować pozbycie się, po długich 16 latach, władzy skorumpowanej, kleptokratycznej i będącej na usługach putinowskiej Rosji. Cieszyli się też dziennikarze, bo Orbán i jego klika przejęli większość mediów, robiąc z nich tuby propagandowe w stylu kremlowskim. W tym czasie całe redakcje traciły pracę, wiele osób musiało zmienić zawód.
Mátyás Kohán nie biegł jednak pod parlament. – Było już po 21, zrobiło się ciemno, gdy wychodziłem z roboty, ale bałem się, że ktoś mnie rozpozna – opowiada mi wyglądający na góra 30 lat Kohán, okularnik z twarzą szkolnego prymusa. – W tym mieście TISZA dostała ponad 70 procent głosów. Takich dziennikarzy jak ja tutaj oczywiście nienawidzą. Ten entuzjazm był trochę niebezpieczny i nie czułem się komfortowo. W pierwszych dniach po wyborach unikałem komunikacji miejskiej i nadal odczuwam napięcie, rozglądam się, czy ktoś do mnie nie podchodzi – Mátyás Kohán nie kryje niepokoju, gdy rozmawiamy w drugiej połowie maja.
Jednak miesiąc po wyborach powodów do zmartwień nie brakowało nie tylko ludziom z propagandowych, orbánowskich mediów, takich jak „Mandiner”, ale też tym, którzy przez ostatnie 16 lat nie pokochali władzy Orbána, nie sprzedali się jej, nie zeszmacili i w skrajnie trudnych warunkach próbowali zajmować się dziennikarstwem.
NIWELOWANIE LUKI WIARYGODNOŚCI
Kohán do ostatnich godzin przed zamknięciem lokali wyborczych przekonywał widzów kanału Mandiner, że nic nie jest jeszcze stracone. Zachęcał wyborców partii Orbána, żeby się zmobilizowali i poszli głosować. Zaklinał rzeczywistość, bo niezależny instytut badawczy Medián, który nie mylił się przy okazji poprzednich wyborów, gdy wygrywał Fidesz, tym razem prognozował wygraną TISZA, i to z prawie 20-procentową przewagą. Kohán nazywał te sondaże manipulacją i zabiegiem psychologicznym, który ma napędzić wyborców ówczesnej opozycji.
Z Mátyásem Kohánem spotykam się w siedzibie Mathias Corvinus Collegium. To ogromny ośrodek akademicki mający kształcić skrajnie prawicowe elity. MCC na ideologicznych sztandarach ma wypisane wartości patriotyczno-narodowe i krytykę liberalizmu. Ośrodek zastąpił Uniwersytet Środkowoeuropejski, założony przez znienawidzonego przez Orbána George’a Sorosa, który po objęciu władzy przez Fidesz musiał się przenieść do Wiednia. Natomiast MCC rząd Orbána zasypał pieniędzmi.
Siadamy na tarasie stołówki w MCC. Mamy widok na urokliwy park z niewielkim jeziorem. Na stołach leżą papierowe obrusy, na których wypisano po węgiersku i angielsku: „Największym skarbem Węgrów jest ich tożsamość. Ona ich wzmacnia i jednoczy”.
– W MCC wiedzę zdobywają uczniowie szkół podstawowych, liceów i studenci, aż po doktoraty. Teraz to dziewięć tysięcy osób – tłumaczy mi Kohán, bacznie obserwując, jakie to robi na mnie wrażenie.
Dziennikarz „Mandiner” nie jest tu anonimowy. Co chwila ktoś do niego podchodzi, wita się, zagaja. Kohán w MCC prowadzi zajęcia z dziennikarstwa. Ale zajmuje się tu nie tylko działalnością dydaktyczną. Tygodnik „Mandiner” i serwis Mandiner.hu, w których pracuje, do 2025 roku należały do największego prorządowego holdingu medialnego Mediaworks, zarządzanego przez Środkowoeuropejską Fundację Prasy i Mediów (KESMA). A potem zostały przekazane pod skrzydła MCC.
BIEDA MEDIÓW NIEGDYŚ PRORZĄDOWYCH
Od jednego z dziennikarzy w Budapeszcie, który mocno krytykował rządy Orbána, usłyszałem, że ludzie pracujący w mediach wspierających poprzednią władzę to „tępi propagandyści”. Mátyás nie jest tępy. Jest sympatyczny. Nie pozwala mi zapłacić rachunku za wodę, kawę i sok, który zamówiliśmy. – Daj spokój, jesteś gościem, ja płacę – zastrzega.
***
To tylko fragment tekstu z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj go w całości w magazynie.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech
Mariusz Kowalczyk
Aby przeczytać cały artykuł:
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter


