Wydanie: PRESS 05-06/2026
Czysta woda jest ważna
Z Pawłem Płuską, szefem „19.30” w Telewizji Polskiej, rozmawia Maciej Kozielski
Podobno plan na Twoją sesję okładkową był taki, żeby Cię przedstawić jako hydraulika. Nie zapomną Wam już tej „czystej wody”, którą Marek Czyż zapowiadał dzień przed startem „19.30”.
Kiedy usłyszałem pierwszy raz, jak Marek powiedział „czysta woda”, to pomyślałem sobie: „To już zawsze będzie do nas wracało”. I wraca, a ja cieszę się z tego, bo to jest punkt, który przypomina, po co tutaj jesteśmy i o co nam chodzi. Czysta woda jest ważna nie tylko dla mnie, ale chyba dla nas wszystkich. Staram się, żeby rzeczywiście była czysta.
Do samej nazwy „19.30” już się przyzwyczailiście? Bo chyba nie jest mocno promocyjna?
Nazwa jest rzeczywiście trudna, więc nadal czasem słyszę, że ktoś oglądał „Wiadomości”. W tym momencie produkujemy już trzy programy, czyli „14.30”, „19.30” i „22.30”. Trudny moment nadchodzi np. podczas ważnego meczu piłkarskiego, gdy nadajemy „19.30” na przykład o 18.50. I jak to zapowiedzieć?
Ale w tamtym momencie, gdy weszliśmy do budynków jeszcze rządowej telewizji i wykluwała się nazwa programu, to „19.30” była jedyną, którą mogliśmy nadać temu programowi. To, co łączyło Polaków, to nie niegdysiejszy „Dziennik Telewizyjny” albo potem „Wiadomości”. Łączyła ich ta godzina: 19.30. Widzowie przyzwyczaili się do niej.
Jak wspominasz swoje pierwsze dni na Woronicza? Czuliście się chyba jak partyzanci otoczeni przez obce wojska.
Rzeczywiście tak to wyglądało. Pamiętam, że gdy wchodziliśmy do budynku, w którym teraz jesteśmy, to na dole siedzieli politycy Zjednoczonej Prawicy. Wchodziliśmy po drugiej stronie łącznika. Było dużo policji. A nazajutrz w kieszeni miałem klucz, żeby ewentualnie zamknąć newsroom, bo co chwila ktoś próbował do niego wchodzić. Ludzie z dawnej TVP przychodzili z telefonami i próbowali nas filmować.
To była naprawdę partyzancka robota. Pierwszego dnia byłem przekonany, że będę musiał powiedzieć prezesowi, że się nie udało. Programu nie nadawaliśmy jeszcze stąd, z Woronicza. O 19.15 miałem trzy materiały, a musiałem zrobić cały dziennik. Byłem przerażony. Dzięki determinacji i temu, że zespół od samego początku stawał na wysokości zadania, udało się.
A który moment w tych pierwszych dniach był najbardziej stresujący?
Pierwszy stres był wtedy, gdy okazało się, że wiele rzeczy nie działa. Pierwszego dnia panie, które zajmowały się make-upem, nie chciały pomalować Marka Czyża, bo nie mieliśmy swojego numerka, więc malowania nie będzie. Na szczęście w torbie miałem puder, który nosiłem, gdy byłem reporterem „Faktów”. I sam Marka nim upudrowałem.
A potem był stres związany z pierwszym wydaniem. Nie wiedzieliśmy, czy się uda. Mieliśmy praktycznie zerowy dostęp do archiwów. Od ośrodków, do których dzwoniliśmy po surówki, słyszeliśmy: „Kim w ogóle jesteście? Nie współpracujemy z wami”. Nawet dostęp do komputerów był trudny.
Były też irracjonalne momenty. Pamiętam, jak przyszedł do nas profesor Adam Strzembosz. Był jednym z pierwszych gości po „19.30”. Nawet nie miałem gdzie go posadzić. Siedzieliśmy na zimnym korytarzu, na drewnianych zydelkach. Zapytałem profesora, czy się czegoś napije. Pan profesor z taką cudowną łagodnością poprosił o cappuccino. Spojrzałem na naszą inspicjentkę, która zrobiła duże oczy i pokręciła głową, że cappuccino nie ma.
Na szczęście obok stał automat do kawy. Kupiłem kawę w papierowym kubku i nie zapomnę tego obrazka, jak pan profesor siedzi na małym zydelku w płaszczu i pije kawę. Pomyślałem sobie: to nie może tak wyglądać.
No i sam początek – pamiętam, jak do studia, gdzie nagrywaliśmy Marka, wpadali politycy opozycji, by nas nagrywać. Było to dla mnie coś nowego, bo dotąd sam chodziłem z kamerą i nagrywałem ich, a teraz ja stałem się tym, którego nagrywano.
Największy stres był jednak wtedy, gdy nie wiedzieliśmy, czy damy radę zrobić następne wydanie. Bo nie mieliśmy pewności, czy znowu tu wejdziemy i czy będzie działał sprzęt.
A jak przekonaliście do siebie ludzi od IT i technologii? Nie mieliście obaw, że jakieś pupilki starej władzy będą Wam utrudniać nadawanie?
Długo baliśmy się, czy ktoś nam nie zrobi jakiegoś psikusa. Kiedyś przyszliśmy na wydanie do studia i były odłączone wszystkie kable. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił.
Obserwowałem na samym początku też reakcję ludzi. Wszystkim, których spotkałem na korytarzu, mówiłem „dzień dobry”. Niektórzy odpowiadali i byli mili. Ale byli też tacy, którzy nie reagowali, odwracali głowę. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Potem pojawiły się jakieś pro-PiS-owskie wlepki w windach.
Wiele osób nam pomagało od samego początku i bez ich zaangażowania by nam się nie udało. Ale mieliśmy też świadomość, że jest masa tych, którzy wcale nam nie kibicują.
***
To tylko fragment rozmowy Macieja Kozielskiego z Pawłem Płuską. Pochodzi ona z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj ją w całości w magazynie.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Maciej Kozielski
Aby przeczytać cały artykuł:
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter


