Mój ryngraf. Wywiad z Wojciechem Cieślą
Wojciech Cieśla (fot. Wojciech Surdziel/Wosu.pl)
Z Wojciechem Cieślą, dziennikarzem śledczym „Newsweek Polska”, rozmawia Grzegorz Kopacz.
Tekst archiwalny. Ukazał się w magazynie "Press" nr 03-04/2019
Podoba ci się, że media znowu taśmami chcą obalić rząd?
Z taśmą jest zawsze kłopot, bo jak ktoś daje mediom nagrania, to najczęściej ma w tym interes. Dlatego za każdym razem rozważam, czy za ujawnieniem danej sprawy przemawia interes społeczny. W tym przypadku go widać, bo sprawa dotyczy kontroli finansów władzy.
Nie pamiętam, abyś w swoich dziennikarskich śledztwach posługiwał się podsłuchami.
Gdyby ktoś chciał się ze mną podzielić fajną taśmą, to na pewno bym ją przesłuchał i wykonał swoją robotę, ale to piekielnie trudne. Pozostaje pytanie, jaka robota została wykonana na przykład przy podsłuchach u Sowy.
Twoim zdaniem jaka?
Przeczytałem dwie książki na ten temat – Nisztora i Latkowskiego. Dziennikarskiej roboty tam nie widać. Zajmowano się przekleństwami Rostowskiego, a nie zwracano uwagi na kontekst.
A taśmy Kaczyńskiego?
Nagrania u Sowy wpłynęły na wynik wyborów. Nie sądzę, aby taśmy Kaczyńskiego odegrały taką rolę, choć dziś, w styczniu 2019, mogę się mylić. Nie będę krytykował „Gazety Wyborczej”.
Nawet za to, że kiedyś jej redaktorzy oburzali się na „Wprost” za publikowanie stenogramów z podsłuchanych rozmów, a teraz robią to sami?
Te nagrania są ważne, bo opinia publiczna ma coraz mniej możliwości dotarcia do informacji, szczególnie ze strony PiS. Obóz władzy jest hermetyczny, a podejrzewam, że jeżeli PO czy ktoś inny kiedyś wygra wybory, będzie się zachowywał podobnie. Jesteśmy zdani na kuluarowe rozmowy z ludźmi, którzy nie chcą się ujawniać, opowiadają to, co chcą opowiedzieć, manipulują. Musimy korzystać z każdej okazji do uchylenia zasłony.
Wyjaśniłeś już policji, dlaczego napisałeś w „Newsweeku” o wiceprezesie Trybunału Konstytucyjnego „bez zgody osoby zainteresowanej”?
Ten zarzut wydawał mi się nawet dowcipny, potem okazało się, że jednak chodzi o coś innego, o to, że rzekomo ujawniłem w tekście adres zamieszkania sędziego Mariusza Muszyńskiego. Konia z rzędem temu, kto po moim tekście odnajdzie jego dom.
A dlaczego, przedstawiając jego sylwetkę, nie porozmawiałeś z nim samym?
Był wtedy na urlopie.
Może gdybyś w tekście bardziej ukrył, gdzie mieszka, to miałbyś spokój?
Jeżeli ktoś się czuje dotknięty jakąkolwiek publikacją, to ma prawo do sprostowania, do procesu cywilnego. A tu mamy przypadek uruchomienia policji, ABW, prokuratury, czyli całego aparatu państwa przeciwko mnie jako dziennikarzowi. Z bagażem moich doświadczeń trochę się z tego śmieję, ale przestaje mi być do śmiechu, kiedy dzwoni żona i mówi, że chce wyjść z domu, ale nie wie, czy może zostawić babcię z dzieckiem. I pyta: „Przyjdzie dziś policja?”.
Ale władzy właśnie o to chodzi! Masz czuć presję.
Tak, tu chodzi o wywołanie efektu mrożącego. Do wszystkich mediów ma iść komunikat: „Nie tykajcie Muszyńskiego!”. To ma dziennikarzy wybić z roli, w której komfortowo funkcjonowaliśmy przez lata. Komfortowo w tym sensie, że pytaliśmy i dostawaliśmy odpowiedzi. Teraz ich nie dostajemy i dodatkowo stajemy się celem ataków służb państwa i rządowej propagandy. Dopiero się uczymy, jak na to reagować.
Grzegorz Kopacz
Pozostałe tematy weekendowe
Kup dostęp poprzez SMS wysyłając treść KOD.PRESS na numer 7355 (koszt 3,69 zł). Otrzymasz kod, który należy wpisać w pierwsze okno poniżej. Na koniec wciśnij "Prześlij". Więcej informacji w regulaminie.
Tu wpisz kod jeśli dostałeś go mailem kupując dostęp w redakcji „Press”. Więcej informacji w regulaminie.