Wydanie: PRESS 11-12/2026
W radiu śmiech to grzech
Niewiele rzeczy tak potrafi zdenerwować słuchacza, jak śmiech prowadzącego z własnego dowcipu
Roman Czejarek, wieloletni dziennikarz Polskiego Radia i główny głos programu „Lato z Radiem”, twierdzi, że śmiech w radiu nie ma jednej definicji. No bo siada człowiek za mikrofonem i ma przeczytać news, a tu nagle dzieje się coś, co wytrąca go z równowagi. Leżysz i kwiczysz. – To się nazywa „ugotowanie” – tłumaczy Czejarek. – Widziałem niedawno w telewizji tzw. michałka o wyścigach psów. Pies, który już wygrywał, został nagle celowo trącony łapą przez psa, który biegł tuż za nim. Tyle że łobuz przed samą metą sam się nagle rozjechał, a zwyciężył ten, który długo biegł pierwszy. Cała trójka prowadzących rozchichotała się na kilkanaście sekund. Na taki śmiech czasem nie ma rady, ale w telewizji ubawi się z nimi także widz. W radiu nie ma na to miejsca. Opowiadana sytuacja może nie wywołać u słuchacza nawet uśmiechu. Gdy prowadzący kwiczą, wtedy słuchacz może czuć się zdezorientowany. Tak być nie powinno. To słuchacz jest najważniejszy i to on ma się śmiać.
Czejarek dodaje: – Mam swój sposób na „ugotowanie”, bo bywają momenty, gdy czuję, że zaraz na bank albo kichnę, albo parsknę śmiechem. Skupiam wtedy całą swoją uwagę na oczach. Byle tylko nie mrugnąć. I tak się na tym skupiam, że nawet atak kichania ustępuje – zapewnia. Podkreśla, że zgubny jest głupawy śmiech osób przemądrzałych: – Myślą, że ogarniają sytuację, rozumieją wątek bardzo dobrze i ich heheszki są celne i zabawne. Takie wybujałe ego prowadzącego jest w radiu katastrofą. Tam w ogóle nie ma miejsca na prężenie muskułów – głos radiowy albo się ma, albo nie. Warsztat – owszem, jest do opanowania i tu jest miejsce na odrobinę gry aktorskiej, w tym czasem uśmiech czy delikatny śmiech. Dlaczego? Bo słuchacz lubi mieć po drugiej stronie kumpla, kogoś bliskiego, prawie członka rodziny, wtedy się z nim zaprzyjaźnia i nawiązuje się więź, tak potrzebna radiowcom. A jaki ma być ten cudownie radiowy głos? Niski. Pewna pani profesor tłumaczyła mi, że już Neandertalczycy podrywali swoje dziewczyny na bardzo niskim tonie.
Kiedy śmiech w radiu jest zły? Wtedy, gdy go słychać, a nie widać. To działa jak potworne zakłócenie dźwięku, jak głośny szelest zboża, jak porywisty wiatr czy wiertarka. Gorszy od śmiechu jest tylko głupawy rechot. Takie bezmyślne, ordynarne nabijanie się – bo ktoś się potknął, bo pomylił słowo, bo sterczą mu włosy. Radio to przestrzeń, która lubi aluzje, niedopowiedzenia, wiszące w powietrzu komentarze, a nie takie „kawa na ławę” – quasiżarty z kogoś lub czegoś. – Bywa, że trzeba skomentować wydarzenia lub wypowiedzi, które są straszne, a przez to śmieszne, tak mocno przez łzy – wyjaśnia Czejarek. – Na przykład kiedy Donald Trump nakazywał Ukrainie, by przestała atakować rosyjskie rafinerie, bo przez to benzyna w USA drożeje. A tu idą prawybory.
Z czego jeszcze nie śmieje się Roman Czejarek? Z nieobecnych. Z niepełnosprawności czy braku w edukacji. Z ubioru, fryzury, wypadku. – Słyszę na antenie dowcipy typu: „W aucie siedzą: Ukrainiec, Białorusin i Gruzin. A kto prowadzi to auto? No przecież, że strażnik graniczny”. Nie dopuściłbym do emisji takiego żartu. W ogóle żarty staram się ucinać, jeśli słyszę, że idą w złą stronę – wyjaśnia Czejarek. – Co innego uśmiech. Ten jak najbardziej. Dziś uśmiecham się wręcz od ucha do ucha do czytelników magazynu „Press”. Zapewniam, że to nie grzech.
Aleksandra Miedziejko
Aby przeczytać cały artykuł:
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter


