Jak rzucić dziennikarstwo w diabły. Przewrotny poradnik dla wypalonych żurnalistów
„Ciągle czuję głód tematów, ale gdy przychodzi do ich opracowywania, to jakby ulatywał ze mnie ogień” (fot. Katarzyna Pachelska)
Mam 48 lat i duszę reporterki. Umiem napisać tekst na 25 tysięcy znaków i nakręcić 30-sekundową rolkę, ale czuję, że dziennikarstwo zaczyna mnie męczyć. Jak reanimować karierę, poczuć sens, ale w innej niż klasyczne media branży – pytam doradców kariery i tych, którzy taki krok mają za sobą.
Autorka: Katarzyna Pachelska
Ostatnie zwolnienia grupowe w Grupie Agora objęły 115 pracowników, najwięcej, 56, w spółce Wyborcza – wydawcy „Gazety Wyborczej” i serwisu Wyborcza.pl. W Grupie ZPR Media na początku roku w pionie online pracę straciło kilkanaście osób (za to powstał specjalny dział automatyzacji treści), a w Iberionie cięcia objęły dziennikarzy z działu rozrywki i odpowiedzialnych za wideo. Bliski mi „Dziennik Zachodni” też zrezygnował ze współpracy z kilkoma, niekiedy długoletnimi, pracownikami (ale innego zatrudnił).
Mogę się domyślać, że wielu (jeszcze) dziennikarzy tak jak ja zastanawia się, co robić: próbować walczyć z algorytmami, żmudnie drążyć swoją ścieżkę dziennikarską z nadzieją, że jeszcze jest miejsce na dobre treści, czy już rozglądać się za nową karierą, nie czekając na kolejne ogłoszenia z cyklu „pani/pana już nie potrzebujemy”.
WYPALENIE CZY TYLKO ZMĘCZENIE?
Weźmy pod lupę mnie: Katarzyna Pachelska, absolwentka nauk politycznych ze specjalnością „dziennikarstwo” na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowych studiów public relations na (ówczesnej) Akademii Ekonomicznej w Katowicach. W czasie studiów współpraca ze śląskim oddziałem „Super Expressu”, chwilę po studiach etat w „Dzienniku Zachodnim”, gdzie zleciało 18 lat i skończyło się na pozycji wiceszefowej newsroomu. Od pięciu lat w niedużej firmie Media-Operator, będącej właścicielem m.in. portalu Ślązag.pl oraz portali miejskich w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Od prawie dwóch lat na stanowisku redaktorki naczelnej. Do tego od kilku lat piszę teksty do „Press” i prowadzę wraz z koleżanką bloga Silesia Smakuje – o gastronomii na Śląsku. Umiem znajdować ciekawe tematy, pisać teksty, robić zdjęcia, kręcić rolki, przeprowadzać wywiady wideo, robić grafiki w Canvie, rozmawiać z ludźmi. Zarządzać projektami, ludźmi też.
Teoretycznie mam wszystko, aby być sprawną i dobrą dziennikarką, ciągle czuję głód tematów, ale gdy przychodzi do ich opracowywania, to jakby ulatywał ze mnie ogień. Prokrastynuję (co potwierdzi redaktorka tego tekstu, oddanego cztery dni po ustalonym terminie), biorę się do jakichś dupereli, żeby nie zajmować się bardziej skomplikowanymi zagadnieniami. Hoduję w głowie artykuły, które już dawno powinnam napisać. Ciągle muszę przepraszać za opóźnienia. Coraz słabiej czuję sens dziennikarstwa jako fachu potrzebnego ludziom.
To zwykłe zmęczenie próbą pogodzenia życia prywatnego z intensywnym życiem zawodowym czy już wypalenie? Może za dużo już tego wszystkiego jak na kobietę w średnim wieku, matkę dziesięciolatka, może potrzebuję prostszego życia?
– Główne objawy wypalenia zawodowego koncentrują się wokół trzech kluczowych kryteriów – uświadamia mnie Izabella Wojtaszek, psycholog, aktywny HR-owiec zajmujący się pozyskiwaniem i rozwojem talentów dla organizacji. – Pierwszy z nich to wyczerpanie – emocjonalne, fizyczne lub psychiczne. Organizm często zapala „lampkę kontrolną”, informując o nadmiernym zmęczeniu, nawet jeśli pozostałe objawy jeszcze nie wystąpiły. Drugi objaw to cynizm. Objawia się zmianą podejścia do pracy, obowiązków lub osób, z którymi się współpracuje. W sprzedaży może to być traktowanie klientów w sposób przedmiotowy, a w dziennikarstwie – przyjęcie cynicznej postawy wobec wykonywanych zadań. Kolejny to utrata wiary w swoje możliwości i dokonania. Polega na nagłym poczuciu braku kompetencji, mimo wcześniejszych sukcesów, czy utracie sensu pracy. Na przykład dziennikarka po latach owocnej pracy nagle czuje, że nie potrafi napisać tekstu – wyjaśnia Izabella Wojtaszek.
Aby można było mówić o pełnym, klinicznym wypaleniu zawodowym, wszystkie trzy kryteria muszą być spełnione jednocześnie. – Nie należy zwlekać z reakcją do momentu wystąpienia kompletu objawów – warto zacząć działać już wtedy, gdy pojawiają się pierwsze sygnały, takie jak samo wyczerpanie. Istotne jest również rozróżnienie klinicznego wypalenia od potocznego rozumienia tego terminu, które często odnosi się jedynie do silnego zmęczenia wymagającego odpoczynku. W przypadku głębokiego wypalenia sam odpoczynek może okazać się niewystarczający – dodaje ekspertka.
To brzmi już poważnie, łudzę się, że może rzeczywiście brakuje mi tylko prawdziwego wypoczynku (czy są jakieś sanatoria z ZUS-u dla prawie wypalonych dziennikarek, najchętniej w jakiejś pipidówie bez zasięgu?).
A gdybym chciała, mimo wszystko, rzucić dziennikarstwo? Jestem za stara, żeby wywrócić swoje życie zawodowe do góry nogami, a za młoda, by próbować doczołgać się do emerytury. Te 12 lat to jeszcze szmat czasu, wystarczający, by spróbować nowej kariery, a nawet kilku. Ale jakich? W czym byłabym dobra? Czy moje umiejętności i doświadczenie przydadzą się w innych niż media branżach?
SYNDROM DNIA ŚWISTAKA
Szukam w głowie przykładów ludzi, którzy rzucili dziennikarstwo i odnaleźli się gdzie indziej, i to z sukcesem. Potrzebuję ich historii dla pokrzepienia serca i duszy. Jakby na zawołanie pojawia się na LinkedIn informacja, że Tomasz Raudner, który bogatą karierę w śląskich mediach zakończył w 2023 roku na stanowisku redaktora naczelnego portalu ŚląskiBiznes.pl i członka zarządu firmy mediowej, od tego czasu menedżer sportu w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Rybniku, właśnie został oficerem rowerowym w tym mieście. Pytam go, dlaczego zrezygnował z kariery w mediach. – Pierwsza kwestia to wypalenie zawodowe. Początkowo nie byłem w stanie zdiagnozować, co się ze mną dzieje. Problemy z przesypianiem nocy, uczucie notorycznego zmęczenia mimo regeneracji, syndrom dnia świstaka – tak, wiem, że dziennikarstwo kojarzy się z ciekawymi rozmowami, różnorodnością. Ale nawet jak kończyłeś dzień z uczuciem zadowolenia, że zrobiłeś coś fajnego, to zaraz to szło w niepamięć, bo nowy dzień wymagał czegoś nowego. Budziło to we mnie poczucie znużenia i rozdrażnienie. Druga sprawa to ogólnie postrzeganie dziennikarstwa – dziś przestaje ono być wyznacznikiem jakości, pozycji w społeczeństwie. Każdy może pisać, każdy może być ekspertem od wszystkiego. Kompetencje w tym fachu przestały mieć znaczenie – wyjaśnia swoją decyzję Raudner.
Z kolei Grzegorz Bryszewski, redaktor z kilkunastoletnim stażem w mediach lokalnych i branżowych na Pomorzu, który ma za sobą wyjście z dziennikarstwa kilka lat temu i powrót (teraz jest sekretarzem redakcji w specjalistycznym dwutygodniku „Namiary na Morze i Handel”), wspomina, że pierwszą przyczyną szukania pracy poza mediami był w jego przypadku brak jakichkolwiek ofert w dziennikarstwie w regionie. – Drugą była chęć znalezienia doświadczeń i umiejętności w branżach, które wydawały się bardziej stabilne i przyszłościowe, czyli np. marketing, PR, handel. Jako trzecią przyczynę mogę wskazać chęć znalezienia pracy, w której osiągnięcie „work-life balance” wydawało się prostsze – wylicza Bryszewski.
Za to dla radcy prawnego Magdaleny Januszewskiej, specjalizującej się w prawie pracy i zabezpieczenia społecznego, która przepracowała w „Rzeczpospolitej” dziesięć lat jako dziennikarka działu prawa i podatków („Bardzo dobrze wspominam te lata. Uważam, że to była wspaniała przygoda. Miałam ogromne też szczęście trafić do tej redakcji”), impulsem do zmiany były sygnały nadchodzącej, w jej mniemaniu, komercjalizacji zawodu i chęć znalezienia stabilniejszej ścieżki zawodowej. – Już około 2009 roku zaczęłam dostrzegać niepokojące dla mnie symptomy zmian. Zauważyłam, że rynek prasowy przestał być „na wznoszącej”, i obawiałam się, że procesy rynkowe ostatecznie uderzą nawet w redakcje o tak wysokim poziomie merytorycznym jak „Rzeczpospolita”. Szczególnie że coraz częściej zamiast o pisaniu tekstów zaczęło się mówić o tworzeniu contentu. Poza tym płaska struktura w redakcjach nie oferuje doświadczonym dziennikarzom możliwości dalszego rozwoju merytorycznego. Po osiągnięciu pewnego poziomu jedyną drogą awansu stawały się funkcje menedżerskie – dodaje. Januszewska mówi też, że specyfika pracy w dzienniku, wiążąca się z ciągłą presją czasu, była dla niej trudna do pogodzenia z wychowywaniem dwojga małych dzieci.
Radczyni przyznaje, że proces wychodzenia z dziennikarstwa był przez nią przemyślany i nie doszło do tego z miesiąca na miesiąc ani nawet z roku na rok. – Byłam absolwentką prawa i zawsze miałam w głowie plan B. Gdy zdecydowałam, że już nadszedł czas na zmianę, zrobiłam aplikację radcowską i zaczęłam pracować na własny rachunek jako radca.
Dziennikarskie doświadczenie procentuje do dziś: – Dzięki znajomości specyfiki pracy redakcji, na przykład wagi deadline’ów, lepiej buduję swoją markę ekspercką, wiedząc, czego potrzebują ode mnie dziennikarze – mówi Januszewska.
Inną drogę przeszedł Krzysztof Pulak, kiedyś redaktor w Onet Wiadomościach i dziennikarz sportowy w „Fakcie” oraz „Przeglądzie Sportowym”, obecnie redakcyjny specjalista ds. innowacji AI w Ringier Axel Springer Polska. Odszedł z codziennej dziennikarskiej roboty, ale został w tej samej firmie (plus pracy w koncernie). – Przesądził o tym splot okoliczności – przyznaje. – Z dziennikarstwem byłem związany już jako nastolatek, a później rozwijałem się zawodowo, równolegle studiując na Akademii Górniczo-Hutniczej informatykę społeczną. Ten kierunek był dla mnie kompromisem między wcześniejszą ścieżką (klasa mat.-fiz.-inf.) a zainteresowaniem mediami. Próbowałem łączyć oba światy. Od 2018 roku pracowałem w Ringier Axel Springer Polska w różnych redakcjach, jednocześnie kończąc studia. Moją pracą licencjacką był projekt chatbota, a później zdecydowałem się na drugi stopień tego samego kierunku studiów ze specjalizacją z zakresu sztucznej inteligencji i data miningu. Przez kilka lat realizowałem swoje dziennikarskie cele, ale z czasem zacząłem mieć poczucie, że tematy technologiczne z moich studiów zaczynają mi umykać. Gdy pojawiły się narzędzia takie jak ChatGPT i inne modele językowe, uznałem, że jeśli chcę mieć w przyszłości większą elastyczność na rynku pracy, powinienem zdobywać doświadczenie nie tylko w pisaniu i tworzeniu treści. W tym samym czasie w firmie potrzebowano osoby umiejącej łączyć świat redakcji i technologii – i tak trafiłem do zespołu Editorial AI & Innovation – opowiada, zastrzegając, że przejścia na nowe stanowisko nie traktuje jako odejścia z dziennikarstwa, raczej jako jego naturalne rozszerzenie. – Moja obecna rola polega w dużej mierze na tworzeniu i testowaniu narzędzi dla redakcji, więc doświadczenie dziennikarskie jest kluczowe – dodaje.
WYJŚĆ ZZA BIURKA
Aleksandra Klich trzy lata temu odeszła z „Gazety Wyborczej”, gdzie pracowała od 2000 roku (była m.in. redaktorką naczelną „Wysokich Obcasów” i zastępczynią redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”). W 2023 roku wygrała konkurs na dyrektorkę Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rybniku – swoim rodzinnym mieście. W lutym tego roku komisja konkursowa powierzyła jej to stanowisko na kolejnych siedem lat. Od trzech lat Klich współpracuje też z portalem Sestry.eu jako senior editor. – W „Gazecie Wyborczej” byłam dziennikarką newsową, potem pracowałam w magazynach, uczestniczyłam w procesie digitalizacji treści i wprowadzania systemu prenumerat. W nowej pracy bardzo przydała mi się umiejętność prowadzenia zespołów, które chętnie i kreatywnie podejmują wyzwania, a taki jest team w Rybniku, a także zdolność spłaszczania struktur i pracy na projektach. To wszystko jest niezbędne, by pracować dziś w kulturze, która wymaga elastyczności, szybkości działania, reagowania na różne informacje, zmiany i procesy społeczne – szczególnie tutaj, gdzie jestem, na Górnym Śląsku – wyjaśnia Klich. – Będąc publicystką czy redaktorką, apelowałam o zmiany; teraz mam szansę wprowadzać je na poważnie i natychmiast widzę efekty. Wyszłam zza biurka – dodaje.
RZUCAM SIĘ NA „PRACUJA”
Ok, czyli jednak dziennikarze się do czegoś nadają. Pocieszające. Uzbrojona w wiedzę, co mnie może czekać po drugiej stronie, i pełna chęci do zmiany (nareszcie coś wzbudza mój entuzjazm), rzucam się na Pracuj.pl, by wyłuskać ogłoszenia, które mogą mnie zainteresować.
Hola, hola – stopuje mnie jak jeden mąż trójka doradców kariery, z którymi umówiłam się – osobno – na konsultację, by pokierowali mnie przez meandry współczesnego rynku pracy. Na początek mają złe wieści: rynek pracownika się skończył, teraz trzeba się solidnie napracować, żeby znaleźć nową robotę. A przy tym szukać trzeba inteligentnie – nie tylko na „pracuju”.
Doradcy przekonują, że buszowanie w ogłoszeniach jest jednym z ostatnich etapów. – Zmiana ścieżki zawodowej to złożony i długofalowy proces, który może trwać od kilku miesięcy do nawet dwóch lat – przestrzega mnie, przyzwyczajoną do krótkich deadline’ów, Karolina Botor, konsultantka kariery, właścicielka marki Pani Buduje Karierę. Najpierw trzeba zrozumieć swoją motywację. – Pierwszym i kluczowym krokiem jest odpowiedź na pytanie, dlaczego chce się dokonać zmiany. Należy się zastanowić, co jest powodem tej decyzji, czego brakuje w obecnej pracy, co w niej przeszkadza, a także jakie obawy (np. przed sztuczną inteligencją, która zabierze pracę, czy przed zwolnieniami) nami kierują. Później jest czas na analizę własnych zasobów. Najlepiej sporządzić listę swoich mocnych stron, umiejętności i dotychczasowych osiągnięć. Ważne jest zastanowienie się, co lubimy robić, a jakich zadań (np. analitycznych czy pracy w Excelu) chcemy unikać w nowej roli. Pomocne w tym procesie mogą być profesjonalne testy diagnostyczne, takie jak badanie FRIS (pozwalające określić preferowane role zawodowe i sposób podejmowania decyzji) lub test Gallupa – radzi Karolina Botor.
Wielką wagę autoanalizy poprzedzającej sam proces szukania nowej pracy czy przekwalifikowania się, zwłaszcza dla osób w dojrzałym wieku, podkreśla Sławomir Janczewski, mentor i coach oraz przyszły psycholog, który sam już będąc solidnie po czterdziestce, porzucił branżę IT, gdzie zajmował się sprzedażą, na rzecz pracy „pomocowej” z ludźmi przy rozwoju ich kariery i psychologii (właśnie, w wieku 52 lat, kończy studia na psychologii). – Obserwuję niestety, że ludzi często blokują silne przekonania nabyte w ciągu życia, a nierzadko wyniesione jeszcze z dzieciństwa. Pojawia się strach przed nieznanym i ryzykiem, dlatego wiele osób woli trzymać się znanej, nawet toksycznej pracy, zamiast podjąć niepewne wyzwanie – przyznaje.
UTRATA TOŻSAMOŚCI I STATUSU
Gdy wyznaję mu jak księdzu w konfesjonale, że jedną z moich obaw przed zmianą zawodu jest utrata poczucia ważności, do którego – nawet jeśli jest złudne – przyzwyczaja dziennikarstwo (przecież jestem „panią redaktor”), przytakuje mi ze zrozumieniem.
– Praca w jednym zawodzie przez dekady może rzeczywiście prowadzić do tego, że będziemy się bali zmiany, bo wiąże się ona z utratą tożsamości zawodowej i statusu. Poza tym wieloletnia praca na etacie w jednej firmie lub branży może prowadzić do przekonania, że poza organizacją nie ma życia. Ludzie przyzwyczajają się do swoich schematów działania i boją się, że nie odnajdą się w nowej rzeczywistości, na przykład jako freelancerzy – dodaje Janczewski. Radzi, by poszukać w swojej przeszłości momentów, gdy dokonaliśmy jakiejś, nawet niewielkiej zmiany, która się powiodła, i wykorzystać ją jako mentalną trampolinę.
Szybko przypominam sobie taką chwilę w mojej karierze – gdy po wielu latach w korporacji medialnej przeszłam z własnej nieprzymuszonej woli (no, dobra, przejęcie firmy przez Orlen trochę mi pomogło) do niedużej firmy, gdzie musiałam nauczyć się robić wiele nowych dla mnie rzeczy. – O! To jest świetny przykład – chwali mnie Sławomir Janczewski i podpowiada, by rozliczyć się przed samą sobą z kompetencji transferowalnych. – To umiejętności, które można przenosić między różnymi branżami i stanowiskami – wyjaśnia ekspert. – Przy zmianie zawodu nie trzeba zaczynać wszystkiego od zera, ponieważ nabyte wcześniej doświadczenie ma realną wartość w nowym środowisku pracy. Polecam przeanalizowanie codziennych działań w obecnej pracy i swoich oczywistych zasobów. Często nie zdajemy sobie sprawy, że umiejętności, które uważamy za naturalne, są bardzo pożądane na rynku. Przykładem może być umiejętność rozmawiania z ludźmi na różnych szczeblach, co dla dziennikarza jest codziennością, a w wielu innych branżach stanowi cenny zasób. Ważne jest, aby patrzeć na swoje kompetencje szerzej niż tylko przez pryzmat konkretnych narzędzi. Na przykład znajomość programu Corel i programu Adobe opiera się na podobnym mechanizmie – jeśli opanowałeś jeden, łatwo wdrożysz się w drugi, bo twoją kluczową kompetencją jest zrozumienie technologii graficznej, a nie tylko obsługa konkretnego przycisku – dodaje ekspert.
WYSŁANIE APLIKACJI JUŻ NIE WYSTARCZA
Kolejny krok to wyjście poza rozważania o sobie. – Sprawdzenie, jakich kompetencji oczekują obecnie pracodawcy i na jakie zawody jest zapotrzebowanie. Bardzo cenna na tym etapie jest rozmowa z osobami, które już wykonują interesujący nas zawód, na przykład poprzez LinkedIn, aby dowiedzieć się, jak realnie wygląda ich praca i jakich narzędzi używają – podpowiada Karolina Botor. Po wybraniu potencjalnych kierunków – doradczyni sugeruje skupienie się maksymalnie na dwóch–trzech – należy porównać swoje umiejętności z wymaganiami podawanymi przez pracodawców w ogłoszeniach. Pozwala to znaleźć luki kompetencyjne, np. brak znajomości konkretnego programu, i uzupełnić brakującą wiedzę poprzez kursy, projekty czy samodzielną naukę.
Dopiero po wykonaniu tej pracy przystępujemy do tworzenia dokumentów aplikacyjnych. – Ważne jest, aby nie tworzyć ogólnego CV, ale przygotować je pod kątem konkretnej aplikacji i stanowiska, podkreślając odpowiednie dla niego umiejętności – mówi Karolina Botor.
– Bezmyślne wysyłanie niedopracowanego CV prowadzi do braku odpowiedzi, a tym samym może być prostą drogą do pojawienia się frustracji – potwierdza Sławomir Janczewski.
A jakby tego było mało, Karolina Botor przestrzega, że samo wysyłanie CV w odpowiedzi na ogłoszenia dziś już często nie wystarcza. – Kluczowa jest aktywność na LinkedIn, budowanie relacji z rekruterami i menedżerami oraz bezpośrednie docieranie do firm, które nas interesują – dodaje. Jeśli już przedstawiciel firmy zaprosi nas na rozmowę kwalifikacyjną, to zostaje nam „tylko” rzetelny research o firmie, przygotowanie własnych pytań do rekrutera oraz jasne określenie swoich oczekiwań finansowych. – Warto również przećwiczyć odpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania – dodaje ekspertka.
URZĄD RADZI, JAK ZMIENIĆ KARIERĘ
Można skorzystać oczywiście z płatnych porad doradców kariery czy pomocy w stworzeniu CV, ale postanawiam też sprawdzić, co osobom, które nigdy nie przekroczyły progu Urzędu Pracy jako bezrobotne, mają do zaoferowania takie instytucje. Dzień po Wielkanocy dzwonię do Centrum Poradnictwa Zawodowego Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach, by zapytać, czy pomagają też takim jak ja. Okazuje się, że tak i jeszcze dziś mogę odbyć rozmowę online ze specjalistką z CPZ. W oczekiwaniu na nią wypełniam znaleziony na stronie WUP-u test predyspozycji zawodowych, w którym wychodzi, że mój dominujący typ preferencji to „badawczy”, a wśród zawodów, w których mogę się sprawdzić, są m.in.: dziennikarz (sic!), analityk finansowy, notariusz, specjalista do spraw reklamy i marketingu, ale też policjant służby kryminalnej (kuszące, w policji jest dużo wakatów).
Okazuje się, że rozmowa z doradczynią zawodową z Urzędu Pracy będzie pierwszą z wielu, dostałam zadanie wypełnienia bardziej zaawansowanego czasochłonnego testu (obiecuję wypełnić), którego wyniki będziemy analizować na kolejnym spotkaniu.
Wychodzi na to, że Urzędu Pracy nie trzeba się bać, choć takim osobom jak ja może się kojarzyć ze skostniałą instytucją rodem z lat 90. – Pokolenie 40+ faktycznie może pamiętać urzędy jako miejsca „od stempla do stempla”. Tyle że w międzyczasie rynek pracy zmienił się radykalnie, a urzędy musiały za nim nadążyć – tłumaczy Arkadiusz Kaczor, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach, były – co za niespodzianka – dziennikarz. – Dzisiaj urząd to instytucja drugiego planu rynku pracy – niewidoczna, dopóki się jej nie potrzebuje. Kluczowe jest nastawienie osoby, która do urzędu przychodzi – trzeba traktować zmianę ścieżki zawodowej jako projekt, a nie osobistą porażkę. Pomoc nie polega na znalezieniu oferty pracy na „już”, tylko na rozebraniu dotychczasowej kariery na czynniki pierwsze i sprawdzeniu, co z niej da się sensownie przenieść gdzie indziej. To często bardziej coaching kariery niż klasyczne pośrednictwo pracy – i dla wielu osób bywa pierwszym momentem, gdy ktoś zadaje im pytanie: „Ale czego pan/pani naprawdę chce?”.
Kaczor poleca kontakt ze specjalistą z Centrum Poradnictwa Zawodowego również wtedy, gdy utknęliśmy w gąszczu rozmaitych propozycji unijnych kursów i szkoleń, z których można skorzystać, nawet gdy jeszcze mamy pracę. – Doradca nie tylko wskazuje możliwe szkolenia, ale też pomaga odsiać te modne od tych użytecznych. W czasach, gdy oferta kursów dofinansowanych jest ogromna, największym ryzykiem nie jest brak możliwości, tylko strata czasu i energii na rzeczy, które nic nie wnoszą. Doradca patrzy na szkolenie przez pryzmat rynku pracy – dodaje rzecznik WUP.
IŚĆ W PR-Y?
No dobrze, ale kim mogłabym być, jeśli nie dziennikarką? Naturalnym wyborem wydaje się szeroko rozumiany PR, zresztą transfery z mediów do tej branży są na porządku dziennym. Nie dalej jak kilka dni temu zauważyłam informację, że wieloletnia reporterka TVN w Katowicach przechodzi do agencji PR. Podobną drogę przebyła Olivia Drost, dziś prezeska firmy oLIVE media, kiedyś dziennikarka, którą po kilku latach pisania artykułów i redagowania wywiadów zafascynowało tworzenie strategii i szersze spojrzenie na komunikację. – Po tak zwanej drugiej stronie najbardziej przydaje się rozumienie, jak działają tradycyjne media – mówi Olivia Drost. – Pomocne są też kontakty z tamtych czasów, bo media relations to przede wszystkim właśnie „relations”. Dziennikarze, z którymi kiedyś współpracowałam, dzisiaj są dla mnie i mojego zespołu partnerami, wiem, komu warto zaproponować exclusive, kto pisze na dane tematy. Kolejną lekcją jest dobry warsztat redaktorski. Lekkie pióro, umiejętność konstruowania tekstu w sposób suchy, czysto informacyjny, ale też szukania newsa w danym materiale prasowym to ważne cechy dobrego PR-owca. Dziennikarstwo nauczyło mnie też, że jak wyrzucają cię drzwiami, to wchodzisz oknem. Docierania do szczegółów, poszukania informacji, walki o kontakt do kogoś, z kim chciałam przeprowadzić wywiad. To bardzo przydatne w dzisiejszej pracy, zarówno w PR/marketingu, jak i w prowadzeniu biznesu – dodaje prezeska oLIVE media.
Innego zdania jest Ewa Kowacz, specjalistka PR-u i komunikacji marketingowej, która skutecznie zasiała we mnie ziarno wątpliwości, czy PR (ale też marketing) będzie dobrą branżą dla mnie. – Według mnie to mit stary jak branża: dziennikarz umie pisać, zna media, zna i rozumie zapewne innych dziennikarzy, więc będzie świetnym PR-owcem lub marketingowcem. Logiczne? Pozornie tak. W praktyce – niekoniecznie. Co dziennikarz wnosi do PR i marketingu? Sporo. Lekkie pióro, umiejętność researchu, cierpliwość w drążeniu tematu, znajomość mechanizmów mediów i zapewne liczne kontakty. I to są ogromne atuty. Czego często brakuje? PR to nie pisanie. PR to zarządzanie relacjami, interesami i często sprzecznymi oczekiwaniami: klienta, mediów, zarządu i opinii publicznej jednocześnie. To wysokie poczucie estetyki, stałe podnoszenie standardów, dbanie o najmniejsze szczegóły. To praca, w której twoja własna opinia czasami bywa najmniej istotna. Dziennikarz jest przyzwyczajony do niezależności, do szukania prawdy i nazywania rzeczy po imieniu. W PR często trzeba bronić narracji, z którą się nie zgadzasz, milczeć, kiedy chciałbyś mówić, i mówić, kiedy wolałbyś milczeć. Spotkałam dziennikarzy, którzy przeszli do PR i tęsknili za wolnością bardziej niż za pensją. Efekt? Frustracja ich, zespołu i klientów – Ewa Kowacz nie owija w bawełnę. Przyznaję, że taki mógłby być mój koniec w tym fachu...
FRONTEM DO PACJENTA
To co jeszcze wchodzi w grę, jeśli nie PR? Praca w policji kusi, chociaż pewnie nie przeszłabym testu sprawnościowego i nawet nie wiem, czy przyjmują ludzi po czterdziestce. To może ochrona zdrowia? Branża przyszłościowa, potrzebna. Lekarką już nie zostanę, pielęgniarką też (chyba) nie, ale koordynatorką opieki onkologicznej – czemu nie.
Umiem rozmawiać z ludźmi, jestem empatyczna, papiery też wypełnię, a przy tym będę czuła, że moja praca ma sens, bo realnie pomagam ludziom w potrzebie. Romantyczną wizję zawodu, o którym mało wiem, postanawiam skonfrontować, jak radziła mi Karolina Botor, u źródła, czyli u Tomasza, który od 11 lat pełni funkcję koordynatora opieki onkologicznej w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 4 w Bytomiu, a wcześniej był sanitariuszem na izbie przyjęć. – Kluczową rolę w tym zawodzie odgrywa empatia – potwierdza moje przypuszczenia, po czym dodaje, że równie istotne są też umiejętność radzenia sobie ze stresem, dobra organizacja oraz sprawne pośredniczenie między lekarzem a pacjentem w ramach szybkiej ścieżki onkologicznej. Koordynator pomaga chorym przełożyć skomplikowany język medyczny na zwykły, pilnuje terminów badań wynikających z karty DILO i wspiera rodziny pacjentów – opisuje swoją pracę. Tomasz podkreśla, że choć rzeczywiście może ona dawać dużo satysfakcji z pomocy pacjentom, wymaga zachowania higieny psychicznej ze względu na kontakt z trudnymi, obciążającymi emocjonalnie sytuacjami.
Gdybym chciała iść w tę stronę, to na pewno musiałabym się dokształcić, bo nie mam żadnego doświadczenia w ochronie zdrowia. Tomasz poleca mi choć licencjackie studia na kierunku koordynator opieki medycznej na Uniwersytecie Medycznym. Sprawdzam: sześć semestrów. Badam też liczbę ofert pracy dla takich specjalistów na „pracuju” i w Urzędzie Pracy: niestety, 0. Rynek pracy szybko zweryfikował mój pomysł.
DZIENNIKARSTWO POTRAFI UZALEŻNIAĆ
Czego może mi brakować, gdybym zmieniła branżę?
– Praca dziennikarza w gazecie lokalnej jest naprawdę ciekawa, daleka od powtarzalności i czasem pozwala na udzielenie realnej pomocy przez pisanie artykułów. W innych branżach raczej nie da się znaleźć wszystkich tych zalet jednocześnie – mówi Grzegorz Bryszewski.
Krzysztof Pulak zauważa: – Dziennikarstwo daje coś, co trudno zastąpić: bycie blisko wydarzeń, pracę na tematach, które naprawdę nas interesują. To potrafi uzależniać.
Magdalena Januszewska zwraca uwagę na to, że dziennikarze pracujący w dużych tytułach korzystają z rozpoznawalności redakcji, która otwiera wiele drzwi. – Po odejściu z gazety i przejściu na swoje reprezentuje się wyłącznie siebie, co może się wiązać z poczuciem wpadnięcia w próżnię.
O GRANT ROZBIĆ
Lekko zrezygnowana scrolluję oferty pracy w branżach, o których mam jakiekolwiek pojęcie, w promieniu 30 km od swojego domu. Gdzieś na piątej podstronie widzę anons pobliskiej firmy, którą mijam kilka razy w tygodniu. Branża przyjemna: rowery i akcesoria rowerowe. Szukają specjalisty marketingu, ale w opisie zawarto tylko umiejętności związane z produkcją contentu: artykułów na blog, rolek, grafik. Umiem 90 proc. tych rzeczy! W godzinę robię w Canvie (przydaje się nie tylko do plansz na Facebooka) CV na jedną stronę. Pomna wskazówek ekspertów dopasowuję je pod tę konkretną firmę: używam jej kolorów jako tła, fotkę daję w kasku, z wyprawy rowerowej po Roztoczu w zeszłym roku, podkreślam umiejętności, których wymagają. W rubryce „o sobie” piszę: „Jestem namiętną poszukiwaczką tematów i historii do opowiedzenia. Robię zdjęcia, kręcę rolki, rozmawiam z ludźmi, jeżdżę na rowerze i mam do Was 7 minut na rowerze (i to z górki)”. Wysyłam. Następnego dnia odbieram telefon: Dostaliśmy pani CV, czy możemy się umówić jutro na rozmowę w naszej siedzibie? Kiedy z rozwianym włosem (pod kaskiem oczywiście) jadę z górki rowerem na tę rozmowę, myślę, że jednak „coś być musi za zakrętem”.
Gdy wychodzę z udanej – moim zdaniem – rozmowy, życie dopisuje swój scenariusz do tej historii. Dostaję SMS od prezesa: „Mamy grant z Instytutu Reportażu!”. Czuję ekscytację, bo to świetny projekt. Chyba tak szybko z dziennikarstwem się nie pożegnam...
***
Ten tekst Katarzyny Pachelskiej pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 05-06/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech
Katarzyna Pachelska











