Temat: prasa

Dział: PRASA

Dodano: Lipiec 26, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Jak nie być hieną. Weryfikacja bez utraty dziennikarskiej przyzwoitości

„Redaktor Jacek Nizinkiewicz (»Rzeczpospolita«) postanowił, bez mojej wiedzy, zgody, bez rozmowy ze mną, przemocowo mnie »wyoutować« i ujawnić publicznie, na co choruję” – zareagował w mediach społecznościowych Szymon Hołownia. Nizinkiewicza nazwał nowotworem dziennikarstwa (fot. Radek Pietruszka/PAP)

Jak weryfikować informacje wrażliwe i prywatne, nie tracąc przy tym dziennikarskiej przyzwoitości?

Autor: Maciej Kozielski

W poniedziałek 23 lutego – w Światowy Dzień Walki z Depresją – dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz zamieścił w serwisie Rp.pl felieton pt. „Jacek Nizinkiewicz. Depresja to choroba wszystkich. Politycy nie są wyjątkiem”. Przypomniał, że z depresją zmagali się np. premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill czy były wicepremier Polski Jarosław Gowin. „Jednak w Polsce jedynie Gowin przyznał się wprost do choroby. Politycy wciąż nie chcą mówić o tym, z czym zmaga się niemal każdy. To temat trudny i delikatny. (…) Szymon Hołownia od miesięcy zmaga się z depresją. Wie to jego otoczenie, mówił to swoim bliskim, współpracownikom oraz przyjaciołom. Z kilku niezależnych źródeł wiem, że Hołownia od miesięcy się leczy. Stąd też ograniczona aktywność medialna i śladowa aktywność publiczna. Możliwe też, że stąd niektóre wybory, decyzje, zmienność, reakcje, opinie” – napisał Nizinkiewicz.

„Redaktor Jacek Nizinkiewicz (»Rzeczpospolita«) postanowił, bez mojej wiedzy, zgody, bez rozmowy ze mną, przemocowo mnie »wyoutować« i ujawnić publicznie, na co choruję” – zareagował w mediach społecznościowych Szymon Hołownia. Nizinkiewicza nazwał nowotworem dziennikarstwa i zapewniał: „Nie choruję na depresję, zmagam się z innymi wyzwaniami”, ale szczegółów nie podał.

Jacek Nizinkiewicz w rozmowie z Onetem początkowo mówił, że to nie był artykuł przeciwko Szymonowi Hołowni. Dodał, że byłego marszałka Sejmu dotyczą „trzy zdania”. (Tekst Jacka Nizinkiewicza czytaj tutaj).

Po kilku godzinach tekst jednak usunięto z serwisu Rp.pl. „To nasz błąd” – napisał później w oświadczeniu Michał Szułdrzyński, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Przyznał, że publikacja nie powinna była się pojawić, przeprosił Hołownię i czytelników.

– To była burza w szklance wody. Jacek chwilę przeżywał całą sprawę, ale spotkał się z dowodami wsparcia części redakcji – mówi jedna z osób z redakcji. Z kolei Bogusław Chrabota, publicysta „Rzeczpospolitej” i doradca zarządu Gremi Media, stwierdza: – Uważam, że obywatele mają prawo do posiadania wiedzy o stanie zdrowia liderów państwa i narodu, którzy odpowiadają za miliony ludzi.

Adam Pieczyński, były wieloletni redaktor naczelny TVN 24 i „Faktów” TVN, komentował dla „Presserwisu”: „Publikowanie informacji dotyczących stanu zdrowia polityków i osób pełniących ważne urzędy lub aspirujących do nich jest – co oczywiste – sprawą bardzo delikatną. Może być uzasadnione, jeśli stan zdrowia polityka może mieć wpływ na podejmowane przez nią/niego decyzje w sprawach publicznych i państwowych. To przede wszystkim jednak politycy w trosce o transparentność swoich działań powinni informować opinię publiczną o stanie swojego zdrowia w zakresie mogącym mieć wpływ na sprawy publiczne”.

Marek Twaróg, redaktor naczelny Polska Press Grupa, podkreślał, że Jacek Nizinkiewicz jest dziennikarzem, którego ceni i nie przypisuje mu złych intencji. „Jeśli uznajemy, że publikacja była błędem, to z pewnością nie była błędem intencjonalnym” – mówił „Presserwisowi” Twaróg. I dodawał: „Szymon Hołownia jest ważnym politykiem, był drugą osobą w państwie. Musi liczyć się z tym, że informacje o jego stanie zdrowia mogą pojawiać się w mediach. Jako obywatele powinniśmy mieć prawo wiedzieć wszystko o ważnych ludziach, którzy kreują politykę państwa, również o ich zdrowiu. Dziennikarze mają tej wiedzy dostarczać”.

– Wśród dziennikarzy krążyła informacja o stanie zdrowia Szymona Hołowni, ale jednak nikt jej wcześniej nie podał – mówi Grzegorz Zasępa, redaktor naczelny „Super Expressu”. – Moim zdaniem jedynym źródłem takiej informacji może być sam zainteresowany. On jest tylko jej dysponentem. Niezależnie od funkcji, jaką pełni polityk. Nie mamy w Polsce jawności stanu zdrowia osób publicznych. Takie raporty są w Stanach Zjednoczonych – uważa Zasępa.

– Jacek Nizinkiewicz miał dobre intencje, chciał dobrze. Depresja nie jest wstydliwą chorobą. Warto oswajać ludzi z tą wiedzą i zachęcać do leczenia, choćby przez przykład własny albo znanych osób. To nie jest choroba weneryczna. Depresja nie jest przeszkodą w pełnieniu ważnych funkcji – mówi Wojciech Czuchnowski, dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej”. – Jeśli chodzi o osoby publiczne, które pełnią ważne funkcje, zwłaszcza w strukturach bezpieczeństwa, to o niektórych ich schorzeniach, jak aktywna narkomania czy alkoholizm, wręcz mamy obowiązek pisać, bo taka osoba stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa – uważa Czuchnowski. A jak dziennikarz miał zapytać Hołownię o depresję? – Wyobrażam sobie na przykład, że mówi: „chciałbym napisać tekst o Światowym Dniu Walki z Depresją. Słyszałem, że pan się zmaga z tą chorobą, czy zechciałby się pan podzielić swoją historią” – sugeruje Czuchnowski.

Tomasz Patora, dziennikarz śledczy programu „Uwaga!” TVN, uważa, że nawet informacja wrażliwa jest informacją do zweryfikowania, jak każda inna. – Polityk musi mieć grubszą skórę, a mówiąc bardziej fachowo, zakres jego prywatności i jej ochrony jest ograniczony z uwagi na to, że jest politykiem. Nie widzę nic zdrożnego w tym, że dziennikarz sprawdza i o takie rzeczy pyta. Jeśli ten odmówi odpowiedzi, robi to na własny koszt – mówi Patora.

Patora przypomina cykl artykułów „Wakacje z agentem” w dzienniku „Życie”. – Dziennikarze „Życia” Rafał Kasprów i Jacek Łęski napisali, że Aleksander Kwaśniewski pod koniec lat 80., będąc ministrem sportu w rządzie Rakowskiego, spędził wakacje w Cetniewie z sowieckim agentem. Kwaśniewski nie chciał z nimi rozmawiać. Później w sądzie zaprzeczył i jako dowód przekazał bilingi z karty kredytowej, z których wynikało, że w tym czasie był w Irlandii. Sąd stwierdził, że co prawda dziennikarze napisali nieprawdę, ale nie napisaliby nieprawdy, gdyby Kwaśniewski im nie odmówił, choć oczywiście miał do tego prawo – opowiada.

Według dziennikarza „Uwaga!” TVN problemem jest dotarcie do informacji o stanie zdrowia polityka. – Oficjalnych takich informacji nie otrzymamy. Najlepiej, żeby to był dokument, a nie źródło osobowe. Chyba że źródło osobowe, które przynosi dokument. Wtedy wystarczy zweryfikować autentyczność dokumentu – uważa.

DUŻO EMPATII

Zapytałem dziennikarzy, czy podaliby informację o śmierci Magdy Umer (zmarła 12 grudnia 2025 roku), gdyby przekazała ją w mediach społecznościowych np. Krystyna Janda.

– Jeśli Krystyna Janda zamieściłaby wpis, że nie żyje Magda Umer, a były z sobą blisko, pewnie gdzieś jeszcze chciałbym sprawdzić tę informację, choć byłaby to dla mnie wiarygodna wiadomość – mówi Jacek Czarnecki, zastępca dyrektora Programu I Polskiego Radia, a wcześniej przez wiele lat reporter Radia Zet. – Raczej nie podajemy suchych informacji. Pewnie byśmy chcieli kogoś nagrać, więc od razu dzwonilibyśmy do Krystyny Jandy, Wojciecha Manna czy Krzysztofa Materny, którzy znali Magdę Umer – dodaje.

Tylko że przyjaciółka zmarłej jest w takiej sytuacji w szoku. Nie ma pewności, że w ogóle odbierze telefon, a nawet jeśli, to czy zechce rozmawiać?

– Nie ma dobrego sposobu. Nigdy nie wiemy, jak rodzina czy bliscy zareagują. Są ludzie, którzy zdają sobie sprawę z tego, że dziennikarze muszą wszystko sprawdzić i zweryfikować. Nie dzwonią po sensację, tylko po to, żeby powiadomić opinię publiczną. Jak mają to sprawdzić? Ale są i tacy, którzy uważają, że to naruszenie prywatności. Sam staram się unikać takich tematów – mówi Wojciech Czuchnowski z „GW” i dodaje: – Znam dziennikarzy, którzy zaczynają od tego, że dzwonią na numer zmarłej osoby. Jeśli odbierze, to znaczy, że żyje.

W 1997 roku w Krakowie zamordowano studenta Michała Łyska – wspomina Wojciech Czuchnowski. – Byłem wówczas dziennikarzem „Super Expressu”. Po tym, jak napisałem tekst, a wcześniej byłem u jego rodziców, zadzwonił do mnie jego ojciec. Wystraszyłem się, że ma jakiś żal, a on powiedział, że chciałby mi podziękować i się spotkać. Pytam dlaczego. A on: „Było u mnie wielu dziennikarzy, ale pan jako jedyny nie zapytał, jak się czuję”. Osoby, które stracą kogoś bliskiego, często zwracają uwagę, że dziennikarze zadają im idiotyczne pytanie o samopoczucie. To pytanie bezmyślne – mówi Czuchnowski.

O trudnościach weryfikacji wrażliwej i przykrej informacji mówi mi także Mariusz Gierszewski, reporter śledczy Radia Zet. – Trzeba mieć dużo empatii. Nie można naciskać, wydzwaniać, jak się robi w innych sprawach – mówi Gierszewski. – Najpierw próbowałbym potwierdzić przez bliskich znajomych, bliskich współpracowników. Jestem zwolennikiem, żeby na samym końcu wykonać telefon do najbliższej rodziny. To bardzo bolesne. Wtedy trzeba okazywać jak najdalej posunięty szacunek. I zrozumieć, że jeżeli usłyszy się stanowczą prośbę o zachowanie prywatności, to trzeba ją uszanować. To jest dla mnie ważniejsze niż dziennikarski imperatyw dojścia do informacji. Liczy się wola rodziny – wyjaśnia Gierszewski.

Psycholog dr Joanna Heidtman przypomina, że do zadań dziennikarza należy informowanie i weryfikowanie informacji, a jednocześnie uznanie, że wiele z nich dotyczy ludzi i pochodzi od ludzi. – Co więcej, może dotyczyć sytuacji, które są dla będących w nich ludzi dramatyczne. Więc trudno pozostawić relacje i emocje ludzi poza nawiasem. Trudno mi sobie wyobrazić, że będąc dziennikarzem, reporterem, dziennikarzem śledczym, nie ma się przygotowania w tym zakresie. Dziennikarz często musi być tam, gdzie go nie proszono, albo tam, gdzie jest ból, złość i wiele silnych emocji, więc tym bardziej relacja, osoba i emocja są pierwsze. Informacja idzie dopiero za tym – mówi psycholog. – Jeśli pan pyta, czy dzwonić, czy nie – na to pytanie nie odpowiem, bo to praca czysto dziennikarska i dziennikarz musi zdecydować, jak, czy, kiedy i od kogo zbierać informacje. Jak rozmawiać i pytać? To będzie zależało od danej sprawy czy sytuacji. Ale na pewno, jeśli nie uwzględni się najpierw emocji, które przeżywa osoba, z którą się kontaktują, najprawdopodobniej wszystko spali na panewce. Z wielu powodów: oporu, frustracji, złości, niechęci. Czy przepraszać? Moim zdaniem zawsze. Przepraszamy za wdzieranie się w czyjąś prywatność w dużo mniej drażliwych sytuacjach. Nie chodzi o przeprosiny w sensie dosłownym, ale o komunikat: „Wiem, że to dla pani/pana/państwa trudne”. Bez tego zharmonizowania emocjonalnego dziennikarze często będą odbierani jako wrogowie, w sytuacjach, kiedy realnie mogą i mają być pomocni – dodaje.

Mimo to Krzysztof Berenda, szef warszawskiej redakcji RMF FM, stwierdza, że na tym polega praca w newsach: – Musimy sprawdzić, czy nie było włamania na konto Krystyny Jandy, musimy mieć więc pewność, że to jej prawdziwy profil. A najlepiej, jakby nam Krystyna Janda potwierdziła tę informację telefonicznie – mówi Krzysztof Berenda z RMF FM. – Ciężko dzwonić w takim momencie do rodziny, choć czasami to się zdarza. Możemy zadzwonić do teatru, ZASP-u. Internet jako źródło informacji dziś już nie wystarcza – mówi Krzysztof Berenda.

Sprawdzanie prawdziwości konta jest zasadne, bo kilka lat temu serwis internetowy „Super Expressu”, powołując się na wpis z fałszywego konta Olgi Tokarczuk na Twitterze, napisał nieprawdziwą informację o śmierci reżysera Krzysztofa Zanussiego. Jak informowało kierownictwo gazety, wobec dziennikarza, który złamał standardy obowiązujące w redakcji, wyciągnięto konsekwencje.

Z kolei w 2021 roku portale internetowe podały informację o rzekomej śmierci eksperta ds. bezpieczeństwa Krzysztofa Liedela na podstawie jednego tweeta. Źródłem pomyłki był wpis na Twitterze Leona Komornickiego, byłego zastępcy szefa sztabu generalnego Wojska Polskiego. W sobotę przed południem napisał: „Covid-19 zabił dzisiaj Krzysztofa Liedela – wykładowcę akademickiego, policjanta antyterrorystę, eksperta d/s bezpieczeństwa – dobrego i uczciwego człowieka o nieprzeciętnej odwadze intelektualnej, doświadczeniu życiowym i zawodowym. To wielka strata! Cześć Jego Pamięci”.

Informacja o śmierci Liedela została szybko zdementowana, m.in. przez byłego szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Pawła Wojtunika. „Po porannej tragicznej informacji o śmierci Krzysztofa Liedela pragnę poinformować, że jest nieprawdziwa. Krzysztof żyje, jest w bardzo ciężkim stanie, ale ciągle walczy” – napisał Wojtunik na Twitterze.

Krzysztof Liedel zmarł kilka dni później.

Marzena Suchan, ówczesna szefowa działu Wiadomości w portalu Wp.pl, wyjaśniała „Presserwisowi”, że nieprawdziwa informacja dostępna była na stronie głównej przez niespełna minutę. „Wydawca błędnie uznał, że konkurencyjne media powołują się na inne źródło niż tweet. Za opublikowanie nieprawdziwej informacji przepraszamy. Niezmiennie w WP obowiązują zasady potwierdzania podobnych doniesień w oparciu o dwa źródła” – przekonywała.

– Nie oszukujmy się. Media internetowe żyją tym, kto pierwszy poda newsa. W Polskim Radiu mamy serwisy co godzina, więc mamy czas na sprawdzenie informacji. W internecie czy telewizjach informacyjnych już tak nie jest – mówi Jacek Czarnecki z radiowej Jedynki.

We wrześniu 2025 roku w wypadku samochodowym zginęła Katarzyna Stoparczyk, wieloletnia dziennikarka Programu III Polskiego Radia. – Mąż prosił, by nie podawać jeszcze tej informacji, żeby rodzina nie dowiedziała się o wypadku z mediów. Tymczasem inne media informowały już o tym fakcie – wspomina wiceszef Programu I.

Wiele lat pracował jako korespondent wojenny i zajmował się tematami wojskowymi. – Był zwyczaj, że nie podajemy informacji o śmierci żołnierza, aż MON jej nie uwolni po poinformowaniu najbliższych. Chodziło o to, żeby rodzina nie dowiadywała się z mediów – wyjaśnia.

ZASADA DWÓCH ŹRÓDEŁ

Piotr Witwicki, redaktor naczelny portalu Interia.pl oraz dyrektor pionu informacji i publicystyki Telewizji Polsat, pamięta wpadkę Interii z lipca 2019 roku. Sam jeszcze wtedy nie kierował portalem. Interia – tak jak wiele innych mediów – podała nieprawdziwą informację, że nie żyje popularyzator majsterkowania Adam Słodowy, który w Telewizji Polskiej przez lata prowadził program „Zrób to sam”. – To był duży cios dla Interii. Wyciągam wnioski z błędów swoich poprzedników. Wprowadziliśmy w Interii kodeks postępowania – mówi Piotr Witwicki. – Teraz na pewno nie podalibyśmy takiej informacji bez dokładnego sprawdzenia. Stawiamy na weryfikację. Nie przez przypadek obowiązuje zasada dwóch źródeł – zapewnia naczelny Interii. – W mediach społecznościowych nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co pisze. W przypadku dziennikarza jest już inaczej. W grę wchodzi odpowiedzialność za tytuł, ale też ta cywilna, a nawet karna. Może to dobrze, bo tym media dziś muszą odróżniać się od social mediów, że biorą odpowiedzialność za to, co piszą, i można im zaufać – uważa Witwicki.

Media, informując o śmierci Adama Słodowego, w większości powoływały się na portal Interia.pl, a także na depeszę Polskiej Agencji Prasowej.

Nieprawdziwą informację o Słodowym podawały m.in.: Tvp.info, Wyborcza.pl, Rp.pl, Gazeta.pl, Onet.pl, Wpolityce.pl, Dorzeczy.pl, NaTemat.pl, Press.pl, Se.pl, Fakt.pl, Dziennik.pl, serwisy internetowe Radia Zet, RMF FM, Tok FM.

– Informacja w serwisie Se.pl była dostępna przez chwilę, zdjęliśmy ją po kilku minutach i sprostowaliśmy – zastrzega Grzegorz Zasępa, redaktor naczelny „Super Expressu”. – Pamiętam ten dzień. Nasz dziennikarz zadzwonił do żony Adama Słodowego. Rozmowę zaczął od złożenia kondolencji. Żona powiedziała: „Jak wychodziłam z domu na zakupy, to mąż jeszcze żył” – relacjonuje naczelny „SE”.

– Wprowadziłem lata temu w „Super Expressie” zasadę, że nie ścigamy się o tego typu newsy. Dokładnie je sprawdzamy – zapewnia Zasępa. Opowiada historię z 2010 roku, jak transportowano do Warszawy ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. – Kiedy trwały uroczystości na Okęciu, na moje biurko zadzwonił mężczyzna, który przedstawił się jako pracownik szpitala przy Szaserów w Warszawie. Powiedział, że zmarła Jadwiga Kaczyńska, matka braci Kaczyńskich. Rzeczywiście przebywała wtedy w szpitalu, ale ja byłem nieufny. Wypytywałem go o szczegóły. Znał dobrze szpital. Mówił, że przed chwilą odwieziono ją do prosektorium. Brzmiało wszystko wiarygodnie. Co więcej, zaczęliśmy obserwować Jarosława Kaczyńskiego na płycie lotniska. W pewnym momencie ktoś do niego podszedł i widać było jego silne wzburzenie. Na szczęście nie puściliśmy newsa, choć była wielka pokusa. Zaczęliśmy sprawdzać, dzwonić w inne miejsca i nie mieliśmy potwierdzenia – wspomina.

Adam Słodowy zmarł kilka miesięcy po pierwszej informacji o swojej śmierci, w grudniu 2019 roku.

Pierwszy informację przekazał o 8.53 serwis Rmf24.pl, zaznaczając, że „informację tę potwierdziła RMF FM jego żona” Bożena Słodowy. Ówczesny dyrektor informacji RMF FM Marek Balawajder mówił „Presserwisowi”, że od lipca w redakcji zmieniły się procedury. „Zadzwoniliśmy do najbliższego członka rodziny” – mówił.

O 10.29 depeszę o śmierci Słodowego wypuściła Polska Agencja Prasowa. Agencja zaznaczyła, że informację potwierdził w rozmowie z PAP jego krewny Maciej Rozbicki. „Tym razem zweryfikowaliśmy informację. W lipcu podawały to wszystkie media, ulegliśmy presji, nie mogliśmy skontaktować się z rodziną i daliśmy w końcu informację po wszystkich, powołując się na TVP Info i inny serwis. Odezwał się do nas Rozbicki, skorygowaliśmy od razu informację. Teraz się z nim skontaktowaliśmy” – mówił „Presserwisowi” Wojciech Surmacz, który kierował wtedy PAP.

ZARZUTY DO MEDIÓW

Na początku marca środowiskiem fotoreporterów wstrząsnęła wiadomość o tym, że zmarł Adam Chełstowski. O okolicznościach jego śmierci napisał w mediach społecznościowych fotoreporter Jan Wojciech Łaski, prezes agencji East News. Wydawał się wiarygodny i był na miejscu. „W centrum europejskiej stolicy, w miejscu odwiedzanym codziennie przez tysiące ludzi, nie było dostępnego urządzenia, które mogłoby zwiększyć jego szanse na przeżycie (...). Ambulans przyjechał po ponad trzydziestu minutach, a mimo naszych wysiłków serce Adama zatrzymało się na zawsze” – oburzał się na Facebooku Łaski.

Część mediów, w tym Press.pl, zacytowało wpis Łaskiego.

Śmierć była faktem, ale fotoreporterzy oburzyli się na niesprawdzenie czasu dojazdu karetki. Tłumaczyli to wrażliwością na uczucia ratowników medycznych.

„Nie czekaliśmy 30 minut na karetkę! Ratownicy byli po 10 minutach! Przed publikacją proszę sprawdzać informacje” – pisała pod wpisem „Press” na Facebooku Karolina Misztal-Świderska z „Dziennika Bałtyckiego”. „Autorze… proszę nie powielać chociaż tych bzdur o 30 minutach czekania na karetkę. Warto czasem coś sprawdzić przed publikacją” – proponował fotoreporter Jacek Szydłowski. „Wielka szkoda. Mimo to trzeba napisać, że jeśli Press pisze informacje bez sprawdzenia to już jest dno!” – oburzał się Aleksander Rabij.

Jak powinno się sprawdzać taki wpis? – Rozumiem żal po stracie kolegi i emocje związane z pomyłką co do czasu przyjazdu karetki. Ale wpisy, że Press.pl to dno, bo nie zadzwoniliśmy do będących w traumie fotografów, by spytać, po jakim czasie przyjechała karetka, uważam za mocno na wyrost – mówi redaktor naczelny Press.pl Andrzej Skworz. – We wpisie Łaskiego ważniejszy był apel o więcej defibrylatorów w stolicy, by można było ratować kolejnych zawałowców, a nie o to, ile minut jechała karetka – dodaje Skworz.

Wojciech Łaski odniósł się później do sprawy, cytowany przez TVP 3 Warszawa: „Napisałem, że trwało to pół godziny. Później ktoś inny napisał, że osiem minut, ktoś inny dziewięć. No na pewno czas płynie inaczej w takich sytuacjach. Ja jestem jednak przekonany, że trochę dłużej to trwało niż siedem minut” – wyjaśniał.

Dzwonię do jednego z fotoreporterów. – Jeżeli ktoś podaje taką informację, dosyć prosto weryfikowalną, można ją sprawdzić jednym telefonem. Oczywiście informacja pojawiłaby się wtedy później w mediach – radzi mi, ale zastrzega, że nie zgadza się na cytowanie pod nazwiskiem.

– Jeśli informację podał człowiek, na którego niemal rękach umarł Adam, trudno nie uwierzyć. Sam się wkurzyłem, że 30 minut czekał na pomoc – mówi Jacek Czarnecki z radiowej Jedynki. – Jak widać, ludzie tracą nerwy w takich momentach – dodaje.

OGRANICZONE ZAUFANIE

I tu pojawia się kolejny problem z weryfikowaniem informacji wrażliwych, bo niepewni okazują się nawet naoczni świadkowie. – Musimy mieć ograniczone zaufanie do świadków wydarzeń. Naoczni świadkowie nieraz wpadają w tunel czasowy – przyznaje Jacek Czarnecki. – Przy licznych tragediach czy wielokrotnie na wojnie miałem do czynienia z rozbieżnymi relacjami świadków, którzy widzieli to samo wydarzenie i opowiadali o nim w zupełnie inny sposób. Można wtedy przytoczyć dwie różne relacje, ale nie można opierać się tylko na tej bardziej drastycznej – tłumaczy.

– Świadkowie są wartościowym głosem, pod warunkiem że mówią o wydarzeniach ze swojej perspektywy, a nie prosimy ich o analizy międzynarodowe – mówi Krzysztof Berenda. Zwraca uwagę, że podczas konfliktu na Bliskim Wschodzie część mediów korzysta z relacji Polaków z Dubaju czy Izraela. – To są ciekawe głosy, ale ubarwiające, mogą oddać atmosferę, ale nigdy nie mogą być nośnikiem informacji o tym, co faktycznie się wydarzyło – uważa Berenda i dodaje: – Z turystami przylatującymi z Dubaju oczywiście warto było rozmawiać, ale nie można ich było traktować jak ekspertów, którzy wyjaśnią sytuację geopolityczną. Nie możemy sięgać po turystów do opisywania, ile rakiet przeleciało, ale do rozmowy o tym, czy w kurortach mieli poczucie bezpieczeństwa i jak się czuli, już tak – mówi Berenda.

Tylko jak zweryfikować odczucia i uczucia? Tu chyba możliwość dziennikarskiej obiektywizacji się kończy.

***

Ten tekst Macieja Kozielskiego pochodzi z magazynu Press wydanie nr 05-06/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech

Press

Maciej Kozielski

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.