"Presserwis" to płatny newsletter o mediach i reklamie – z newsami i analizami, o których potem dyskutują inni  |  Newsletter przychodzi na skrzynkę pocztową codziennie rano  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj, daj nam znać  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

"Presserwis" to płatny newsletter o mediach i reklamie – z newsami i analizami, o których potem dyskutują inni  |  Newsletter przychodzi na skrzynkę pocztową codziennie rano  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj, daj nam znać  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

"Presserwis" to płatny newsletter o mediach i reklamie – z newsami i analizami, o których potem dyskutują inni  |  Newsletter przychodzi na skrzynkę pocztową codziennie rano  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj, daj nam znać  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

Temat: prasa

Dział: WYWIADY

Dodano: Styczeń 24, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dziennikarstwo jest źle odbierane. Rozmowa z Dominikiem Księskim

„Jestem wolnym człowiekiem i chcę wydawać taką gazetę, na jaką mam ochotę. I wydawanie innej nie będzie cieszyć, więc nie będę tego robił” – stwierdza Dominik Księski (fot. Arkadiusz Wojtasiewicz)

„Wszystko, co piękne, kiedyś się kończy” – mówi Dominik Księski, redaktor naczelny i właściciel tygodnika „Pałuki”. O jego zamknięciu, wręczeniu wypowiedzeń całemu zespołowi, wojnie o prawdę i źle odbieranym dziennikarstwie z Księskim rozmawia Andrzej Skworz.

W wielkopolskim Żninie wydawałeś jedną z najbardziej znanych gazet lokalnych w Polsce. Współtworzyłeś Stowarzyszenie Gazet Lokalnych. Byłeś trenerem dziennikarstwa w Tadżykistanie, Kirgistanie, na Białorusi i w Ukrainie. I nagle odchodzisz. Za kilka dni robisz ostatnie papierowe wydanie „Pałuk”.

Wszystko, co piękne, kiedyś się kończy.

Straciłeś wiarę w dziennikarstwo?

Nie, ale nie mam możliwości finansowych, aby nadal wydawać niezależną gazetę, taką, jaką założyłem i jaką przez 34 lata robiłem.

Jak się czuje szef, który wręcza wypowiedzenia wszystkim swoim pracownikom?

Czułem, że to dobra decyzja. Zrobiłem to jednego dnia, a moją emocją było przekonanie, że postępuję słusznie.

Patrzysz w oczy ludzi, których sam wyszukałeś i wyszkoliłeś, którzy przez lata byli z Tobą na dobre i złe. I nie odczuwasz emocji?

Dwa lata temu mieliśmy w redakcji rozmowę, podczas której powiedziałem, że w ten sposób najprawdopodobniej zakończymy działalność. O ile nie uda nam się odzyskać źródeł wpływów, czyli reklam i pieniędzy ze sprzedaży gazety papierowej, ani pozyskać nowych źródeł wpływów, czyli reklam z internetu. Bo jeśli chodzi o płatne subskrypcje treści, baliśmy się tego rozwiązania i go nie wprowadziliśmy. Zapowiedziałem, że jeśli będziemy kończyć przygodę z tygodnikiem „Pałuki”, będzie to wyglądało w ten sposób.

To miało ich zmotywować?

Pytanie jest tendencyjne.

Przestraszyć?

Wyjaśnić im sytuację, w której się znajdują. Że pracują w gazecie, która przestała być rentowna i póki mogłem dokładać z wynajmów lokali oraz z książek, których ostatnio parę fajnych wydaliśmy, to dokładałem. Ale w końcu stwierdziłem, że nie mogę się kopać z koniem.

Czujesz, że dusisz poduszką własne dziecko?

Nie. Gazeta była potrzebna, gdy miała czytelników. Kiedy czytelnicy jej nie kupują, staje się niepotrzebna. Nigdy nie traktowałem gazety jako dziecka, tylko jako zadanie do wykonania – moje uczestnictwo w budowie wolnego kraju. I dopóki można było, stałem na tym posterunku.

Zdezerterowałeś czy rozwiązano armię i powiedziano Ci, że koniec wojny?

Ta wojna nie ma końca. Wojna o prawdę, wojna z zalewem fałszu, kłamstwa i przemilczeń cały czas trwa i my w niej uczestniczyliśmy.

Czyli zdezerterowałeś. Wojna trwa, a Ty odchodzisz. I to jeszcze z powodu braku żołdu.

Trudno, ale jeśli tak oceniasz? Nie będę komentował.

Skomentuj.

Wytłumaczeniem jest konstatacja, że moja gazeta przestała być potrzebna.

A z drugiej strony mówisz, że wojna o prawdę i ludzkie umysły nadal trwa.

Nie mam możliwości w niej uczestniczyć, bo brakuje mi już amunicji, a moja broń jest zbyt stara. Rzeczywiście, można powiedzieć, że wychodzę z tego okopu, ale wierzę, że będą następni, którzy zajmą moje miejsce.

Ale to już będą inne okopy.

Parę miesięcy temu Agora zorganizowała w Krakowie międzynarodową konferencję wydawców. Wydawcy lokalni dostali wejściówki za darmo. Usłyszałem tam, że wszyscy się zgadzają, że w tej chwili już kto inny płaci za informację, a kto inny z niej korzysta.

Kult darmowości.

Tak, różne fundacje czy trusty będą płaciły za utrzymanie dziennikarskich portali, które będą podawały sprawdzone, wiarygodne informacje. Ale końcowy odbiorca będzie z nich korzystał za darmo. Nie jest to model, w którym chcę uczestniczyć. Zakładaliśmy płatne gazety, które były niezależne. I taką gazetę prowadziłem do końca.

Czujesz, że poniosłeś porażkę, czy winisz innych?

Jeśli robiłem to przez trzydzieści parę lat, trudno mówić o porażce. Trudno też wskazać winnych. Po prostu nałożył się splot czynników, a ja nie umiałem na nie odpowiedzieć jako wydawca i redaktor naczelny. Koledzy, którzy może mają większe umiejętności, nadal wydają swoje gazety.

Spróbujmy rozsupłać ten splot czynników. Kolportaż. Byliście dumni z własnych sieci transportu i sprzedaży. Co się potem stało?

To syndrom znany ze „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza. Gdy na ulicę wchodzą wielkie korporacje, małe sklepy cynamonowe przestają być rentowne. Sieć wiejskich sklepów, która była podstawą naszego kolportażu, z roku na rok się zmniejsza, i to coraz szybciej. Gdy dowoziliśmy do każdej wioski nasze gazety własnym transportem, wtedy miały swojego czytelnika.

Ile takich miejsc obsługiwaliście?

W szczycie w dwóch i pół powiatu mieliśmy pięćset punktów kolportażu. Jeżeli we wsi były dwa sklepy, wybieraliśmy jeden z nich. Mieliśmy sześć tras i w najlepszym momencie sześciu kierowców. Gazeta przyjeżdżała naszą ciężarówką z drukarni Polska Press z Bydgoszczy, a później kierowcy rozwozili egzemplarze do skrzynek przy sklepach i zabierali stamtąd zwroty.

I co się zmieniło?

Część sklepów nadal istnieje, ale wielu klientów odeszło do powstających supermarketów, a te nie lubią się bawić w tygodniki lokalne. Mają dużo innej prasy.

W jednej małej miejscowości w pobliżu naliczyłem trzy prywatne stacje benzynowe. Widać, że w Waszym regionie sieciowe stacje benzynowe się nie przyjęły. Ale mówisz, że krajowe sieci handlowe, jak Dino, Biedronka, Lidl i Żabka, jednak się rozpychają?

Akurat w Żabkach i Dino możemy się sprzedawać, ale Biedronka i Lidl nas nie chcą.

Problemem jest też pewnie brak potrzeb czytelniczych wśród klientów sieci.

Tak, czytanie prasy stało się niemodne.

To zajęcie dla starych ludzi?

Powiedzmy. Jeszcze w komórce i za darmo każdy chętnie poczyta. Ale żeby finansować gazetę, czyli kupić ją za cenę niższą niż kulka lodów albo bilet autobusowy, to już nie bardzo.

A ile kosztują „Pałuki”? Widziałeś, jak sprzedaż maleje po każdym wzroście ceny?

6 złotych i 40 groszy. Do pewnego czasu sprzedaż nie malała. Odwrotnie, rosła.

Po wzroście ceny?

Jakoś do 2008 roku podwyższenie ceny zawsze skutkowało wzrostem sprzedaży. Dlaczego? Bo jak gazeta była droższa, ludzie już jej nie pożyczali sąsiadom po przeczytaniu.

Skąd to wiesz?

Z badań fokusowych, które robiliśmy. Zresztą może prawdziwy powód był inny, ale jednak wcześniej wzrosty ceny zawsze skutkowały wzrostem sprzedaży. To się skończyło. W czasie inflacji sprzed paru lat podnosiłem ceny, żeby wyrównać wzrost kosztów. I bardzo negatywnie wpływało to na sprzedaż.

Jak długo nie podnosiłeś ceny gazety?

Pewnie z półtora roku, może dwa lata. W tej chwili malejąca krzywa pieniędzy z kolportażu powolutku przybliża się do rosnącej krzywej kosztów kolportażu. Jeszcze się nie spotkały, ale już są blisko.

Kosztów kolportażu, papieru i druku?

Kosztów samego rozwożenia gazety. Za chwilę będzie kosztować więcej, niż dostajemy ze sklepów. Kiedy mieliśmy 10 czy 12 tysięcy nakładu, w „Pałukach” oraz „Pałukach i Ziemi Mogileńskiej”, koszty transportu były ułamkiem wszystkich kosztów. A gdy mamy tego nakładu cztery razy mniej, to ta zabawa przestaje mieć sens.

Zniknięcie kiosków Ruchu nie miało dla Ciebie znaczenia?

Umowę Ruchowi wypowiedziałem jeszcze w 1999 roku. Więc nie obeszło mnie to, ale było wielkim kłopotem dla innych wydawców lokalnych, którzy korzystali z tej sieci. Moim zdaniem Ruch nigdy nie umiał sprzedawać prasy. Zbudowałem własną sieć. Ta operacja była bardzo skuteczna, bo sprzedaż skoczyła nam wówczas o 20 procent.

Przejdźmy do kolejnego problemu. Dlaczego brakowało Wam reklam?

Skończyły się w pandemii. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, zmniejszyła się liczba firm na rynku i tym samym osłabła konkurencja między nimi. Ci, którzy zostali, mają tyle zamówień, że nie muszą się reklamować. Do tego te firmy, które dawniej się u nas reklamowały, powiedzmy: tapicer, stolarz, elektryk, idą teraz na przetargi i niepotrzebna jest im reklama, bo to urzędnik albo zamawiająca firma decyduje, kogo wybierze.

Po drugie, praktycznie zaniknął też segment reklam rolniczych. Dlaczego? Bo walka się skończyła, każdy ma swoją działkę, nie wchodzi drugiemu w drogę. A kiedyś reklamy firm rolniczych stanowiły jedną trzecią reklam w tygodniku lokalnym.

Czy te reklamy nie przeniosły się do tych nowych mediów dla rolników?

Może tak, ale jest jeszcze sprawa najważniejsza: ludzie się nie reklamują, bo uważają, że jak mają swój fanpage na Facebooku, to żadna reklama nie jest im potrzebna.

Mówią też o Google Maps czy innych portalach społecznościowych albo stronach WWW?

Nie, wszyscy mówią o Facebooku. Strony WWW są już podobno niemodne.

W rozmowach handlowych pada słowo Facebook, ale myślę, że można to traktować jako pewnego rodzaju pars pro toto. Tłumaczenie, że inny jest zasięg fanów na Facebooku, a inny odbiorców naszej strony internetowej, nie działa. Reklamy odwróciły się od gazety.

A samorządy, powiaty, urzędy?

Dają czasami ramkę, że organizują przetarg, czy coś tam ogłaszają.

Jest tego mniej niż dawniej?

Nigdy nie było dużo i tutaj nie widzę żadnej zmiany. Niektóre urzędy, obrażone na nas po wieki wieków, nie dawały reklam, nie dają ani dawać nie będą. A te inne, które traktują to beznamiętnie, dawały i dają. Ale jest ich mało.

Dla „Gazety Wyborczej” czy „Rzeczpospolitej” ogłoszenia o przetargach wciąż są ważne.

Urzędy, samorządy lokalne oszczędzają na wydatkach, ale przede wszystkim boją się opozycji. A opozycja raz na jakiś czas grzmi na sesji wielkim głosem: „Ileście zapłacili „Pałukom”? Później burmistrz musi się tłumaczyć i wyjaśnia, że na szczęście malutko.

A dlaczego nie macie kampanii ogólnopolskich? Mieliście w Warszawie Biuro Reklamy Gazet Lokalnych. Tam był jeden sprzedawca?

Dwie osoby, ale siedziba biura jest w Żninie. To byli pracownicy mojego działu reklamy, którzy założyli własną firmę.

W kontrze do Ciebie czy im pomagałeś?

Najpierw pracowali na zlecenie całego Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, gdy byłem jego prezesem. Ale gdy padły głosy, że należy zreformować ich pracę, to podziękowali, założyli własną firmę i złożyli ofertę, że będą pracować dla nas na własnych warunkach.

Za poprzednich rządów Platformy i częściowo PiS-u te reklamy ogólnopolskie rzeczywiście się pojawiały. Reklamowało się Ministerstwo Rolnictwa, Ministerstwo Zdrowia, mieliśmy kampanie społeczne. Gdy w NBP prezesem był Sławomir Skrzypek, co roku zamawiał dużą kampanię w gazetach lokalnych, z którymi chciał trafić do ludu. Czasem dawała coś Państwowa Inspekcja Pracy.

A w czasach rządów koalicji?

Od momentu, gdy nastała władza Donalda Tuska, ani jedna rządowa reklama do nas nie trafiła. A Ministerstwo Rolnictwa swoją kampanię lokuje w „Tygodniku Powszechnym”.

Jak wiadomo, jest tygodnikiem typowo rolniczym.

Mam anegdotę z czasów PiS-u. Kolega z biura reklamy poszedł w Warszawie do jakiegoś ministerstwa. A tam urzędniczka mówi: „Proszę pana, proszę mi tutaj nie wciskać ciemnoty, wszystkie gazety lokalne są niemieckie”. A kolega na to, że nie, są jeszcze gazety niezależne, z polskim kapitałem, i pokazuje nasz trzyipółkilogramowy zestaw gazet, zresztą nie wszystkich. I chce jej go wręczyć, na co urzędniczka: „W żadnym wypadku, proszę pana, proszę mnie tutaj nie próbować korumpować. W ogóle z panem nie będę rozmawiać. Nie ma żadnych gazet lokalnych. Do widzenia panu”. To przykład najbardziej ekstremalny, ale generalnie rzecz biorąc, Warszawa nie wie o tym, że istnieją niezależne gazety lokalne. Szefowa kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego, do której zadzwonił sprzedawca i chciał się umówić na rozmowę, spytała, czy chodzi o te darmowe gazetki w Biedronkach. Stwierdziła, że w ogóle nie interesuje jej ten kanał przekazu, i nawet się nie umówiła na spotkanie. To było w lutym tego roku.

Wiemy, jak się skończyło w maju.

Kiedyś byliśmy z kolegą – bo poprosił mnie, żebym poszedł jako żywy przykład wydawcy lokalnego – u Kamili Terpiał, szefowej komunikacji społecznej w KPRM. Było bardzo miło, pogawędziliśmy sobie, ale nie przełożyło się to na żadne zlecenia.

Głosowałeś na Donalda Tuska?

Tajemnica.

Press

(fot. Arkadiusz Wojtasiewicz)

Nie głosowałeś na blok demokratyczny w ostatnich wyborach parlamentarnych?

Nie wyciągniesz ode mnie żadnych deklaracji. Leszek Balcerowicz też nie mówi, czy głosował na Wałęsę, czy na Mazowieckiego.

Dlaczego mówisz o Balcerowiczu?

Bo wciąż korzystamy z jego reform.

Jesteś liberałem, który wręcza dziesięć wypowiedzeń bez zmrużenia oka?

Czy oczekujesz ode mnie, żebym hamletyzował?

Ja zawsze hamletyzowałem. Rozstawałem się z pracownikami, jakby to był związek. Zapewniałem, że to nie jego wina, zapewniałem, że jest świetnym dziennikarzem. Mówiłem, że to ja nawaliłem.

Ja podobnie.

Ciekawe, bo cały czas zaprzeczałeś, że odczuwasz jakieś emocje.

Nie, dlaczego? Najgroźniejszy dla firmy jest zawsze szef, prawda? To on robi błędy. A przynajmniej za wszystkie odpowiada. Tylko co jest błędem? Jeśli wiesz, że dwa plus dwa jest cztery, a napiszesz pięć – to popełniłeś błąd. Ale jeżeli nie wiesz, jakie będą skutki twoich decyzji, czy te, które podejmujesz, będą dobre, czy złe, trudno tu mówić o błędach. Ale na pewno są ludzie, którzy potrafią nadal prowadzić gazetę czy portal, co znaczy, że podejmowali lepsze decyzje niż ja.

Dlaczego codziennie umierają czytelnicy gazet, a nie rodzą się nowi?

Czytelnicy się zmienili. Gdy zakładaliśmy gazetę, chcieli każdą sprawę zobaczyć z różnych stron. Dawniej było to siłą mediów i za taką postawę byliśmy poważani i zyskiwaliśmy wiarygodność. A ona jest najważniejszą wartością gazety. Tyle że tzw. media tożsamościowe wyrobiły w ludziach przekonanie, iż należy wyłącznie nawalać we władzę. Dobry dziennikarz to ten, który bez pardonu władzy dokłada. I nie słucha tego, co ona ma do powiedzenia.

Media tożsamościowe cały czas dokładały opozycji w czasie rządów prawicy.

To już była kompletna amba. Chociaż my też czasem krytykowaliśmy opozycję w lokalnych radach, bo była bezwolna i nic nie robiła. Wytłumaczę na przykładzie. Ostatnio rejon dróg publicznych, czyli agenda starostwa, wynajął firmę, której traktory, budując ścieżkę rowerową, wjechały rolnikom na pola. Z początku urzędnikom wydawało się, że był to teren tzw. pasa drogi, który rolnicy samowolnie zaorywali. Ale oni odkopali słupki i udowodnili, że spycharki zabrały ich ziemię, wjechały w zasiewy. Rolnicy byli bardzo rozmowni, chcieli się wypowiadać, przedstawialiśmy więc ich punkt widzenia. Firma – jak to bywa – nie chciała się wypowiadać, ale starostwo jak najbardziej.

Jak się tłumaczyło?

Na początku, że to ich teren, a później, że znaleźli błąd na mapach geodezyjnych. Bo odkryli zeszyt z lat 60., którego zapisy nie zostały przeniesione na mapy. Starostwo tłumaczyło, że rzeczywiście nastąpiła pomyłka i będzie chciało się dogadać z rolnikami. Daliśmy też głos władzy. A w internecie poszły komentarze, że jesteśmy tubą starostwa. Ludzie dzwonili i pisali maile, że my tylko tłumaczymy władzę. Jakoś nikt nie zauważył, że mój komentarz na ostatniej stronie także dokładał starostwu.

Twój komentarz nie był przy tym tekście?

No nie, tekst był w środku, bo tekst robił dziennikarz.

Wciąż oddzielacie komentarze od informacji?

No tak, od pierwszego numeru.

Do ostatniego.

No tak, do ostatniego. Takie dziennikarstwo niestety źle się teraz przyjmuje. Jest źle odbierane, bo ludzie chcą już czegoś zupełnie innego. Chcą mieć jak za komuny. Bo komuna dawała sformatowany przekaz. Ktoś był dobry, ktoś był zły i od pierwszych zdań było wiadomo, kto jest kim. Ludzie znów oczekują tego typu przekazów. Oczywiście nie wszyscy.

Przedstawienie opinii drugiej strony nie jest już standardem dziennikarskim, ale dziennikarskim błędem.

Właśnie.

Słyszałem, że poznałeś nową definicję obiektywizmu.

Nie tylko ja. Wpadł na to równocześnie ze mną nasz dziennikarz Karol Gapiński. Obecnie słowo „obiektywnie” oznacza „tak, jak ja uważam”. Artykuł jest obiektywny, jeśli jest zgodny z punktem widzenia czytelnika. Jeśli przedstawisz w nim inny punkt widzenia, tekst jest zły, subiektywny.

Masz wrażenie, że świat się cofa?

Wyjąłeś mi to z ust. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o kwestię komunikacji społecznej, świat się cofnął chyba do czasów wieży Babel. Ludzie mają pomieszane języki, nie rozumieją się wzajemnie. Tak było zawsze, bo np. petent nie rozumiał się z urzędnikiem. Ale w dawnych czasach ten petent przychodził do redakcji. A my w gazecie potrafiliśmy te dwa języki sprowadzić do wspólnego mianownika i w artykule była publikowana ugoda społeczna. Okazywało się, że rację ma petent, ale troszkę racji ma też urząd, bo trzyma się swoich procedur. My tłumaczyliśmy z jednego języka na drugi. A teraz już nikt nie ma ochoty na uzgadnianie pojęć, tłumaczenie języków i dochodzenie do zgody. Wszyscy chcą krzyczeć, co mają do powiedzenia, i nie chcą słyszeć drugiej strony. Powstała kultura walki i wojny, a nie kultura budowania i zgody.

Jak to wpływa na pracę dziennikarzy?

Ludzie przestali rozumieć konwencję gazety lokalnej. I dlatego mówię, że ta gazeta przestała być potrzebna, bo ludzie nie rozumieją, po co my w ogóle jesteśmy.

Press

(fot. Arkadiusz Wojtasiewicz)

DOMINIK JAN KSIĘSKI – ur. w 1959 roku w Lublinie, syn poety i dziennikarza Jerzego Księskiego. Od 1969 do 1978 był członkiem Związku Harcerstwa Polskiego. W 1982 roku uzyskał absolutorium na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a w 1988 roku ukończył studia na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W latach 1982–1992 pracował jako nauczyciel w szkołach podstawowych m.in. w Żninie. W trakcie studiów uczestniczył w strajkach studenckich, od 1983 do 1989 roku działał w podziemnych strukturach żnińskiej „Solidarności”. W latach 1989–1990 członek prezydium żnińskiego Komitetu Obywatelskiego. Następnie w Ruchu Obywatelskim Akcji Demokratycznej, Unii Demokratycznej i Unii Wolności. W 1991 roku był współzałożycielem kwartalnika „Żnińskie Zeszyty Historyczne”. Rok później zaczął prowadzić własną działalność wydawniczą, m.in. w ramach Wydawnictwa Dominika Księskiego Wulkan. Redaktor naczelny tygodnika „Pałuki”, a w latach 2003–2014 prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. Wydawał tytuły „Wulkan”, „Pałuki i Ziemia Mogileńska” oraz „Gazeta Biskupińska”. Gra na gitarze, śpiewa i tłumaczy pieśni rosyjskich bardów. W 2017 roku przeszedł Łuk Karpat, co opisał w nagrodzonej książce pt. „Ogień to druga woda czyli Łuk Karpat”.

Ale może to Ty nie rozumiesz nowych czasów. Kiedy ostatnio unowocześniłeś makietę?

Ze 20 lat temu. Była dobra, po co ją zmieniać?

Kto uważa, że była dobra? Była zła i przestarzała.

Możliwe, że była zła, ale wyróżniała się na tle innych, a to też jest jakiś walor. A jeśli chodzi o to, że ja się nie zmieniam, że nie poszedłem za nową konwencją, brzmi to jak zarzut do garbatego, że ma proste dzieci. Jestem wolnym człowiekiem i chcę wydawać taką gazetę, na jaką mam ochotę. I wydawanie innej nie będzie cieszyć, więc nie będę tego robił.

Właśnie dlatego tak się skończyło. Nie czujesz w tym swojej arogancji?

Nie.

Pytam, czy Twoi ludzie, Twoi najbliżsi i klienci nie mówili Ci przez lata: dostosujcie się, bo zginiecie? Pamiętam anegdotkę, że pojechałeś zobaczyć, jak się robi własne studio telewizyjne. Pojeździłeś, wydałeś dużo na sprzęt, po czym w telewizji „Pałuk” czytałeś swoje felietony z gazety i śpiewałeś piosenki Wysockiego. Śmiejesz się?

Tak, czytałem swoje felietony. Wydawały mi się interesujące, więc stwierdziłem, że zaproponuję w sieci tego typu formę. Ale swoich piosenek nigdy na portalu nie dawałem.

Gdy patrzysz wstecz, widzisz co nie było dobrą decyzją? Dlaczego nie zwalniałeś po kilku ludzi?

No właśnie.

Teraz wyrzucenie wszystkich było gorsze niż wcześniejsze przecierpienie straty kilku osób.

Powinienem wcześniej zwalniać.

Co Cię powstrzymywało?

To, że ci ludzie dobrze pracowali, byli wartościowi i po prostu potrzebni. Zwolnienie ich oznaczałoby powierzenie tej pracy innym, którzy zostają. Dziś widzę, że to był błąd.

Już w czasie pandemii trzeba było zwalniać i bardzo ostro pilnować, żeby wpływy, które mieliśmy, były o wiele wyższe niż koszty.

Gdy się umawialiśmy na wywiad, powiedziałeś mi, że pandemia była Twoim początkiem końca. Narzekałeś na Polski Ład.

Bo on przetrącił nam nogi. W ciągu tygodnia zwiększył wysokość budżetu płac przez podniesienie płacy minimalnej, przez co zwiększył się również ZUS. Zmieniły się proporcje pomiędzy podatkiem, składką zdrowotną i składką ZUS-owską. Przez pierwsze miesiące, zanim ktoś się zorientował w Ministerstwie Finansów, że coś tu nie gra, nasi ludzie nie potrafili zrozumieć, dlaczego raz dostają więcej, a raz mniej pieniędzy. Od tego momentu było nam bardzo trudno dogonić króliczka. Samorządowcy wiedzieli, co będzie, więc w listopadzie i grudniu podwyższali sobie pensje i diety, czasem dwukrotnie. Ja nie mogłem dwukrotnie podnieść ceny gazety.

A czy jednym z powodów nie było to, że Wy nigdy nie byliście najbardziej waleczną gazetą?

Byliśmy. Wiele osób z samorządu cieszy się, że kończymy pracę. Mieliśmy sagę kilkudziesięciu artykułów, gdy przewodniczący rady miejskiej zwoływał sesję rady miejskiej i na nią nie przychodził.

Po co to robił?

Żeby go nie mogli odwołać. I tak przez mniej więcej dwa i pół roku, kilkadziesiąt sesji. Czasami stosował inną metodę – że go nie będzie, więc sesję poprowadzi wiceprzewodniczący. Ale wtedy wiceprzewodniczącemu wypadało coś w pracy w szkole.

Odbywały się jakieś sesje?

Tylko nadzwyczajne, z porządkiem obrad, którego nie można było zmienić.

A jego odwołać można było tylko na zwyczajnej?

Tak, w dodatku w statucie miasta napisano, że wcześniej musi być zgłoszony wniosek i dopiero na następnej sesji można odwołać przewodniczącego. A on nie dopuścił nawet do złożenia wniosku.

Zainteresowała się tym jakaś ogólnopolska telewizja? Przecież to wspaniały patent na zamrożenie demokracji lokalnej.

Nie, tylko my o tym pisaliśmy. Przez te dwa i pół roku odbierał diety i tak szło.

Odwołali go w końcu czy nie?

Nie, dotrwał do końca kadencji.

I już nie startował w kolejnych wyborach?

Wystartował oczywiście.

I?

Dalej jest radnym.

Żartujesz? To trochę mówi o skuteczności gazety lokalnej.

Raczej o tym, że ludzie już nie widzą nic złego w tego typu zachowaniach.

Jakie afery w swoich powiatach wykryliście?

Podam tylko niektóre przykłady: fałszowanie świadectw w szkole średniej przez dyrektora, segregacja uczniów ze względu na miejsce zamieszkania, nielegalna Fundacja Rozwoju Szpitala w Mogilnie, fałszowanie dokumentacji w Urzędzie Miejskim w Trzemesznie – w efekcie wyrok skazujący dla burmistrza. Takich tekstów mieliśmy wiele.

Gdybyś zainwestował wcześniej w budynek, jak inne gazety lokalne, mógłbyś go teraz sprzedać i dalej wydawać gazetę.

Mamy budynek, w którym są lokale, zarabiamy na wynajmie.

Będziesz go sprzedawał?

Tak, oczywiście. Po co mi budynek, skoro nie mam redakcji?

Mógłbyś przez jakiś czas jeszcze utrzymać gazetę.

Nie, sprzedaję. Rola kamienicznika mi nie odpowiada. Nie chcę chodzić i zbierać czynszu. Co innego, jak było to częścią biznesu redakcyjnego.

Jak duży jest ten budynek?

Mieliśmy tam czterysta metrów kwadratowych na dwóch piętrach, oprócz tego strych i piwnicę. Kamienica została zbudowana w 1907 roku przez spółkę wawrzyniakowską. Od wczesnego PRL był to budynek NBP.

Właścicielem jest Twoja gazeta?

Nie, my z żoną.

Co będziecie robili z tymi tak przyjemnie zarobionymi pieniędzmi?

Nie wiem. Nie wydawajmy ich, bo jeszcze ich nie ma.

A co Ty sam będziesz robił?

Będzie istniało wydawnictwo, bo gazetę zamykamy, ale wydawnictwo oprócz gazety wydawało też książki. Mam parę pomysłów.

Dlaczego żaden lokalny biznesmen nie chciał od Ciebie odkupić gazety?

Nie wiem.

Masz tu więcej wrogów czy przyjaciół po tych latach w dziennikarstwie?

Nie wiem.

Jak podsumowałbyś tę przygodę w swoim życiu?

Założenie gazety i jej prowadzenie było korzystne dla naszego miasta. Należało to zrobić. I dobrze, że się tym zająłem, choć na początku nie byłem przekonany, że tego typu gazeta utrzyma się w małym, piętnastotysięcznym mieście. Koledzy musieli mnie namawiać.

Będziesz teraz częściej jeździł w góry?

Oczywiście, przez ostatnie dwa lata w ogóle nie miałem na to czasu.

Trekkingi w Himalajach?

Interesują mnie jedynie Karpaty.

Wierzysz jeszcze w dziennikarstwo?

Co znaczy: wierzysz? W Polsce mamy bardzo dobrych dziennikarzy i czytam ich teksty z dużym zainteresowaniem.

Wierzysz jeszcze w dziennikarstwo?

To nie jest kwestia wiary, ale mam nadzieję, że dziennikarstwo nadal będzie istotnym elementem polskiego życia społecznego.

I że przetrwa?

Oczywiście, mam nadzieję, że przetrwa, ale sytuacja nie jest prosta.

A jakby to powiedział człowiek bardziej emocjonalny?

Generalnie dziennikarstwo jest w czarnej dupie. Ale nie możemy tym skończyć.

Możemy. Oczywiście, że możemy.

 ***

Ta rozmowa Andrzeja Skworza Dominikiem Księskim pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 11-12/2025. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.

„Press” do nabycia w dobrych salonach prasowych lub online (wydanie drukowane lub e-wydanie) na e-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy „Press”: Michał Przedlacki, afera z książką Opolskiej i kto zarabia na AI

Press

Andrzej Skworz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.