Wspólna sprawa. Po klęsce Viktora Orbána odzyskiwanie mediów na Węgrzech idzie opornie
Podczas kampanii Budapeszt był oklejony plakatami z wizerunkiem ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, które miały zniechęcać do głosowania na opozycję (screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Odzyskiwanie mediów, nie tylko publicznych, w Budapeszcie idzie niewiele mniej opornie niż w Warszawie.
Autor: Mariusz Kowalczyk
Mátyás Kohán niedzielę 12 kwietnia spędził w pracy. Nagrywał kolejne komentarze, które ukazywały się na YouTubie, na kanale tygodnika „Mandiner”, w którym pracuje. Z kolegami przekazywał i komentował to, w co trudno było im uwierzyć: partia TISZA Pétera Magyara w wyborach odsuwała od władzy Viktora Orbána i jego Fidesz.
Gdy wieczorem stawało się jasne, że TISZA w wyborach miażdży Fidesz i partia Magyara zdobędzie zdecydowaną większość konstytucyjną, Budapeszt oszalał z radości. Wieczorem tłumy zmierzały nad Dunaj, naprzeciwko Országház, czyli zabytkowego budynku parlamentu nad Dunajem, świętować pozbycie się, po długich 16 latach, władzy skorumpowanej, kleptokratycznej i będącej na usługach putinowskiej Rosji. Cieszyli się też dziennikarze, bo Orbán i jego klika przejęli większość mediów, robiąc z nich tuby propagandowe w stylu kremlowskim. W tym czasie całe redakcje traciły pracę, wiele osób musiało zmienić zawód.
Mátyás Kohán nie biegł jednak pod parlament. – Było już po 21, zrobiło się ciemno, gdy wychodziłem z roboty, ale bałem się, że ktoś mnie rozpozna – opowiada mi wyglądający na góra 30 lat Kohán, okularnik z twarzą szkolnego prymusa. – W tym mieście TISZA dostała ponad 70 procent głosów. Takich dziennikarzy jak ja tutaj oczywiście nienawidzą. Ten entuzjazm był trochę niebezpieczny i nie czułem się komfortowo. W pierwszych dniach po wyborach unikałem komunikacji miejskiej i nadal odczuwam napięcie, rozglądam się, czy ktoś do mnie nie podchodzi – Mátyás Kohán nie kryje niepokoju, gdy rozmawiamy w drugiej połowie maja.
Jednak miesiąc po wyborach powodów do zmartwień nie brakowało nie tylko ludziom z propagandowych, orbánowskich mediów, takich jak „Mandiner”, ale też tym, którzy przez ostatnie 16 lat nie pokochali władzy Orbána, nie sprzedali się jej, nie zeszmacili i w skrajnie trudnych warunkach próbowali zajmować się dziennikarstwem.
NIWELOWANIE LUKI WIARYGODNOŚCI
Kohán do ostatnich godzin przed zamknięciem lokali wyborczych przekonywał widzów kanału Mandiner, że nic nie jest jeszcze stracone. Zachęcał wyborców partii Orbána, żeby się zmobilizowali i poszli głosować. Zaklinał rzeczywistość, bo niezależny instytut badawczy Medián, który nie mylił się przy okazji poprzednich wyborów, gdy wygrywał Fidesz, tym razem prognozował wygraną TISZA, i to z prawie 20-procentową przewagą. Kohán nazywał te sondaże manipulacją i zabiegiem psychologicznym, który ma napędzić wyborców ówczesnej opozycji.
Z Mátyásem Kohánem spotykam się w siedzibie Mathias Corvinus Collegium. To ogromny ośrodek akademicki mający kształcić skrajnie prawicowe elity. MCC na ideologicznych sztandarach ma wypisane wartości patriotyczno-narodowe i krytykę liberalizmu. Ośrodek zastąpił Uniwersytet Środkowoeuropejski, założony przez znienawidzonego przez Orbána George’a Sorosa, który po objęciu władzy przez Fidesz musiał się przenieść do Wiednia. Natomiast MCC rząd Orbána zasypał pieniędzmi.
Siadamy na tarasie stołówki w MCC. Mamy widok na urokliwy park z niewielkim jeziorem. Na stołach leżą papierowe obrusy, na których wypisano po węgiersku i angielsku: „Największym skarbem Węgrów jest ich tożsamość. Ona ich wzmacnia i jednoczy”.
– W MCC wiedzę zdobywają uczniowie szkół podstawowych, liceów i studenci, aż po doktoraty. Teraz to dziewięć tysięcy osób – tłumaczy mi Kohán, bacznie obserwując, jakie to robi na mnie wrażenie.
Dziennikarz „Mandiner” nie jest tu anonimowy. Co chwila ktoś do niego podchodzi, wita się, zagaja. Kohán w MCC prowadzi zajęcia z dziennikarstwa. Ale zajmuje się tu nie tylko działalnością dydaktyczną. Tygodnik „Mandiner” i serwis Mandiner.hu, w których pracuje, do 2025 roku należały do największego prorządowego holdingu medialnego Mediaworks, zarządzanego przez Środkowoeuropejską Fundację Prasy i Mediów (KESMA). A potem zostały przekazane pod skrzydła MCC.
BIEDA MEDIÓW NIEGDYŚ PRORZĄDOWYCH
Od jednego z dziennikarzy w Budapeszcie, który mocno krytykował rządy Orbána, usłyszałem, że ludzie pracujący w mediach wspierających poprzednią władzę to „tępi propagandyści”. Mátyás nie jest tępy. Jest sympatyczny. Nie pozwala mi zapłacić rachunku za wodę, kawę i sok, który zamówiliśmy. – Daj spokój, jesteś gościem, ja płacę – zastrzega.
(fot. Mariusz Kowalczyk, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
IVÁN ZSOLT NAGY z „Kreative”: Niezależne media odegrały ogromną rolę w tych wyborach. I miały wpływ na społeczeństwo.
Rozmawiamy po angielsku. Doskonale mówi w tym języku. Na jego profilu na Facebooku przeczytałem, że zna też rosyjski. Przechodzę więc na rosyjski. Odpowiada w języku Dostojewskiego z akcentem, ale bezbłędnie. Na profilu wpisał też hiszpański. Pytam go więc w tym języku: – Czytałem, że mówisz po hiszpańsku, może porozmawiamy i w tym języku?
Nie rozumie. – Moja żona studiowała iberystykę. Gdy potrzebny jest mi ten język, zwracam się do niej o pomoc – tłumaczy bez większego zażenowania.
Po wyborach nowy węgierski premier Péter Magyar finansowanie MCC z państwowych pieniędzy nazwał przestępstwem. Ogromny majątek przekazany tej instytucji przez rząd Orbána ma zostać zwrócony do budżetu państwa. Wygląda na to, że nadchodzą ciężkie czasy nie tylko dla redakcji „Mandiner”, ale dla wszystkich, które wspierały władzę byłego premiera w zamian za hojne dotacje. Mátyás Kohán otwarcie nazywa te media „niegdyś prorządowymi”. – Oczywiście dla nas, mediów niegdyś prorządowych, nadchodzą czasy, w których będziemy musieli wiele kwestii racjonalizować, bo będziemy trochę biedniejsi – mówi.
On już racjonalizuje. Tłumaczy sobie i mi, że krytykowanie nowej władzy może być łatwiejsze i przyjemniejsze niż wspieranie starej. – Krytyczny stosunek do rządzących może być wyzwalający i pozwala być ciekawszym, bardziej wiarygodnym dziennikarzem. To w pewnym sensie niweluje lukę wiarygodności, która w przypadku mediów prorządowych – jak nas nazywali – niewątpliwie istniała – mówi Kohán.
(fot. Mariusz Kowalczyk, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
LUKÁCS CSABA z „Magyar Hang”: Na razie nie możemy liczyć na pieniądze z reklam. Nikt się u nas nie reklamował, bo to mogłoby im zaszkodzić.
Z tego, co teraz pisze Mátyás Kohán, wynika, że woli jednak nie przesadzać z krytyką nowego rządu. „Nie można atakować rządu odruchowo, z nienawiści, bez oszacowania korzyści dla kraju, bo innego nie mamy, bez względu na to, co myślimy o obecnym rządzie” – napisał 11 maja w Mandiner.hu.
We wpisie na Facebooku przeprosił też instytut badawczy Medián i jego szefa Endre Hanna za dyskredytowanie jego przedwyborczych sondaży. „On widział rzeczywistość taką, jaka ona była. A my widzieliśmy ją źle. Ja również widziałem ją źle, mimo że w najlepszej wierze szukałem znaków wskazujących na coś przeciwnego” – wyznał Kohán. Jego wpis cytowały media krytyczne wobec rządów Orbána, m.in. serwis internetowy tygodnika „Magyar Hang”.
ZERWANE ZŁOWIESZCZE UŚMIECHY
Zmiany w Budapeszcie widzę, gdy chodzę i jeżdżę po tym mieście. Podczas kampanii Budapeszt był oklejony plakatami ze stylizowanym na złowieszczy wizerunkiem ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który szczerzył zęby niemal na wszystkich placach, ulicach i latarniach. Partia Viktora Orbána i jej propagandyści straszyli Węgrów, że Zełenski chce na nich sprowadzić wojnę. Na plakatach widniało hasło „Nie pozwól, żeby Zełenski śmiał się ostatni”. Chodziło o to, żeby przekonać wyborców, że starcie Fideszu z opozycyjną partią TISZA Pétera Magyara to wybór między wojną a pokojem. Niektóre plakaty były adresowane do dzieci i głosiły, że jeżeli wygra TISZA, to ich ojców wyśle na wojnę.
Była to mało kreatywna próba powtórzenia chwytu z poprzednich kampanii wyborczych, zwycięskich dla partii Orbána, gdy wisiały plakaty z podobizną złowieszczo uśmiechniętego George’a Sorosa i hasłem „Nie pozwól, by Soros śmiał się jako ostatni”.
W Budapeszcie kilka tygodni po głosowaniu widziałem wiszące jeszcze plakaty wyborcze, niektóre leżały już na chodnikach. Jednak ten z Zełenskim widziałem tylko raz, przy drodze z lotniska. W zasadzie to były jego pozostałości, bo chyba przez niedopatrzenie ktoś zerwał plakat tylko do połowy.
– Co się stało z tymi billboardami z Zełenskim? – pytam Ivána Zsolta Nagy’a, redaktora naczelnego miesięcznika „Kreativ”, zajmującego się branżą reklamową i mediami.
– Jakoś tak szybko zniknęły – odpowiada, uśmiechając się. – Słyszałeś, że Gyula Balásy [właściciel holdingu marketingowo-medialnego Lounge Group, który za czasów Orbána realizował rządowe kampanie billboardowe, m.in. z Sorosem, Zełenskim i straszące migrantami – red.] zaproponował, że odda państwu swoje spółki?
– Jak to odda? Za darmo? – dopytuję, bo obawiam się, że źle zrozumiałem po angielsku.
– Za darmo. Jego aktywa zostały zamrożone na początku maja w ramach śledztwa w sprawie korupcji. Pewnie ma nadzieję, że mu odblokują część pieniędzy – tłumaczy mi Iván Zsolt Nagy. W przypadku Balásy’a jest co odblokowywać. Według niezależnego serwisu 444.hu Gyula Balásy od 2016 roku dostawał też państwowe kontrakty telekomunikacyjne, zajmując się jednocześnie PR-em państwowych firm. Szacuje się, że przez ostatnie dziesięć lat przez jego firmy przepłynęło w przeliczeniu ponad 1,25 mld euro.
Kolejną zmianą, jaką widać w Budapeszcie po odsunięciu Fideszu od władzy, są puste, charakterystyczne skrzynki w kolorze niebieskim, w których do niedawna leżały egzemplarze gazety „Metropol”. Po tym, jak ją przejął zajmujący się propagandą holding Mediaworks, nawet ten bezpłatny tytuł został zamieniony w tubę propagandową. Wcześniej „Metropol” był rozdawany na ulicach z ręki, ale ludzie czasem pluli na tych, którzy oferowali gazetę, i dlatego ustawiono niebieskie skrzynki, z których można było ją sobie wyjąć. Gdy zmieniła się władza, wydawanie gazety zostało wstrzymane. Zamknięto też już kilka lokalnych gazet propagandowych. Media powiązane z Fideszem i wspierające tę partię wyparowują.
Iván Zsolt Nagy z „Kreative” uważa, że niezależne media w znacznym stopniu przyczyniły się do zmiany władzy na Węgrzech. – One odegrały ogromną rolę w tych wyborach. I miały wpływ na społeczeństwo. Robiliśmy filmy i reportaże śledcze o tym, czym jest reżim Orbána. Mówiliśmy o bogactwie jego rodziny i przyjaciół. Mieliśmy dobry film o tym, jak kupują głosy, były reportaże o tym, jak członkowie rodziny i przyjaciele byłego prezesa Banku Narodowego ukradli miliardy forintów i kupili mieszkania w Nowym Jorku i jeździli Porsche czy Ferrari. Te materiały były publikowane w internecie i oglądali je ludzie nie tylko w Budapeszcie, ale docierały też na prowincję – mówi Iván Zsolt Nagy.
PROFESJONALNY DYSTANS
Redakcja magazynu „Kreativ”, którą kieruje Iván Zsolt Nagy, siedzibę ma w Budzie, w niewielkim kilkupiętrowym biurowcu po drugiej stronie Dunaju niż zalane przez turystów centrum miasta. W redakcji kilkoro dziennikarzy stuka w klawiatury komputerów.
Nagy to chodzący przykład typowych losów węgierskich dziennikarzy i redaktorów, którzy starali się pozostać wierni zasadom wykonywanej profesji i swoim sumieniom.
Przed sześćdziesiątką, wysoki, ani gruby, ani chudy, za to z błyskiem w oczach, na nosie okulary w czarnej oprawie. Styl swobodny, ale elegancki – dżinsy, T-shirt i czarna bluza z kieszenią na suwak na piersi. Ostatni raz pracę stracił pod koniec października 2025 roku, gdy Orbán i jego ludzie, przygotowując się już do wyborów, wykupywali ostatnie niezależne media, których nie zdążyli wcześniej przejąć. Pieniędzy nie żałowali, więc szwajcarski koncern Ringier nie miał skrupułów, żeby oddać najlepiej sprzedającą się na Węgrzech gazetę – tabloid „Blikk” – holdingowi Indamedia, należącemu do związanych z Orbánem medialnych oligarchów Miklósa Vasziliego oraz Gábora Zieglera. Naczelnym „Blikka” był Nagy, ale od razu po sfinalizowaniu transakcji musiał odejść ze stanowiska, bo nie zamierzał zmieniać gazety w kolejną tubę propagandową. Nie pierwszy raz stracił pracę po tym, jak szanowane kiedyś redakcje, w których pracował, zaczynały sprzyjać władzy. W ten sposób odchodził już z największych węgierskich mediów, m.in. z dzienników „Magyar Nemzet”, gdzie pracował w dziale zagranicznym, i „Magyar Hírlap”, gdzie kierował działem zagranicznym. Opuścił też informacyjne publiczne Radio Kossuth, które stało się narzędziem propagandowym Fideszu i w piątkowe poranki zaczęło nadawać pogadanki z Viktorem Orbánem, i jeden z największych serwisów informacyjnych Origo.
Nagy nie pozuje na kombatanta walki o demokrację i wolność słowa ani na ofiarę reżimu Orbána. Widzę, że stara się zachowywać profesjonalny dystans do zmian, jakie zachodzą w jego kraju po zmianie władzy. Trochę pęka jednak, gdy go pytam, co poczuł, gdy już było wiadomo, że władza Viktora Orbána przechodzi do historii. – To ogromna zmiana. Niech pan sobie wyobrazi: najmłodsi wyborcy mieli dwa lata, gdy Orbán doszedł do władzy w 2010 roku. Ich świadomość kształtował ten reżim. To pokolenie nie znało innej władzy, ale postanowiło ją zmienić. Poczuli siłę demokracji, a to bardzo ważne doświadczenie – tłumaczy Iván Zsolt Nagy.
FAŁSZERZE INFORMACJI
Naczelny magazynu „Kreativ” wskazuje, że propaganda w rządowych mediach była na tyle dobrze zorganizowana i skuteczna, że zmiana systemu nie była pewna. – Dajmy na to, że jesteś zaszczepiony na politykę, nie chcesz o niej słuchać, interesuje cię tylko sport. Włączasz sportowy państwowy kanał telewizyjny M4. Siedzisz przed telewizorem, oglądasz mecz piłkarski. I nawet tam dopada cię propaganda. W przerwach meczów nadawali program „Wiadomości w minutę”, a w nim: Zełenski, Ursula von der Leyen, migranci przedstawieni jako diabły. W głowie to ci się odkłada, nawet jeśli nie słuchasz uważnie. I oblatuje cię strach przed Brukselą, migrantami, Ukrainą, opozycją. To samo z radiem. Na Węgrzech mamy sporo niby to komercyjnych rozgłośni, lokalnych i ogólnokrajowych. Serwisy informacyjne w większości tych rozgłośni były redagowane w centrali mediów publicznych. Jedziesz samochodem, obierasz ziemniaki czy naprawiasz rower i co pół godziny słyszysz te same przekazy propagandowe, które mimo woli odkładają się w głowie. Do tego jeszcze media publiczne: skrajnie propagandowe. Na prowincji one są najpopularniejsze – opowiada Iván Zsolt Nagy.
Węgierskie media publiczne MTVA osiągały szczyty prymitywnej, ale agresywnej propagandy. Normą było w nich straszenie, że jeżeli wybory wygra opozycja, „węgierskie dzieci będą masowo wysyłane na front, by umierać za Ukrainę”. Żeby zdyskredytować przeciwników politycznych Orbána, manipulowano dźwiękiem i obrazem. Od 2011 roku pracujący w MTVA Dániel Papp za wycinanie z wypowiedzi fragmentów tak, żeby kompromitowały wypowiadającą ją osobę, zaczął być nazywany fałszerzem informacji. Umiejętność fałszowania informacji okazała się w MTVA pożądaną kompetencją i w 2018 roku Papp został dyrektorem MTVA.
Chciałem się spotkać w Budapeszcie z ludźmi pracującymi w publicznych mediach. Wysyłałem e-maile i wiadomości w mediach społecznościowych. Odpowiedziało mi tylko biuro prasowe MTVA: „Obecnie nie chcemy wydawać oświadczenia”. Jakbym ich prosił o oświadczenie.
– Nie dziwi mnie, że nie chcieli się z tobą spotkać – mówi Mátyás Kohán z propagandowego „Mandiner” i uśmiecha się, gdy się skarżę, że nikt z MTVA nie chciał ze mną porozmawiać. – Nasze państwowe media są najniższej możliwej jakości. Problem nawet nie polega na tym, że one są państwowe, tylko że robili straszne głupoty. Stosowali te same głupie, przesadne i bardzo tanie chwyty, co przed wcześniejszymi wyborami 16 lat temu, 12 lat temu czy osiem lat temu, gdy Fidesz wygrywał. Na przykład straszyli ludzi, że jeżeli nie wygra Orbán, to do władzy wrócą socjaliści i w kraju będzie tak źle, jak przed Orbánem. Wcześniej to działało, ale przestało. Teraz głosować szli ludzie, którzy nie pamiętają, co było przed Orbánem. Poza tym Péter Magyar nie jest żadnym socjalistą. On się wywodzi z Fideszu. Straszenie Unią Europejską też było bez sensu. Coraz więcej wyborców nie pamięta Węgier poza Unią. Ja też jestem z pokolenia, dla którego Unia to coś naturalnego, i trudno nam sobie wyobrazić życie poza nią. Nie wiem, czy wiesz, ale z sondaży wynika, że większość Węgrów chce przyjęcia waluty euro – tłumaczy mi Kohán.
Dániel Papp, „fałszerz informacji”, na początku czerwca zrezygnował ze stanowiska dyrektora generalnego publicznego nadawcy MTVA. „Dyrektor złożył rezygnację, powołując się na plany nowo wybranego rządu, zmierzające do całkowitego przekształcenia mediów publicznych” – napisano w komunikacie.
Jednak „fałszerz informacji” nadal kieruje MTVA – oficjalnie, żeby zapewnić ciągłość operacyjną. Szef mediów publicznych ma zostać wybrany na podstawie nowej ustawy medialnej. Jej nowelizację rządząca TISZA złożyła w parlamencie 12 czerwca. Nowelizacja zakłada, że ma zostać powołany Niezależny Komitet Mediów Publicznych, którego zadaniem będzie ochrona niezależności, nadzór nad działalnością i finansami mediów publicznych oraz wybór ich nowego kierownictwa.
Projekt nowej ustawy medialnej szybko powstał, ale od razu wywołał też kontrowersje. Środowisko dziennikarskie, od prawa do lewa, krytykuje projekt. Po pierwsze, za to, że rząd, przygotowując nowelizację, nie konsultował się z dziennikarzami. Drugi zarzut, który słychać w Budapeszcie, to że ustawa nie odpolityczni mediów publicznych.
– Problemy węgierskich mediów publicznych nie ograniczają się do kwestii kadrowych. W ciągu ostatnich 15 lat rozwinęły się struktury organizacyjne i mechanizmy wewnętrzne, których rzeczywista transformacja może potrwać kilka miesięcy, a nawet dłużej. Nowelizacja ustawy medialnej, która została właśnie złożona, natychmiast zmieniłaby formalną strukturę i nadzór nad mediami publicznymi, ale niestety, moim zdaniem, wzmocniłaby też kontrolę polityczną nad mediami, zamiast stworzyć prawdziwie niezależny nadzór sprawowany przez ludzi mediów. W organie nadzoru przedstawiciele zawodowi znaleźliby się w mniejszości – nie ma złudzeń Dániel Szalay, redaktor naczelny niezależnego serwisu internetowego o mediach Media1.hu.
Judit Grósz, która wcześniej zajmowała menedżerskie stanowiska w telewizji RTL Hungary, a teraz w Ministerstwie Kultury zajmuje się reformowaniem mediów publicznych, zapowiedziała, że jesienią może nastąpić kolejna nowelizacja prawa medialnego. Przekonywała w mediach społecznościowych, że obecny projekt ustawy jest tylko „szybkim, niezbędnym krokiem instytucjonalnym”.
(fot. YouTube, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Zalán Zubor, serwis Átlátszó: – Martwimy się, że ludzie powiedzą: „OK, misja wykonana, nie musimy już wspierać tych tak zwanych mediów opozycyjnych”.
Jednak nie można powiedzieć, że w mediach publicznych nic się nie zmienia, np. z publicznego Radia Kossuth zniknęły piątkowe pogadanki z premierem.
– Wielu ludzi, którzy stracą tam pracę, będzie próbowało ukryć to, że w ogóle tam pracowali – mówi Zalán Zubor, jeden z najbardziej znanych na Węgrzech dziennikarzy śledczych z niezależnego serwisu Átlátszó. – Słyszałem, że po wyborach wielu ludziom w państwowych mediach ulżyło i mówią: „W końcu nie będziemy musieli cały czas przekazywać bzdur” – dodaje Zubor.
GROŹBY ŚMIERCI
W kamienicy, w około stumetrowym mieszkaniu mieści się redakcja tygodnika „Magyar Hang” (Węgierski Głos). W 2018 roku założyli go dziennikarze i redaktorzy jednego z największych kiedyś dzienników na Węgrzech „Magyar Nemzet” (Węgierski Naród), który został zniszczony za rządów Orbána.
Wychodzę na balkon galeriowy, ciągnący się wzdłuż fasady kamienicy. Na jego końcu na powitanie macha do mnie Lukács Csaba, dyrektor zarządzający i redaktor naczelny „Magyar Hang”. Wygląda na typowego redaktora drukowanej gazety, zbliżającego się do sześćdziesiątki – koszula w paski, modna na przełomie wieków, i dżinsy. W redakcji „Magyar Hang” też klasyka – na ścianie tablica korkowa z wydrukami kolumn do nowego wydania.
„Magyar Hang” jest tygodnikiem o profilu konserwatywnym. Orbán i jego Fidesz konserwatyzm noszą na sztandarach, ale nie lubią „Magyar Hang”, bo gazeta jest od nich niezależna. – Naszych czytelników nazywamy sierotami po Fideszu. Konserwatyści, którzy głosowali na Fidesz, ale się rozczarowali – wyjaśnia Lukács Csaba.
Csaba często komentuje sprawy węgierskie w europejskich mediach, też polskich. Nie gryzie się w język, gdy mówi o rządach Orbána. Na celownik wzięli go propagandyści, m.in. z Mandiner.hu. – Urodziłem się w Rumunii, w Transylwanii, gdzie jest spora mniejszość węgierska – opowiada Csaba. – Przyjechałem do domu, a rodzina mnie pyta: „Dlaczego jesteś pedofilem?”. Propaganda oskarżała mnie o wątki pedofilskie. Moja twarz była nawet na billboardach. W studiach telewizyjnych obwiniali mnie byli koledzy, z którymi przez osiem lat siedzieliśmy obok siebie w „Magyar Nemzet”.
– Skoro to koledzy, nawet byli, to nie zadzwoniłeś do nich, żeby zapytać, dlaczego to robią? – pytam Lukácsa.
– Prawdopodobnie nie odebraliby. Nie chciałem z nimi rozmawiać, bo nie jestem, jak to powiedzieć, wystarczająco chrześcijański, żeby wszystko wybaczać. Zastanawiałem się nawet, czy któremuś z nich nie dać w mordę, ale to nie jest właściwa droga. Wytoczyłem sprawy w sądzie i już zarobiłem trochę pieniędzy – opowiada Csaba. Widzę, że nie może mówić o tym spokojnie.
– Ale wiesz, co w tym wszystkim jest dla mnie najtrudniejsze? – kontynuuje Csaba. – Ja teraz nie mogę pojechać w rodzinne strony, do Transylwanii. Tam 90 procent Węgrów głosowało na Fidesz. Oni żyją w zamkniętej bańce, jak sekta. Nie znają nawet rumuńskiego, a informacje czerpali tylko z węgierskich mediów propagandowych, które im wmówiły, że wszyscy są źli, a dba o nich tylko Orbán i tylko on może ich uratować, bo daje im pieniądze i nadaje węgierskie obywatelstwa. Zacząłem od nich dostawać groźby śmierci. Pisali, że zdradziłem ideały Orbána, że służę złu i podobne głupoty. Napisała do mnie nawet moja była nauczycielka, która ma już 80 lat – że wstydzi się, że mnie uczyła.
MISJA WYKONANA
Po odsunięciu rządu Orbána od władzy w redakcjach należących do prorządowego holdingu Mediaworks ruszają zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić prawie 200 osób, czyli 10 proc. zatrudnionych. Lukács Csaba opowiada, że po wyborach zaczęli do niego dzwonić ludzie z mediów, które się wysługiwały niedawnej władzy. – Oczywiście nie ci najostrzejsi propagandyści, tylko tacy bardziej umiarkowani. Niektórzy pytają, czy miałbym dla nich jakąś robotę. Inni proponują: „Możemy odnowić naszą znajomość”. Szczerze mówiąc, nie wiem, co o tym myśleć. Jak się ich zapyta, dlaczego wcześniej zajmowali się innym zawodem, bo przecież to nie było dziennikarstwo, prawdopodobnie odpowiedzą, że mają kredyty i rachunki do spłacania, dzieci i tak dalej. Inni mówią, że oni zajmowali się tylko kulturą czy sportem. Ale nawet sport był przesiąknięty propagandą. Wiem też, ile oni zarabiali. Nasi dziennikarze nie dostają nawet połowy tego – mówi Csaba.
Sytuacja niezależnych mediów też nie jest wesoła. Już po wyborach zwolnienia zaczęto przeprowadzać w Central Media Group, które jest jedyną większą niezależną firmą medialną. Należy do niej m.in. popularny portal informacyjny 24.hu.
„Magyar Hang” jest drukowany na Słowacji, w nakładzie 12 tys. egzemplarzy, na tanim, dziennikowym papierze. – Żadna drukarnia na Węgrzech nie zgodziła się na współpracę z nami – tłumaczy Lukács Csaba. – Na Węgrzech mamy trzy drukarnie, wszystkie należą do Mediaworks. Gdy propaganda Fideszu przejmowała media, to razem z infrastrukturą, w tym z drukarniami. Jeszcze nie wysłałem do nich maila z pytaniem o możliwość drukowania u nich tygodnika, ale jestem pewny, że odmówią. Poza tym nie możemy nagle przestać się drukować na Słowacji, bo mamy podpisane umowy. Jeśli je zerwiemy, zapłacimy kary – dodaje Csaba.
Dziwię się, że udało się utrzymać drukowaną gazetę, bo w wielu krajach drukowane wydania padają nawet bez nękania redakcji przez władzę. – Węgrzy są konserwatywni i sporo ludzi, szczególnie starszych, ale lepiej zarabiających mieszkańców dużych miast, np. Budapesztu, wciąż czyta prasę drukowaną. Nie mogliśmy i na razie nie możemy liczyć na pieniądze z reklam. Nikt się u nas nie reklamował, bo to mogłoby zaszkodzić. Nasza gazeta kosztuje równowartość około 2 euro. Około 80 procent naszych przychodów pochodzi ze sprzedaży egzemplarzowej. Zarabiamy też na wydawaniu książek i dostajemy dobrowolne wpłaty od czytelników. Reklamodawcy mają już pozamykane budżety na ten rok. Słyszę od nich, że może wykupią jakieś reklamy, ale dopiero w 2027 roku. Nie jest łatwo zdobywać reklamy, bo sytuacja gospodarcza na Węgrzech jest fatalna – tłumaczy Lukács Csaba.
(fot. YouTube, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Mátyás Kohán, „Mandiner”: – Dla nas, mediów niegdyś prorządowych, nadchodzą czasy, że będziemy musieli wiele kwestii racjonalizować.
Większość niezależnych serwisów internetowych na Węgrzech do niedawna nie liczyła nawet na reklamy, bo poprzedni rząd wprowadził podatek od nich, co sprawiło, że mediom jeszcze trudniej było zarabiać. – Większość redakcji utrzymuje się z wpłat od użytkowników. Rząd Orbána narobił sobie wielu wrogów w społeczeństwie i ludzie wpłacali coraz więcej pieniędzy niezależnym redakcjom, które uważali za element oporu przeciwko władzy – mówi Zalán Zubor z serwisu Átlátszó. – Teraz jest pytanie, ilu z tych ludzi nadal będzie przekazywało darowizny. Martwimy się, że ludzie powiedzą: „OK, misja wykonana, nie musimy już wspierać tych tak zwanych mediów opozycyjnych” – dodaje Zubor.
Wygląda na to, że wiele osób już doszło do takiego wniosku.
– Ludzie anulują swoje darowizny – zauważył Lukács Csaba z „Magyar Hang”. – Dostajemy maile w stylu: „Ja też mam kłopoty finansowe, ale wspierałem was kwotą 5 euro miesięcznie. Teraz macie już wolność i możecie robić, co chcecie, więc anuluję cykliczną płatność”. Ten pierwszy okres po wyborach będzie dla nas trudny – dodaje Csaba.
DZIENNIKARSTWO WOKÓŁ FIDESZU
Mátyás Kohán z „Mandiner” uważa, że dziennikarze z niezależnych mediów po wyborach wpadli w zbytni entuzjazm. – Pochodzę z miasta Gyo˝r, gdzie pracowałem w lokalnej redakcji. W wielu portalach pojawiła się informacja o tym, jakie to ja niby ogromne pieniądze tam zarobiłem. No po prostu news na czołówkę. Nie ma ważniejszych spraw do opisywania w tym kraju – ironizuje Kohán.
Nie dodaje jednak, że m.in. niezależny serwis Hvg.hu opisał, że Mátyás Kohán w „miejskim centrum medialnym Fideszu” Gyo˝r Plusz Média zaledwie przez 11 dni zarobił w przeliczeniu 13,5 tys. zł „jako gospodarz, gość, ekspert i analityk polityczny”, a pieniądze pochodziły z budżetu państwa.
– Dziennikarstwo polityczne przez jakiś czas będzie się kręciło wokół Fideszu i starego reżimu. Teraz dopiero wypływa wiele dokumentów i ludzie mający wiedzę, co się działo, zaczynają mówić – zaznacza Zalán Zubor z Átlátszó.
Dániel Szalay z serwisu o mediach Media1.hu ostrzega, że niektóre media i ich dziennikarze mogą nadal koncentrować się na rozliczaniu Fideszu i zapominać, że każdej nowej władzy też trzeba patrzeć na ręce. – Już widzę pewne oznaki tego zjawiska. Jeszcze przed wyborami niektóre media zdawały się odnosić z większą sympatią do partii TISZA i moim zdaniem poświęcały mniej uwagi kwestiom, które mogły być dla niej niewygodne, a nieproporcjonalnie dużo niektórym jej sukcesom lub inicjatywom politycznym. To może prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Jeśli redakcja stosuje inne standardy do polityków, z którymi sympatyzuje, prędzej czy później odbiorcy zaczną pytać, czy to niezależne dziennikarstwo, czy aktywizm polityczny.
***
Ten tekst Mariusza Kowalczyka pochodzi z najnowszego numeru magazynu „Press”. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech
Mariusz Kowalczyk











