Niestrategiczny temat. Po raz pierwszy reforma ortografii nie wywołała burzy
– Mniej przejmujemy się ortografią, bo jej w zniuansowanych szczegółach tak naprawdę nie znamy. Zwłaszcza od kiedy jesteśmy znieczuleni internetem, w którym każdy pisze, jak chce – mówi prof. Mirosława Mycawka z Katedry Współczesnego Języka Polskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego (fot. Piotr Łaskawski/Unsplash.com)
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów jest bardzo słaby opór przed reformą ortografii. Nawet księgarze nie protestują.
Autorka: Aleksandra Pucułek
Zmiany w ortografii Rada Języka Polskiego zapowiedziała już w maju 2024 roku – półtora roku przed ich wejściem w życie. – Była więc chwila, żeby je przyswoić i przeżyć pierwszy szok, zanim zaczniemy je wdrażać. „Szok” to oczywiście przesada, polszczyzna w sensie ścisłym – ortografia, przecinki, niuanse i zawiłości – ekscytuje zwłaszcza korektorów i redaktorów – wyjaśnia Aleksandra Żelazińska, redaktorka naczelna Polityka.pl. Jak opowiada, na łamach „Polityki” ukazało się kilka tekstów na temat zmian. To był – i nadal jest – poradnik dla czytelników, ale też samouczek i ściągawka dla zespołu. Redaktorzy są pierwszym sitem, korektorzy drugim.
Trudniej mieli z pewnością ci, którzy profesjonalnego oka korektora nie mają. – Dlatego czytaliśmy bardzo dokładnie nowe zasady, gdy tylko je ogłoszono. Potem raz jeszcze, na przełomie listopada i grudnia, przeglądaliśmy je z szefami serwisów i wprowadziliśmy do redakcyjnego stylebooka – opowiada Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu. Rozesłano nową wersję wytycznych i każdy ma obowiązek się do nich stosować.
Z wyprzedzeniem podeszła też do tematu redakcja Wirtualnej Polski. Dziennikarze jeszcze w 2025 roku otrzymali wytyczne i zestawienie najważniejszych zmian. Przypomniano o nich na początku roku. – Zmiany z pewnością są procesem, ale nieustannie będziemy przypominać i omawiać reformę. Nie wykluczamy zorganizowania dodatkowych spotkań i szkoleń – zaznacza Mateusz Ratajczak, szef wiadomości w Wirtualnej Polsce.
Mała redakcja Jawnego Lublina po prostu przegadała w zespole zmiany, redaktorka naczelna Agnieszka Mazuś poprosiła, żeby o nich pamiętać, a jeden z dziennikarzy zebrał nowe wytyczne i wrzucił na redakcyjną grupę. – Przeczytałam to jeszcze raz przed końcem roku. Czy pozostali przeczytali, nie wiem. Mam nadzieję, że tak, ale to i tak ja odpowiadam za redakcję i poprawianie wszystkich tekstów – mówi.
– Pod koniec grudnia przygotowywaliśmy noworoczny numer. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że trzeba już poprawiać teksty według nowych zasad – wspomina Maciej Szklarczyk, kierownik działu korekty w „Tygodniku Powszechnym”. Korektorzy wydrukowali nowe zasady i przykleili je w widocznym miejscu. Wiszą tak do dziś i, jak przewiduje Szklarczyk, jeszcze trochę powiszą. – Na wszelki wypadek. Służą nam jako wzrokowa przypominajka – mówi. Wcześniej korektorzy zapoznali się z komunikatem Rady Języka Polskiego i rozesłali go do dziennikarzy z prośbą o przeczytanie i przyswojenie nowych zasad pisowni. Przygotowania ograniczono więc do minimum. – Każdy z dziennikarzy, redaktorów w miarę swojego czasu i możliwości przeczytał zmienione wytyczne i się do nich stosuje. Bądź nie, bo wiadomo, że przyzwyczajenia czasem wygrywają – mówi Szklarczyk.
LUBLINIANIN NA GÓRKACH CZECHOWSKICH
Agnieszka Mazuś z Jawnego Lublina nie wyklucza, że po 1 stycznia mogła jeszcze którejś z zasad nie zastosować, bo jak mówi, wzrok też musi się przyzwyczaić do nowej pisowni. Poza tym na papierze łatwiej wychwycić błędy. – Gdy robiliśmy „Dziennik Wschodni” w papierze, wystarczyło wydrukować złamaną stronę i błędy od razu rzucały się w oczy: tu brak przecinka, tam podwójna spacja, chociaż wcześniej w komputerze ich nie dostrzegaliśmy – wspomina. Z nowych wytycznych najbardziej zapamiętała, że Lublinianin od 1 stycznia ma być pisany wielką literą. Podobnie jak Górki Czechowskie. – Temat Górek Czechowskich jest w naszym mieście często poruszany, różne portale różnie to zapisywały. My pisaliśmy małą literą, inne gazety wielką. Teraz wszyscy piszemy wielką, więc zmiana pomogła – mówi Mazuś. Słowa Lublinianin – bez względu na to, czy pisanego małą, czy wielką literą – naczelna w ogóle stara się unikać i zastępować je sformułowaniem „mieszkańcy Lublina”. Jej zdaniem to lepiej brzmi. – Wstyd się przyznać, ale z pisownią z „nie” zawsze miałam problem, więc po tej reformie pewnie też będą mi się zdarzały wpadki, ale na pewno nieświadome – zaznacza redaktorka naczelna Jawnego Lublina.
WARSZAWIANKA W FORDZIE
Krakowianin, Plac Zbawiciela i Kościół Mariacki – te nazwy teraz najczęściej Maciej Szklarczyk poprawia w „Tygodniku Powszechnym”. – Przeczytałem akapit tekstu, poszedłem dalej, ale jakiś niepokój kazał mi wrócić do pierwszej partii. Patrzę, a tu powinna być wielka litera w Krakowianinie. Poprawiłem na czas – wspomina jeden z pierwszych tekstów, który poprawiał już według nowych zasad. W druku nie znalazł na razie żadnych wpadek, ale nie wyklucza, że mogą się pojawić. – Czasem już człowiek sam się zastanawia, która zasada jest nowa, która stara, więc i nam w korekcie może się omsknąć oko – tłumaczy.
Większych grzechów nie pamięta, jeśli chodzi o wpadki związane z reformą ortografii, Aleksandra Żelazińska z Polityka.pl, ale jak podkreśla, zespół jest dla siebie w tym względzie jeszcze wyrozumiały. Redaktorzy nie karcą się za to, że coś im umyka, bo nadal zwalczają dawne językowe nawyki. W internecie na szczęście błyskawicznie można je poprawić. – Mam do polszczyzny stosunek nabożny, ale nie ortodoksyjny, lubię to, że jest żywa, z uzusem się nie dyskutuje. Niektóre nowe zapisy dziś wyglądają nienaturalnie, ale przywykniemy – komentuje Żelazińska. Jej samej najtrudniej się pogodzić z rozdzielną pisownią przedrostków „super” i „mega” z rzeczownikami. Jak tłumaczy, pewnie dlatego, że długo je przyswajała. Nie jest też fanką nadużywania wielkich liter, a w tę stronę – pewnie wzorem języków obcych – polszczyzna najwyraźniej zmierza.
W Onecie dziennikarze i redaktorzy najbardziej odczuli zmianę zapisu nazw marek. Od stycznia piszemy na przykład Ford, nawet gdy mowa o samochodzie tej marki. – Już wcześniej zdarzało nam się stosować – jeszcze wtedy niezgodnie z zasadami – taki zapis. Zresztą było to powszechnie stosowane nie tylko w naszych tekstach, bo inne portale też tak pisały, więc w tym wypadku akurat Rada Języka Polskiego dogoniła zmiany, które dokonały się w języku – mówi Bartosz Węglarczyk. Druga najbardziej odczuwalna zmiana to wielka litera w Warszawiance lub Poznaniance. Ale, jak dodaje szef Onetu, w tym wypadku także językoznawcy dogonili rzeczywistość, bo dziennikarzom zdarzało się przed reformą pisać nieprawidłowo również te słowa. – Na pewno jakbyśmy teraz usiedli, to znaleźlibyśmy teksty, w których są błędy i niekonsekwencja, bo ktoś nie zapamiętał wszystkich zmian. Sam ich nie zapamiętałem. Jak ze wszystkimi nowościami, trzeba dać sobie chwilę, by się do nich przyzwyczaić – zapewnia Węglarczyk.
MEDAL NA OLIMPIADZIE
Według niego o wiele bardziej czytelników zajęła zmiana sprzed kilku lat, kiedy to Rada Języka Polskiego uznała, że słowo „olimpiada” pisane małą literą oznacza zarówno igrzyska, jak i czas pomiędzy nimi. – Sam lubię stosować taki zapis, np. „Na olimpiadzie Polak zdobył złoty medal”. Wiele osób w komentarzach zwraca nam potem uwagę, że popełniliśmy błąd, i zawsze to prostuję – opowiada Węglarczyk. Przy okazji tegorocznej reformy odbiorcy jednak nie zareagowali.
Żelazińska przyznaje, że czytelnicy i czytelniczki piszą nieraz do jej zespołu w sprawach językowych i merytorycznych, bo w pospiesznym życiu portalu internetowego błędy są chlebem powszednim. Jednak podobnie jak Węglarczyk nie zauważyła, żeby skupiali się akurat na nowych zasadach pisowni. – Pilnują raczej całokształtu – stwierdza.
– Czytelnicy są bardzo uważni, jeśli chodzi o poprawność językową, jednak w przypadku tej reformy nie zauważyliśmy masowych komentarzy ani interwencji u autorów – dodaje w podobnym tonie Mateusz Ratajczak z Wirtualnej Polski. – W zespole zmiany nie wywołały większych oporów ani burzliwych dyskusji – dodaje. Do Jawnego Lublina czasem ktoś z zaprzyjaźnionych stałych czytelników podeśle screen pokazujący np. brak przecinka albo literówkę, ale w kwestii reformy ortografii na razie panuje cisza.
Wydaje się więc, że reforma ortografii, chociaż pierwsza tak duża od 88 lat, przeszła raczej bezboleśnie. W sumie Rada Języka Polskiego zaproponowała 11 zmian, ale jak tłumaczy Szklarczyk, poza pisownią łączną i rozłączną wyrazów z „nie” oraz wielkimi literami w nazwach geograficznych i obiektów przestrzeni publicznej modyfikacje dotyczą wyrazów, których używa się stosunkowo rzadko. Może dlatego wdrożenie reformy poszło tak gładko. – Nie wywróciło nam to pracy do góry nogami, przechodzimy przez ten proces płynnie – komentuje Szklarczyk.
Z tego samego powodu być może nie reagują czytelnicy. – Nie mieliśmy dotąd żadnych zgłoszeń błędów wynikających ze zmiany zasad. Po pierwsze, dokładamy wyjątkowej staranności, by nie popełniać błędów. Po drugie, nie mam przekonania, że czytelnicy tak szybko przyswoili zmiany, szybciej niż dziennikarze – mówi Grzegorz Nawacki, redaktor naczelny biznesowego portalu Xyz.pl. Nawet gdyby ktoś zauważył błąd, to w wypadku Xyz.pl musiałby zadać sobie trud, żeby napisać mail do autora, bo na portalu nie ma możliwości umieszczania komentarzy pod tekstem.
– O reformie poinformowaliśmy zespół tak jak o każdej zmianie. Wpisaliśmy to do stylebooka. Nie potrzeba było do tego specjalnego zebrania. Reforma ortografii na pewno nie jest dla nas strategicznym tematem – stwierdza Nawacki. Dodaje też, że w jego portalu pracują doświadczeni dziennikarze, którzy nie produkują kilkunastu tekstów dziennie, tylko piszą jeden autorski, więc mają więcej czasu, żeby go dopracować. Poza tym wszystkie teksty są przed publikacją redagowane, więc wszelkie błędy powinny zostać wyłapane.
– Jeśli chodzi o poziom języka, jesteśmy świadomym pismem – podkreśla Jacek Szmidt, redaktor naczelny „Twojego Stylu”. – Jako jedni z nielicznych mamy jeszcze korektę i doświadczonych redaktorów, którzy w języku polskim poruszają się biegle – mówi. Wprowadzonych zmian nie traktuje jak rewolucji, bo według niego Rada Języka Polskiego zmieniła jedynie drobiazgi. Porównuje to do aktualizacji w iPhonie. – Dostajemy powiadomienie, że musimy zaktualizować urządzenie. Czytamy, co to oznacza, i zatwierdzamy. Czasem zmienia się nam nieznacznie wygląd ekranu, ale telefonu używamy jak dotychczas – mówi. Podobnie wyglądało to w redakcji „Twojego Stylu”. Nie było specjalnego spotkania, każdy zapoznał się ze zmianami. – O wiele dokładniej przyglądamy się kwestii feminatywów. Ostatnio przeprowadzałem też wywiad z Michałem Rusinkiem, w którym darliśmy łacha z nadreprezentatywności zaimków, z napuszonych sformułowań typu „przestrzeń dla”, „wprowadzać narrację”. Taki metajęzyk zaczyna nas pogrążać. To są ważniejsze kwestie niż reforma ortografii – stwierdza Szmidt. I dodaje: – Sam jestem purystą językowym, ale wrażliwość na język z pokolenia na pokolenie się zmniejsza. Media społecznościowe, komunikatory mocno go upraszczają. Nie sądzę więc, żeby czytelnicy byli specjalnie uwrażliwieni na te zmiany, to raczej my – redakcje – pilnujemy reżimu językowego.
NIETRUDNO, NIETRUDNIEJ, NIENAJTRUDNIEJ
Mimo wszystko brak dyskusji o reformie ortografii do tej pory dziwi prof. Mirosławę Mycawkę z Katedry Współczesnego Języka Polskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Myślałam, że branża dziennikarska będzie tym żyła, bo przecież dziennikarze, redaktorzy na co dzień muszą się stosować do nowych zasad. Ale coś takiego się stało, że branża i całe społeczeństwo mało się tym przejęły – komentuje. Językoznawczyni spodziewała się wręcz buntu, dużej liczby tekstów na ten temat, komitetów protestacyjnych, ale nic takiego się nie wydarzyło. – Z konserwatywnej prasy wycięłam dwa, trzy artykuły, które krytykowały niektóre zmiany, ale te teksty też nie były dla odbiorców na tyle interesujące, by wywołać jakąś dyskusję – wspomina. Polacy, jak dodaje, nieraz lubią się też czemuś przeciwstawić tylko dlatego, że ktoś im coś każe. Ale i do tego w tym wypadku nie doszło. – Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów jest bardzo słaby opór przed zmianą. Nawet księgarze nie protestują, ale akurat im może w to graj, że trzeba całą klasykę dla uczniów opublikować od nowa – zastanawia się ekspertka.








(screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Na pewno ci, którzy interesują się ortografią, popierają w dużej mierze zmiany zaproponowane przez Radę Języka Polskiego. Były one postulowane od dawna, stąd może brak oporu. Ponadto nowe zasady usprawniają pisownię, więc wielu osobom są na rękę. – Jest łatwiej, trudno się zatem dziwić, że ludzie są zadowoleni. Wcześniej na przykład trzeba było zapamiętać, że „nie” w stopniu równym piszemy łącznie, a w wyższym i najwyższym rozdzielnie. Niełatwo było w przypadku nazw topograficznych i wielkich liter. Sama miałam problem, jak zapisywać Bulwary Wiślane, bo jeśli traktowaliśmy pierwszy człon jako część nazwy ustanowionej administracyjnie, to powinien być zapis wielką literą, a jeśli jako wyraz pospolity, to małą. Pisownia łączna i rozdzielna też stanowi duże wyzwanie. „Mega”, „super” i podobne słówka funkcjonują często jako przysłówki lub przymiotniki, więc pisanie ich łącznie powodowało dziwne hybrydy. Zbyt zawiłe bądź niekonsekwentne konwencje ortograficzne niepotrzebnie obciążały pamięć i zmuszały do doraźnego rozstrzygania pomiędzy sposobami zapisu. Na przykład wyrazy z cząstką „pseudo” pisze się razem, a z „niby” i „quasi” były dotychczas pisane z łącznikiem. Teraz obowiązuje już pisownia łączna. Czasami trzeba było pisać na wyczucie. Na przykład przymiotnik utworzony od nazwiska miał być zapisywany małą literą, gdy odpowiadał na pytanie jaki?, wielką zaś, gdy można było o niego zapytać czyj? Teraz to ujednolicono, więc na pewno jest łatwiej – tłumaczy.
Prof. Mycawka zgadza się też z redaktorem Szmidtem co do tego, że społeczeństwo żyje innymi tematami. Mocno zaangażowane jest w politykę, śledzi tematy podgrzewane w internecie. – Feminatywy, kwestie politycznej poprawności, podlane sosem ideologicznym, są o wiele bardziej wyraziste na tle tradycyjnej obyczajowości i przyzwyczajeń językowych. O tym toczymy gorące dyskusje – mówi ekspertka. Zauważa też, że środowiska opiniotwórcze podrzucają i podgrzewają tematy, które leżą w ich interesie. – Ortografia na szczęście nie przebiła się jako taki temat. Dla nikogo nie okazała się czymś, co warto wykorzystać, na czym można ugrać dodatkowe punkty. Była wprawdzie kampania informacyjna, ale przebiegała spokojnie – mówi prof. Mycawka i dodaje: – Mniej przejmujemy się ortografią, bo jej w zniuansowanych szczegółach tak naprawdę nie znamy. Zwłaszcza od kiedy jesteśmy znieczuleni internetem, w którym każdy pisze, jak chce. Ludzie są oswojeni z wybrykami w pisowni.
NIEPOJĘTNA AI
Jeśli mowa o internecie, to nasuwa się pytanie, czy sztuczna inteligencja nadążyła za zmianami. Kolejne pisma i portale coraz częściej bowiem w ramach oszczędności właśnie z takiej formy korekty korzystają.
Maciej Szklarczyk, przedstawiciel redakcji, w której akurat wciąż stawia się na ludzkie oko, gdy chce się upewnić, jak napisać poprawnie, korzysta najczęściej ze słowników internetowych PWN. – O ile wiem, zostały już zaktualizowane, ale jeśli chcę sprawdzić słowo, którego pisownia zmieniła się po reformie, wolę się posługiwać komunikatem Rady Języka Polskiego – zauważa. Odradza natomiast korzystanie z AI, bo podejrzewa, że sztuczna inteligencja długo jeszcze nie nauczy się nowych zasad.
Redakcja Jawnego Lublina, patrząc na zmiany w świecie dziennikarskim, poważnie zastanawia się właśnie nad zaangażowaniem – tylko do korekty, nie do redagowania – AI. Na razie Agnieszka Mazuś, sprawdzając teksty, wątpliwe frazy wrzuca w wyszukiwarkę. – Nie przypominam sobie, żebym złapała ją na błędach – mówi.
– Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, nie zauważyliśmy istotnych problemów z adaptacją do nowych zasad, jednak należy podkreślić jedno: w Wiadomościach Wirtualnej Polski nie tworzymy treści automatycznie. AI może nas wspierać, ale każdy tekst powstaje i jest publikowany pod ścisłym okiem dziennikarza lub redaktora i wydawcy – dodaje Mateusz Ratajczak.
Bartosz Węglarczyk przyznaje, że sam nie sprawdzał, jak wykorzystywane w Onecie automatyczne narzędzia do sprawdzania poprawności tekstów zareagowały na reformę ortografii. – Ale w tekstach widzę, że pisownia jest zgodna z reformą, więc nawet jeśli było jakieś zamieszanie, to najwyżej przez parę dni. Potem narzędzia, których używamy, załapały zmiany – mówi.
Dr hab. Artur Modliński, kierownik Centrum Badań nad Sztuczną Inteligencją i Cyberkomunikacją z Uniwersytetu Łódzkiego, przestrzega jednak, by mimo wszystko nie ufać sztucznej inteligencji w tej kwestii. – Korzystając z chataGPT lub innych analogicznych generatywnych modeli, zapominamy, że muszą być nakarmione nową wiedzą. Mają lukę w bieżących sprawach, więc mogą być nieświadome ostatnich zmian. AI nie wie, co się działo ostatnio – tłumaczy dr hab. Modliński. Mówiąc „ostatnio”, ma na myśli okres około półroczny.
Taki system to nauczka po słynnym już bocie Tayu, który uczył się w czasie rzeczywistym na podstawie konwersacji z ludźmi i w ciągu niecałej doby stał się zagorzałym, wulgarnym rasistą. Stąd, jak mówi dr hab. Modliński, boimy się teraz otwartego modelu i w ramach bezpieczeństwa dajemy sobie czas na sprawdzanie. – Mamy kolejne wersje generatywnych modeli, które są coraz lepsze, ale polegają na tym, że zbieramy informacje, uczymy nasz „silnik” i dopiero dajemy go światu. Życie biegnie dalej, toteż znów po jakimś czasie dorzucamy silnikowi nowe dane. Aktualizacja więc trochę trwa – tłumaczy ekspert i dodaje: – Kilka tygodni temu pojawiła się w prasie informacja, że skupowane są książki, żeby uczyć AI różnych zachowań i interakcji. Rozwija się też nowy zawód: higienista danych. To osoba, która odpowiada za to, żeby dawać modelowi czyste dane, by algorytm nie stał się rasistowski, seksistowski itp.
Ekspert podejrzewa więc, że jeśli ktoś nie zmieni narzędzia wykorzystującego sztuczną inteligencję, nie wskaże mu, że są nowe zasady, będzie ono podkreślało nową pisownię jako błędną i zmieniało tekst według starych zasad. – Teraz jest to zatem kwestia przestawienia tego silnika: jak w Wordzie. Jeśli mamy słowo podkreślone czerwonym wężykiem, to znaczy, że system nie rozpoznaje danego wyrazu. Możemy wtedy kliknąć prawym przyciskiem myszy i dodać je do słownika. W wypadku sztucznej inteligencji też trzeba pewnie nadbudować nowe zasady, żeby szybciej się do nich stosowała – porównuje dr hab. Modliński.
By sprawdzić, jak AI radzi sobie z reformą ortografii, dr hab. Modliński zaleca zrobić jej solidne dyktando. Czyli nagrać odczytywany na głos tekst z wyrazami pisanymi według nowych zasad i zobaczyć, czy są one wbudowane w system i jak sztuczna inteligencja je odtworzy. – Zresztą takie dyktando przydałoby się pewnie nam wszystkim, uczelnianej kadrze i studentom – dodaje.
NIEPOPRAWNI PRZYSZLI DZIENNIKARZE
Jeśli mowa o studentach, to ci ewidentnie korzystają z chata, by poprawić stylistykę lub ortografię. – Jakieś pięć lat temu byłem przerażony, jaki studenci pierwszego roku mieli problem z pisaniem, z formułowaniem myśli, nie mówiąc już o interpunkcji – wspomina dr hab. Artur Modliński. Czasem wykładowca zmieniał się więc w nauczyciela polskiego i poprawiał „ortografy” lub błędy stylistyczne. W ostatnich latach nie ma na co narzekać, ale Modliński jest przekonany, że nie jest to zasługa studentów, lecz ewidentna praca z chatem i wykorzystywanie najpopularniejszych promptów typu: „popraw stylistykę i interpunkcję”. – Z jednej strony wiem, że w ten sposób tworzymy wtórnych analfabetów, bo kiedyś w końcu studenci będą musieli napisać tekst samodzielnie. Z drugiej strony spadł nam kamień z serca, bo jeden esej sprawdzało się nieraz pół dnia. Odetchnęliśmy z ulgą, ale jest to oddech ze strachem w oczach – przyznaje Modliński. Na razie na wynikające z reformy ortografii błędy w pracach się nie natknął. Nie jest jednak w stanie rozstrzygnąć, czy studenci akurat nie używali tych słów, czy może AI dobrze je poprawiła.
A jak z nową ortografią radzą sobie przyszli dziennikarze? Profesor Adam Szynol, medioznawca, który prowadzi zajęcia ze studentami dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, nie rozlicza z tego swoich podopiecznych. Najpierw, jak mówi, i studenci, i wykładowcy muszą się przyzwyczaić do nowych zasad. – Przede wszystkim jednak nie są to aż tak kluczowe zmiany w stosunku do tego, jakie błędy pojawiają się np. w magisterkach – tłumaczy prof. Szynol. Niedawno np. dostał pracę, której autor pisał „z pośród”. „Nie” z różnymi częściami mowy pisane już jest w ogóle przeróżnie.
Niektórzy piszą też internet wielką literą, ale, jak zauważył wykładowca, zmorą ostatnich lat są nosówki. Spora grupa studentów nie dostrzega różnicy między „om” i „ą” i nie rozumie, że to zmienia znaczenie (tym bardziej AI z tego względu nosówek nie wyłapuje). – O interpunkcji nie chcę już nawet wspominać, bo w ogóle jest to karkołomne przedsięwzięcie dla studentów dziennikarstwa, i nie tylko. Nie wiedzą, że zdanie wtrącone trzeba wydzielić z dwóch stron przecinkami. Mają kłopoty z podstawą podstawy, więc jak mam ich rozliczać z nowinek, które dopiero co się pojawiły? – pyta retorycznie prof. Szynol. Na razie więc zwraca uwagę, że piszemy już inaczej, ale nie wyciąga konsekwencji. – Nie będę robił problemu z tego, że ktoś napisał mi coś według starej szkoły, skoro są inne, dużo poważniejsze problemy, z którymi się borykamy na co dzień – podsumowuje.
Prof. Dorota Piontek z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zgadza się z tym, że rygorystyczne przestrzeganie nowych reguł, kiedy stare nie zostały do końca wdrożone, może być prawdziwym wyzwaniem. – Ewidentnie studenci w trakcie swojej edukacji częściej rozwiązują testy, niż piszą dłuższe wypowiedzi. Do tego porozumiewają się za pomocą komunikatorów internetowych, gdzie nie zwraca się uwagi na poprawność – zauważa. W trakcie egzaminów nie ocenia wypowiedzi od strony formalnej, skupia się tylko na merytoryce i na tym, czy studenci zrozumieli polecenie. Tak ma zamiar postępować także podczas zimowej sesji. Jednak w pracach dyplomowych, takich jak magisterka lub licencjat, oczekuje poprawnego formalnie języka i tu już będzie wyciągała konsekwencje.
Pierwsze rozdziały prac dostała jeszcze w ubiegłym semestrze, więc były pisane według starych zasad. Kolejne partie od swoich seminarzystów ma dostać w marcu. – Gdy na koniec będę sczytywała całą pracę, to pewnie w komentarzu w razie problemów napiszę, że np. „konieczne jest ponowne przeczytanie pracy ze względu na liczne błędy ortograficzne, językowe”. Albo „proszę zwrócić uwagę na pisownię »nie« łącznie”, jeśli dany błąd będzie się powtarzał. Po to jest seminarium, żeby się nauczyć operować językiem formalnym – mówi prof. Piontek. Zaznacza jednak, że nie jest redaktorką ani korektorką, sama wszystkich błędów nie będzie więc poprawiała.
Ciekawa jest też, jak do sprawy podejdą studenci, bo już teraz, gdy np. im tłumaczy, że jest niepoprawna składnia, to widzi, że nie wiedzą, o co chodzi.
Prof. Mycawka podkreśla, że od 1 stycznia jesteśmy zobowiązani pisać według nowych zasad. Spodziewa się jednak, że zarówno wśród wykładowców, jak i dziennikarzy nie będzie od razu restrykcyjnego egzekwowania nowych reguł, bo wciąż mimo wszystko pierwsze miesiące obecnego roku traktujemy jak okres przejściowy. Ile taki stan jeszcze potrwa? – Zależy to od tego, jak szybko nowe zasady zostaną wdrożone, a to z kolei zależy od tego, ile kto czyta i pisze. Teoretycznie więc dziennikarze szybciej powinni przyswoić nową pisownię. Ale część ludzi do końca życia będzie pisała po staremu, bo reforma, jak mówiłyśmy, przeszła trochę niezauważenie – tłumaczy.
– W internecie, przy tej szybkości tworzenia treści i przy liczbie materiałów, które codziennie wrzucamy, błędy są nieustającym problemem. Nie zauważyłem, żeby zwiększyła się bądź zmniejszyła liczba błędów przy okazji wejścia w życie nowych zasad. Błędy w tekstach to jest nieustająca walka, która prawdopodobnie nigdy się nie skończy – podsumowuje Węglarczyk.
***
Ten tekst Aleksandry Pucułek pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Aleksandra Pucułek











