Temat: prasa

Dział: WYWIADY

Dodano: Czerwiec 04, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Rozmowa z dziennikarzem, który zdemaskował nagradzanego kolegę z „Der Spiegel”

– To było sięgnięcie dna, bo jeśli zbierze się wszystkie teksty Claasa Relotiusa w „Spieglu”, wychodzi dwa i pół wydania wypełnionego wyłącznie fikcją – mówi Juan Moreno (fot. Armando Babani/PAP/EPA)

„Na początku nie myślałem, że tropię wielki skandal, raczej wielką głupotę” – mówi Juan Moreno, który ujawnił, że jego nagradzany kolega z „Der Spiegel” zmyśla swoje reportaże. Z dziennikarzem rozmawia Katarzyna Domagała-Pereira.

Przeszedł Pan do historii dziennikarstwa jako ten, który zdemaskował hochsztaplera, niemieckiego reportera Claasa Relotiusa. Była to jedna z największych afer w historii magazynu „Der Spiegel”. Jakie to uczucie?

Zaskakujące. Bo kiedy największy scoop, jaki ma się w życiu, sprowadza ogromne trudności na własną redakcję, to z jednej strony jest to może osobiście satysfakcjonujące, że człowiek dobrze wykonał swoją pracę, ale z drugiej strony konsekwencje fałszerstw Relotiusa są bardzo poważne. Wolałbym – i to bardzo – nie stać się jednym z najbardziej znanych dziennikarzy w kraju, bo ujawniłem ten skandal. Bardzo chętnie bym tego uniknął. I myślę, że większość dziennikarzy wolałaby takich rzeczy nie robić.

Powtarza Pan, że nie jest Pan bohaterem. Ale ta cała historia tak właśnie brzmi – zdesperowany, nieugięty reporter dąży do prawdy...

Rozumiem, że narracja i dramaturgia całej tej historii jest idealna. Współpracownik magazynu, freelancer, jeździ po świecie, bo ma hiszpańskich rodziców i jego językiem ojczystym jest hiszpański. Nie jest włączony w codzienne życie redakcji, zresztą rzadko w niej bywa. I to on odkrywa, że człowiek, który w redakcji jest traktowany jak wielka gwiazda, potencjalnie przyszły naczelny „Spiegla”, zmyśla swoje teksty. A trzeba pamiętać, że to nadal prawdopodobnie najważniejszy magazyn w Niemczech, niektórzy powiedzieliby, że – oprócz „The Economist” – nawet w Europie. I to wszystko idealnie pasuje do opowieści o bohaterze.

Tylko że przez długi czas byłem przekonany, że chodzi o jakieś nieporozumienie. Na początku nie myślałem, że tropię wielki skandal, raczej wielką głupotę. Nie mogłem sobie wyobrazić, że Claas Relotius kłamie. Myślałem: młody kolega, może trafił na tych bardzo krytycznych wobec mediów rozmówców w USA i oni go wkręcili, nie mówią mu prawdy. Nawet kiedy „Der Spiegel” bardziej wierzył jemu niż mi, nadal sądziłem, że kiedy usiądziemy razem, wszystko się wyjaśni.

W którym momencie zaczął Pan myśleć, że nie chodzi o żadne nieporozumienie, tylko że Claas Relotius wszystkimi manipuluje?

Rozmawialiśmy przez telefon i poznałem człowieka niesłychanie zimnego, analitycznego, który kompletnie mnie zignorował. Coś to we mnie poruszyło.

Historia była taka: pokazałem „Spieglowi” na podstawie własnego researchu – moim zdaniem bardzo jasno – że historia, którą opisuje Claas Relotius, nie może być prawdziwa. „Der Spiegel” uznał w tej sytuacji, że woli wierzyć jemu – i zagroził mi zwolnieniem.

A trzeba wiedzieć, że środowisko reporterów piszących w Niemczech dla dużych magazynów jest bardzo małe. Jeśli ktoś ma opinię człowieka, który niesłusznie oskarża innych o kłamstwo, to jego reputacja jest błyskawicznie niszczona i nie znajdzie nigdzie pracy. Kiedy „Der Spiegel” powiedział mi: „Próbujesz oczernić kolegę, to będzie miało konsekwencje, zwolnimy cię”, zrozumiałem, że chodzi o moje przetrwanie w branży.

Pojechałem więc do USA, odszukałem bohaterów, których Relotius wymienił w tekście, i razem z kolegą [fotografem Mirco Talierciem – red.] nagrałem to na wideo. Mówili, że Relotius nigdy z nimi nie rozmawiał, nigdy u nich nie był, zapowiadał się, ale nie przyjechał. Sfilmowaliśmy nawet ich ręce, bo w tekście Relotius opisywał konkretne tatuaże. Próbowaliśmy udowodnić, że ta historia jest zmyślona.

Nie tylko ta…

Teksty, które Claas Relotius pisał, czytało się jak krótkie opowiadania. Jak Hemingwaya w jego najlepszym okresie. To była bardzo prosta wizja świata. Liberalny światopogląd „Spiegla” odbijał się w tych tekstach. A kiedy Relotius pisał dla konserwatywnych gazet, to świat w jego tekstach był raczej konserwatywny. On dopasowywał teksty do oczekiwań i potwierdzał stereotypy.

Kiedy człowiek zaczyna czytać jego teksty z cieniem podejrzenia, to nagle jego cała narracja się sypie i wszystko jawi się jako kompletne bzdury. Problem w tym, że trudno jest udowodnić, że coś nie istnieje. Podam przykład: napisał historię o dwojgu dzieciach śpiewających starą syryjską piosenkę o królowej, która przyjęła do swojego kraju dzieci wygnane z ich ojczyzny. To była aluzja do Angeli Merkel przyjmującej syryjskie dzieci. Przepiękna, wzruszająca historia.

Proszę tylko spróbować znaleźć tę piosenkę. Albo udowodnić, że ona nie istnieje. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Znalazłem m.in. Syryjczyka, który w Niemczech ubiegał się o azyl, a w Damaszku zarabiał na życie, śpiewając piosenki dla dzieci na urodzinach. Błagałem go, żeby mi powiedział, czy istnieje taka piosenka. A on patrzył na mnie i mówił: „O czym ty mówisz? Jaka królowa? Czyś ty zwariował?”.

Więc stopniowo, ale nie od razu, zrozumiałem, że Claas Relotius jest hochsztaplerem.

Od początku nie miał Pan ochoty pisać reportażu z Relotiusem.

Czytałem kiedyś jego tekst o Kubie – w innym magazynie, raczej konserwatywnym. Narracja była taka: Kuba się zmienia, komunizm nie działa, kapitalizm się umacnia i nawet pucybut potrzebuje doradcy podatkowego, bo kapitalizm tak mocno się zakorzenia.

Nigdy nie żyłem w komunizmie, ale często byłem na Kubie i ani rusz nie mogłem sobie wyobrazić, że pucybut ma problemy z optymalizacją podatkową. Ta historia wydawała mi się niewiarygodna. To jakiś absurd – pomyślałem. Wtedy Relotius jeszcze nie pisał dla „Spiegla”. Przeczytałem ten tekst, zapamiętałem go, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby śledzić błędy kolegi po fachu. Nie robiłem tego też, kiedy Relotius zaczął pisać dla „Spiegla”.

A kiedy pojawił się pomysł wspólnego reportażu, pomyślałem, że może lepiej nie. Chodziło o karawany migrantów z Ameryki Łacińskiej zmierzających do USA za pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Powiedziałem redakcji, że mogę to zrobić sam. Byłem wiele razy w Meksyku, znam region. Ale redakcja nalegała, żebyśmy zrobili to razem: ja na południu, z karawaną, on – na północy, z tzw. vigilantes – samozwańczą strażą, która pilnuje, by Latynosi nie przekraczali granicy. Taki był pomysł na ten wspólny reportaż.

I tak zaczęły się wszystkie problemy.

Były też inne dziwne sygnały. W swojej książce „1000 linijek kłamstw” przytacza Pan e-maile od szefa działu reportażu, Matthiasa Geyera, zamawiającego tekst, ale z bardzo jasnym oczekiwaniem, co ma Pan przywieźć. To chyba też był jakiś sygnał ostrzegawczy, choć z innej strony? Bo przecież nie można z góry założyć, co reporter znajdzie?

To, co dzieje się w świecie, jest zazwyczaj ciekawsze niż to, co sobie wymyślamy w biurze. Kiedy robi się historię o Ameryce Łacińskiej, to rozumiem, że ktoś powie: „Słuchaj, może byłoby dobrym pomysłem, żeby towarzyszyć komuś, kto chce przedostać się z Ameryki Łacińskiej do USA, oraz komuś, kto jest w USA i za wszelką cenę chce uniemożliwić takim ludziom wjazd”. To dopuszczalne ograniczenie rzeczywistości, bo brzmi jak interesująca historia, która czytelnikowi dobrze wytłumaczy problem.

Ale wtedy – i to zdarzyło się po raz pierwszy – Matthias Geyer bardzo wyraźnie powiedział mi, kogo mam „obsadzić w tej roli” i co ta kobieta z karawany ma myśleć o Donaldzie Trumpie.

Kiedy się podróżuje z taką karawaną, bez problemu można znaleźć kobiety jak bohaterka mojej części reportażu – samotne matki, które mówią, że lepiej wychować dziecko w USA niż na przykład w Hondurasie. Ale znajdzie się też młodych mężczyzn, którzy mówią, że podoba im się to całe zamieszanie na południowej granicy, które robi Trump. Tego nie wymyśliłbym przy biurku.

A jak Pan odebrał Claasa Relotiusa?

On miał robić research na północy, z tą samozwańczą grupą. Zaskoczyło mnie, że ta jednostka – bardzo krytyczna wobec mediów i pro-Trumpowska – w ciągu trzech dni zgodziła się go zabrać na patrole. Z tekstu dowiadujemy się, że nie tylko mógł z nimi szczerze rozmawiać, ale – tak kończy się reportaż – miał być przy nich, kiedy strzelali do rzekomego migranta. Nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. Myślałem raczej: może go wkręcili, może udawali, że do kogoś strzelają. Nikt, nawet najbardziej otwarty bohater, nie pozwoli dziennikarzowi obserwować, jak się strzela do człowieka.

Dziwił Pana też ton, jaki towarzyszył e-mailom od Relotiusa i rozmowom telefonicznym z nim.

Był niesamowicie lubianym kolegą. Mało mówił, zawsze pytał innych, co myślą o jego tekstach. Był wycofany, uprzejmy. Nigdy nie sprawiał wrażenia osoby emanującej pewnością siebie, tym bardziej chłodem. A ja doświadczyłem go jako kogoś stanowczego, wręcz szorstkiego. I jestem najwyraźniej jedyną osobą, która go od tej strony poznała, bo inni – znający go w „Spieglu” od lat – byli nim zachwyceni. W moim przypadku Relotius bardzo jasno wyznaczył granice i uważał za skandaliczne, wręcz bezczelne, że ośmielam się wątpić w jego teksty.

Pański plan zakładał skonfrontowanie Claasa Relotiusa z dowodami na parterze w siedzibie „Spiegla”, a nie w pomieszczeniach redakcyjnych na 13. piętrze. Jak to ostatecznie wyglądało?

Wróciłem z USA, gdzie rozmawiałem z dwoma bohaterami jego tekstu, i przyjechałem do hamburskiej centrali „Spiegla”. Poprosiłem, żebyśmy porozmawiali na parterze, bo zakładałem, że on też tam będzie. Ale go nie było. Był za to Ullrich Fichtner, który odkrył talent Claasa Relotiusa i sprowadził go do „Spiegla”. Fichtner za cztery tygodnie miał zostać oficjalnie nowym naczelnym.

Proszę sobie wyobrazić tę sytuację: szef działu reportażu Matthias Geyer miał awansować na kierownika całego wydania. Ullrich Fichtner – na redaktora naczelnego, a Claas Relotius miał zostać moim szefem – nowym kierownikiem działu społeczeństwo, czyli działu reportażu. To było jak jadąca w górę winda z tą trójką. Dla nich musiało to wyglądać tak, jakby tuż przed zamknięciem drzwi do windy wpadł ten idiota Moreno, wetknął stopę między drzwi, mówiąc: „Moment, moment, mam tu jeszcze coś, czego nie rozumiem w tej historii!”.

Przyjechałem zatem do centrali, miałem z sobą nagrania i – ku mojemu zaskoczeniu – „Der Spiegel”, w osobie Ullricha Fichtnera, po prostu mi nie uwierzył. Powiedział coś w rodzaju: „No tak, to jacyś faceci ze strzelbami na granicy amerykańsko-meksykańskiej. Z całym szacunkiem – bardziej wierzymy naszemu dziennikarzowi niż tym hillbillies, którzy najwyraźniej nie mają nic lepszego do roboty, niż gonić Meksykanów”. Zapytano mnie nawet, czy zapłaciłem tym ludziom. I choć pokazałem wideo, Ullrich Fichtner powiedział: „Tak, ale my tutaj mamy e-mail”. E-mail wysłany rzekomo przez żonę jednego z bohaterów reportażu do Claasa Relotiusa, w którym napisała: „Dlaczego byłeś u nas tak krótko?”.

Co miałoby dowodzić, że on jednak tam był.

Widziałem tę wiadomość. Była wysłana z adresu na Yahoo. I pomyślałem: chyba żartujecie! Zarzucam mu wymyślanie tekstów, a wy mówicie: „Niemożliwe, przecież mamy e-mail z Yahoo od jakiegoś Mike12345, więc to dowód, że Claas mówi prawdę”?.

Zacząłem przeglądać wszystkie teksty Relotiusa i cały research do nich zrobiłem od nowa. Wtedy wyszła sprawa z Angelą Merkel i syryjskimi dziećmi, ale też – i to był punkt zwrotny – historia o Colinie Kaepernicku. To ten amerykański futbolista, który klękał podczas hymnu. Skontaktowałem się z jego adwokatem i zapytałem, czy to prawda, że jedynym dziennikarzem na świecie, który rozmawiał z rodzicami Kaepernicka – czarnoskórego zawodnika adoptowanego przez białą rodzinę – był Claas Relotius. Adwokat, znany prawnik celebrytów z Los Angeles, powiedział mi, że to kompletne kłamstwo. „Nigdy nie rozmawiali z żadnym Relotiusem”. Wysłałem to Ullrichowi Fichtnerowi, z numerem telefonu adwokata i prośbą, żeby do niego zadzwonił, skoro mi nie wierzy. A na zakończenie napisałem: „Wyświadcz mi przysługę: idź do działu IT i sprawdź, jaki e-mail rzeczywiście przyszedł na serwer i czy zgadza się z tym, który pokazał wam Claas Relotius”.

I tak zrobili. Naczelny, szef działu personalnego, szef IT – wszyscy stali przed ekranem i sprawdzali tę wiadomość. I wtedy wyszło na jaw: Claas Relotius sfałszował ten e-mail.

Dopiero wtedy zaczęli mi wierzyć.

Był Pan rozczarowany, że nastąpiło to tak późno?

Bardzo.

Te wszystkie mądre głowy w „Spieglu” – a to przecież jest także magazyn śledczy – nie zorientowały się, co się dzieje? Że cały słynny dział dokumentacji, cały zespół redakcyjny przepuszczał teksty Relotiusa?

Jest takie powiedzenie z Hiszpanii: „W poniedziałek wszyscy znają się na piłce nożnej”. Mecze są w weekend, więc w poniedziałek każdy jest mądry po fakcie. I tak jest z tekstami Claasa Relotiusa. Dziś, kiedy się je czyta, człowiek myśli: jak można było być tak głupim?

Ale po pierwsze, nie wolno zapominać, że Relotius był charyzmatyczny i przekonujący. Długo tam pracował, miał zostać szefem działu. Nikt wcześniej nie powiedział o nim złego słowa. Był niezwykle lubiany.

Po drugie – zdobywał nagrodę za nagrodą. W dziale był supergwiazdą. Cały dział awansował dzięki jego tekstom, to on wyniósł go na szczyt. Byli na fali. W końcu wszyscy oczekiwali od niego tylko genialnych tekstów. A one były spektakularne, olśniewające, z niewiarygodnymi wynikami researchu. Oczywiście te zagraniczne, bo te z Niemiec, których było tylko parę, były poniżej przeciętnej.

Trzeba to wziąć pod uwagę, krytykując kolegów. Ale faktem jest, że ludzie, którzy pracowali w tym dziale, pisali wielkie portrety, tłumaczące czytelnikom naturę i charakter wielu znanych osób – sami pozwolili się wodzić Relotiusowi za nos. Masowo.

Kiedy pisałam o skandalu z Relotiusem siedem lat temu, nie udzielił Pan wywiadów poza trzema mediami. O dziennikarskim śledztwie opowiedział mi Mirco Taliercio – Pana przyjaciel i fotograf, z którym pojechał Pan do USA i który pomógł nakręcić materiał dowodowy.

Udzieliłem tylko jednego wywiadu dla medium drukowanego, jednego wywiadu wideo i jednego dla medium online.

No i jednego po hiszpańsku – dla „El País”.

Zrobiłem to dla mojej mamy, żeby przeczytała po hiszpańsku i zrozumiała, nad czym pracowałem.

Mirco opowiadał mi o Pana trudnych chwilach. Był w redakcji „Spiegla” ktoś, komu mógł Pan ufać?

Powiedziałem zaprzyjaźnionemu reporterowi sportowemu, ale poza tym – nie, nie było nikogo. Byłem tam przecież współpracownikiem, zresztą do dziś nim jestem. Nie miałem nikogo, bo koledzy, których znałem, byli na etatach w dziale reportażu – i ewentualnie mogli sami stać się ofiarami tej sytuacji. Oczywiście, cieszy, że taki hochsztapler nie pracuje już w „Spieglu”, ale sądzę, że nikt nie miałby problemu, gdybym zdemaskował oszusta… ale raczej w innym medium – „Sternie” albo w „Die Zeit”.

A jak zareagowali Pana rodzice?

Kiedy to wszystko się działo, byłem w USA i rozmawiałem ze swoim ojcem. To prosty robotnik. Pracował w fabryce opon Dunlop w Hanau koło Frankfurtu. Całe życie przy taśmie. Ja byłem pierwszy w rodzinie, który studiował. Ale mój ojciec nie jest ciemny. Opowiedziałem mu, że próbuję wszystko wyjaśnić „Spieglowi”, a on bardzo szybko powiedział: „Myślę, że problem nie polega na tym, że oni nie mogą ci uwierzyć, tylko że oni nie chcą ci uwierzyć”. Powiedział to bardzo wcześnie – i miał rację, choć nie znał wszystkich szczegółów.

A potem przeczytali w „El País”. I ta cała afera z Relotiusem odbiła się dużym echem w Ameryce Łacińskiej. Nagle dzwonili do mnie ludzie z Kuby, z Kolumbii, których poznałem podczas różnych reportaży. Mówili, że już tam o mnie słyszano. Sprawa dotarła tak daleko. Więc moi rodzice byli bardzo dumni z syna, że był tak uparty i się nie poddał.

Ma Pan czworo dzieci, teraz już nastoletnich. Żona – dziennikarka, freelancerka, a Pan, demaskując Relotiusa, ryzykował właściwie wszystko. Jak to znieśliście?

Presja była ogromna. Doszło do tego, że rozmawiałem z zaprzyjaźnionym rzemieślnikiem, Rumunem, tłumacząc mu, co się dzieje. Zaproponował, że będę mógł u niego pracować, jeśli już nic innego się nie uda. I to nie był żart. Pytał, czy nie mógłbym mu pomóc w biznesie i zdobywać niemieckich klientów. Byłem przekonany, że to koniec mojej kariery.

I dlatego – wracając do pytania, czy jestem bohaterem – nie zachowywałem się jak bohater wobec własnej rodziny. Byłem pod potworną presją i moje dzieci to odczuły. To człowieka zmienia. Bo nagle widzi się, ile znaczy reputacja. I jak trudno jest odpowiedzieć sobie na pytanie: kim właściwie jestem, jeśli już nie jestem dziennikarzem? To było trudne.

Czy ktoś ze „Spiegla” kiedykolwiek Pana przeprosił albo podziękował?

Podziękował? Nie wiem… Przeprosił? Jakieś pół roku albo dziewięć miesięcy później zadzwonił do mnie ówczesny zastępca redaktora naczelnego, mówiąc, że gdzieś przeczytał, iż nikt mnie nie przeprosił, więc on chciał to nadrobić.

No tak… To nie było optymalne rozwiązanie.

„Der Spiegel” mówił o „sięgnięciu dna w swojej 70-letniej historii”, a dziennik „Frankfurfer Allgemeine Zeitung” napisał, że uratował pan „Spiegla”. Dwie różne perspektywy.

Myślę, że w pewnym sensie obie są prawdziwe. To było sięgnięcie dna, bo jeśli zbierze się wszystkie teksty Claasa Relotiusa w „Spieglu”, wychodzi dwa i pół wydania wypełnionego wyłącznie fikcją.

Press

(fot. Alexander Becher/PAP/EPA, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)

JUAN MORENO (rocznik 1972) – urodził się w Hiszpanii, dorastał w Niemczech, dokąd, w poszukiwaniu pracy, wyemigrowali jego andaluzyjscy rodzice. Studiował ekonomię we Florencji i Kolonii. Jest absolwentem Niemieckiej Szkoły Dziennikarskiej w Monachium. Pracował m.in. jako redaktor talk-show w niemieckiej telewizji ARD, prezenter radiowy w WDR, pisał dla dziennika „Süddeutsche Zeitung”. Od 2007 roku współpracuje z magazynem „Der Spiegel” – najpierw jako reporter, obecnie w dziale zagranicznym. W 2018 roku ujawnił, że znany reporter „Spiegla” i zdobywca wielu nagród dziennikarskich Claas Relotius w wielkim stylu zmyślał i manipulował faktami w swoich tekstach. Magazyn, słynący z rygorystycznego systemu weryfikacji faktów, musiał przyznać, że mechanizmy te zawiodły.

A jeśli chodzi o „uratowanie Spiegla” – gdybym po pierwszym odrzuceniu, kiedy mi nie wierzono i grożono zwolnieniem, poszedł do „Bilda” albo innego konkurencyjnego medium z dowodami, że „Der Spiegel” od lat publikuje zmyślone teksty, to łatwo przewidzieć, co by się działo. Tygodniami publikowano by kolejne sensacje. „Der Spiegel” na początku broniłby Relotiusa, odpowiadał na zarzuty, zaprzeczał. To byłoby okropne, brudne.

A w ten sposób „Der Spiegel” mógł sam kierować procesem wyjaśnienia i rozliczenia. Nawet tak dalece, że – moim zdaniem nie do końca właściwie – komisja śledcza składała się wyłącznie z ludzi „Spiegla”.

Jak potoczyła się potem Pana kariera? Byłam pewna, że ma Pan już etat w „Spieglu”.

Nie, nigdy mi tego nie zaproponowano. Są dla mnie mili, ale jestem nadal freelancerem. Później przeszedłem do działu zagranicznego, szybko zacząłem prowadzić podcasty, bo wcześniej pracowałem też w radiu. Ostatnio, równolegle do mojej pracy dla „Spiegla”, zrobiłem film dokumentalny dla Netflixa. „Der Spiegel” i ja mamy bardzo profesjonalne relacje, ale do dziś myślę, że magazyn byłby wdzięczny, gdybym ten skandal odkrył w innym medium.

A gdyby „Der Spiegel” teraz zaproponował Panu etat, przyjąłby Pan?

Nie lubię gdybać. Wtedy na pewno bym przyjął, gdyby mi zaproponowali. „Der Spiegel” o tym wiedział, ale tego nie chciał. Tłumaczyli mi, że czasy są trudne i nie mogą mnie zatrudnić. A od tego czasu minęło już siedem lat.

Czy znalazł Pan odpowiedź na pytanie: dlaczego Claas Relotius manipulował?

Nie. Do dziś tego nie rozumiem. Kiedyś udzielił długiego wywiadu i mówił, że on sam nie potrafi tego wyjaśnić. Że być może jest chory, ale nigdy nie chciał nikomu zaszkodzić. Mówił, że miał problemy mentalne i nie ponosi odpowiedzialności.

Mam z tym ogromny problem. Bo on przez lata, w najlepszych, najwłaściwszych momentach precyzyjnie podsuwał właściwe kłamstwa, by odnieść maksymalny sukces jako dziennikarz. Był zasypywany nagrodami dziennikarskimi. W historii niemieckiego dziennikarstwa nikt w tak krótkim czasie nie zdobył ich tak wielu. I teraz twierdzić, że był to przypadkowy rezultat niejasno określonej choroby psychicznej?

Nie twierdzę, że to nie może być prawda, ale trudno mi w to uwierzyć.

Dlaczego nie pracuje Pan już jako reporter?

To ciekawe pytanie. Dużo o tym myślałem. Na początku chciałem zmienić dział, bo koledzy, z którymi wcześniej pracowałem, byli pod ogromną presją i uznałem, że lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będę się u nich pojawiał. Pracowałem dla działu zagranicznego, ale coraz trudniej było mi odnaleźć się po zmianach, które Relotius wprowadził do pisania.

Reportaże stały się trudniejsze. Przede wszystkim w pierwszej fazie były naznaczone ogromną nieufnością wobec dziennikarza. I nie chodzi o to, że trzeba nagrywać albo robić zdjęcia. Chodzi o tę ogólną trudność, która pojawiła się wokół samego pisania reportaży: że cały czas trzeba było być w trybie udowadniania, potwierdzania, zabezpieczania się. To się trochę uspokoiło, ale w pierwszej fazie praktycznie w każdym tekście pojawiały się wstawki mające udowadniać, że historia naprawdę się wydarzyła. Pisanie zawsze sprawiało mi przyjemność, a reportaż ma w sobie coś z kreatywnego pisania. I tego mi potem zabrakło. Relotius to zniszczył.

Zniszczył coś jeszcze – może najważniejszego. Sprawił, że wielu dziennikarzy, zwłaszcza tych, którzy nie pracują w wielkich redakcjach, ale w małych lokalnych gazetach, do dziś słyszy: „Jesteś jak Relotius, kłamiesz!”. Niech pani zrobi mały eksperyment – wpisze na X „Relotiuspresse”. Jestem pewien, że to określenie pojawiło się tam też w ostatnim czasie. Ono jest tak popularne, jak „fake news” w USA. I stało się synonimem uwłaczania naszemu zawodowi. Claas Relotius zniszczył to, z czego żyjemy – prawdę i zaufanie. A kiedy zniszczy się zaufanie, każdy związek jest zagrożony.

***

Ta rozmowa Katarzyny Domagały-Pereiry z Juanem Moreno pochodzi z magazynu Press wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"

Press

Katarzyna Domagała-Pereira

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.