Kariera z zakrętami. Grzegorz Dobiecki z humorem o tym, jak tracił pracę
„Współtworzyłem »Dzień na świecie« przez 17 lat, za co koleżanki i koledzy z Polsat News wspaniale mi podziękowali” – pisze Grzegorz Dobiecki (fot. Tomasz Sikora)
GRZEGORZ DOBIECKI: Sprawy zawodowe mam formalnie domknięte. Chociaż niezupełnie, jedna rzecz mnie trapi od dawna.
Chwała przodownikom pracy, którym całe życie zawodowe upływa w jednej firmie. Na ruchomych piaskach dziennikarstwa udaje się to jednak nielicznym. Jeśli ich redakcja czy stacja trwa jak opoka, oni etatowo w nią wrośnięci zyskują cenne poczucie stabilizacji i racji, wartości i przydatności. Coś jednak tracą: doświadczenie zmiany zatrudnienia. Osobliwie wtedy, gdy wcale sobie takiej zmiany nie życzą. Na ostre zakręty dziejów, na okrutne prawa rynku oraz na tzw. układy nie ma jednak rady.
Pierwszej pracy pozbawiła mnie Historia ubrana w mundur naczelnego generała Ludowego Wojska Polskiego. Ledwie zdążyłem się zadomowić i zakochać w radiu (wtedy było tylko jedno), a już wyprosił mnie stamtąd Wojciech Jaruzelski. No, kawalerze – powiedział z ekranu telewizora 13 grudnia – twoja sytuacja przedstawia się marnie. Opozycjonista z ciebie żaden, tylko tak się złożyło, że jako początkujący dziennikarz trafiłeś na karnawał względnej swobody. Teraz więc uznasz, że pracując pod rozkazami czerwonej junty, straciłbyś cnotę i sprzeniewierzył się powiewowi wolności. Czyli do Polskiego Radia nie wrócisz. Twoje życie towarzyskie i uczuciowe też się rozleci. Układaj wszystko na nowo.
DYLEMATY
Jego szczere żołnierskie słowa przyprawiły mnie o ból duszny oraz syndrom Yossariana. Jak pamiętamy, bohater „Paragrafu 22” był przeświadczony, że wojna toczy się wyłącznie po to, by on, Yossarian, został zabity. Ja, nie mniej zaburzony emocjonalnie, rozumowałem (?) podobnie: zasadniczym celem wprowadzenia stanu wojennego jest wywrócenie mi życia do góry nogami, poczynając od odebrania sensu dalszej pracy. A kolejne kłopoty już czyhały, rzeczywistość szczerzyła popsute zęby. Z mocy dekretów za niesubordynację w jednostce zmilitaryzowanej – Polskie Radio taką jednostką się stało – groziły rozmaite nieprzyjemności. Do kary śmierci włącznie. Tu do akcji wkroczyli psychiatrzy. Zacni lekarze wystawiali uchylantom tzw. żółte papiery. A choćby tylko żółtawe. Na wariackim „chorobowym” nie traciło się ani twarzy, ani zarobków. Z dobrym samopoczuciem bywało gorzej, zwłaszcza wobec kolegów wyrzucanych z mediów na bruk. Na wielu z nich spadł odgórny Berufsverbot, niepodlegający negocjacjom.
Dyskusje prowadzone z samym sobą to co innego. Czy jednak nie skończyć z bojkotem, nie przełamać własnego frontu odmowy? Kusiła neo-Trójka, budowana na zgliszczach starego Programu Trzeciego. Zimą rozpędzili go na cztery wiatry wojskowi komisarze polityczni. Wiosną do dzieła odnowy została oddelegowana redakcja młodzieżowa (w której wciąż formalnie byłem zatrudniony) pod dowództwem Andrzeja Turskiego. Anonsując otwarcie medialnego wentyla bezpieczeństwa, prezenter Dziennika Telewizyjnego kapitan Nowakowski życzył kolegom z Trójki wszystkiego najlepszego. Uznałem dumnie, że nie, jego kolegą nie zostanę. Być może był to błąd strategiczny, gdyż właśnie tam, w Trójce skleconej na nowo, miał nastąpić wysyp karier na nadchodzące czasy. A ja tę solidną perspektywę zamieniłem na tułaczkę emigranta.
SOCIALISME A LA FRANCAISE
We Francji prognozy generała sprawdziły się częściowo. Życie towarzyskie uległo redefinicji, życie uczuciowe początkowo znacznemu spustoszeniu, chociaż akurat miłość do radia znalazła spełnienie. Zatrudnienie w Radio France Internationale po okresie dziadostwa i pętactwa przyniosło skromną stabilizację. Redakcja polska – jak wszystkie inne sekcje RFI – była częścią francuskiego organizmu państwowego. A to oznaczało bezpieczeństwo socjalne, w tym praktyczną nieusuwalność z posady aż do emerytury. Złota robota, zakładowa stołówka z winem, premie, wczasy pracownicze na Rivierze, socialisme à la française. W dodatku świetna ekipa w redakcji i wyrozumiały szef Kazik Piekarec (R.I.P.). Dla ówczesnych władz w Warszawie RFI była jednym z tzw. ośrodków antypolskich, nie mówiąc już o emigracyjnym magazynie „Kontakt”. Praca w obu tych miejscach odcinała mi powrót do PRL, tym bardziej więc korzenie wrastały we francuską glebę, już także rodzinnie.
Aż Historia wzięła kolejny ostry wiraż i posypała się emigracyjna motywacja. Generał, tym razem w garniturze oraz w towarzystwie tych, których jeszcze niedawno gnębił, znowu wysłał swój sygnał: układaj wszystko od nowa. W kraju nastała słodka wolność. Polskie audycje i opozycyjne ośrodki z zagranicy traciły rację bytu. Wcale nie było łatwo się z tym oswoić. Krążyło między nami ironiczne, ale też dość bolesne pytanie: i komu to przeszkadzało? Plany przecież mieliśmy dalekosiężne, włącznie z przekształceniem „Video-Kontaktu” w antyreżimową telewizję satelitarną. A tu masz, komuna upadła, wszystko na nic.
SPALONE MOSTY
Nową życiową układankę ułatwił niespodziewany telefon z Warszawy. Telewizja Polska – głosem czyim? Andrzeja Turskiego! – zaproponowała mi rolę korespondenta we Francji. Zgodziłem się właściwie od razu. – No, a etat w RFI, a przywileje socjalne, a solidna emerytura? – pytał wtedy z przestrogą w głosie kolega z redakcji. Odpowiedziałem: – Człowieku, co ty mi tu o emeryturze, jak takie zawodowe atrakcje przede mną... I się z francuskiego radia wypisałem, spaliłem mosty. Tu l’as voulu, Georges Dandin. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
Po głównie siedzącej, zabiurkowo-studyjnej działalności w RFI praca dla TVP oznaczała ruch, wyjście w teren, głębokie zachłyśnięcie głęboką Francją. I wielką frajdę z tego, co się robi. Kanały informacyjne jeszcze nie istniały, serwisy nie wiązały korespondentów koniecznością powtarzania na antenie co godzina tych samych kilku zdań. Na robienie materiałów rzeczywiście własnych, na minireportaże można było poświęcać po kilka dni. Wcześniejsze lata owocowały francuskimi kontaktami i swobodą w nawiązywaniu nowych. Bardzo dobrze czułem się w tej zawodowej roli. Za dobrze – jak w balladce Młynarskiego o tych, co się zbyt pewnie poczuli.
W dawnych czasach było przyjęte, że korespondent polskich mediów obejmował zagraniczną placówkę niemal na takich samych zasadach co ambasador. Czyli (partyjnie zweryfikowany przed wyjazdem) wykonywał głównie polecenia centrali, pomysły własne realizował rzadko, a funkcję sprawował w cyklu kadencyjnym, zwykle czteroletnim. Po czym był odwoływany. W korpusie korespondentów zachodnich byli zaś tacy, którym nikt kadencji nie liczył. Im bowiem dłużej pracowali w danym kraju, tym więcej o nim wiedzieli; im częściej rozmawiali z jego politykami, tym ważniejsze zdobywali informacje. Jeśli własny dziennikarz dostarczał redakcji wartościowe materiały z Paryża, to jej samej zależało na tym, żeby ten układ i tego korespondenta utrzymywać.
Takie właśnie wyobrażenie o pracy dla TVP ufnie pielęgnowałem, wierząc, że i pod tym względem nasze media się zwesternizują. Tym bardziej że praca trwała już prawie osiem lat, a kolejne umowy były odnawiane w zasadzie automatycznie. Oczywiście niewykluczona pozostawała przykra, ale uprawniona ewentualność, że jednak któregoś dnia pracodawca otwarcie zakomunikuje: rozstajemy się, bo „czas minął”. Natomiast trudno było się spodziewać, że postanowi załatwić sprawę skrycie. W sposób – jak sobie być może wyobrażał – tak diabelnie sprytny, że niech się Machiavelli schowa... Otóż Telewizyjna Agencja Informacyjna, której podlegałem, ogłosiła konkurs na stanowisko korespondenta w Paryżu, wciąż przeze mnie zajmowane. Nie zostałem o tym zawiadomiony. Nic dziwnego: szef TAI z ramienia PSL Marek Kassa (nazywałem go Bokassa)miał już swojego faworyta. O konkursie dowiedziałem się przypadkiem, przystąpiłem do niego i wygrałem, czemu nawet nie przeczyli jego organizatorzy. Zarazem jednak stanowisko korespondenta w Paryżu powierzyli Wiesławowi Stefaniakowi, który zajął drugie miejsce. Miał o tym współdecydować ówczesny prezes TVP Ryszard Miazek, także z PSL. Mnie zaproponowano enigmatyczną rolę komentatora, w Warszawie. Podziękowałem, nie skorzystałem.
KONKURS NA DOBIECKIEGO
Wokół „konkursu” i jego rozstrzygnięcia zrobiło się w mediach sporo hałasu, z którego niewiele wynikało i który opadł równie szybko, jak był się podniósł. Piotr Moszyński napisał w felietonie dla „Wprost” o „konkursie na Grzegorza Dobieckiego, który Dobiecki musiał przegrać, ponieważ wygrał”. Wyróżnił się jeden z tabloidów, strzelając sensacyjnym tytułem: „Korespondent TVP w Paryżu odmawia powrotu do Polski”. Brzmiało to jak wybranie wolności. Autor najpewniej nie wiedział, a sprawdzić mu się nie chciało, że TVP nie mogła ode mnie żądać powrotu z Francji, gdyż mnie tam nie wysyłała. O PSL i TVP (krytycznie) oraz o zwalnianym korespondencie (pochlebnie) napisał w paryskiej „Kulturze” sam Jerzy Giedroyc. Do dziś jest to dla mnie najcenniejsza recenzja zawodowa.
Przekazanie paryskiego biura i sprzętu red. Stefaniakowi odbyło się sprawnie. Zamknięcie rozliczeń z TVP było trudniejsze, przy czym nie chodziło o finanse. Z magazynów telewizji dostałem faks (był kiedyś taki środek łączności) z żądaniem zwrotu dwóch garniturów, bodajże seledynowego i fioletowego. Odpowiedziałem tą samą drogą zgodnie z prawdą, że nigdy żadnych ubrań z TVP nie brałem. Następny monit z Warszawy zawierał dowód mojego czynu: podpisane pokwitowanie na oba stroje. To nie był mój podpis. W dniu rzekomego pobrania garderoby w Warszawie byłem w Paryżu, co łatwo można było sprawdzić. Magazynierzy nie dawali się jednak przekonać, słali kolejne ponaglenia. Pozostał mi argument ostateczny; nie zawahałem się go użyć. Zafaksowałem, że w życiu nie ubrałbym się w garnitur seledynowy ani fioletowy. Na tym korespondencja się urwała.
KORESPONDENT PLANETARNY
Przelotny szum po wykonkursowaniu mnie z TVP przyniósł jednak kilka propozycji pracy – tyle że w Warszawie. A to nie wchodziło w rachubę, teraz już zwłaszcza ze względu na córkę, która wyrastała (i wyrosła) na Francuzkę. Sytuację wyklarował znowu zaskakujący telefon. Stanisław Tyczyński, twórca i właściciel radia RMF FM, odezwał się osobiście. Zaoferował rolę – jak to później nazwaliśmy – korespondenta planetarnego. Z siedzibą w Paryżu. Kupiłem to z mety, głupi by się nie zgodził. Nie wiedziałem wtedy, że niczego nie „kupuję”, ale jedynie stosuję się do pomysłu prezesa, który zakładał, że jemu się nie odmawia. On natomiast odmawiał często i nieodwołalnie, o czym w swoim czasie też się miałem dowiedzieć. Rozmowy na temat atrakcyjnych warunków umowy odbyły się w Krakowie na Kopcu; tam też mnie bogato ugoszczono. Te media, które jeszcze śledziły losy byłego paryskiego korespondenta TVP, odnotowały trafnie, że kupiło go RMF FM.
Jako „korespondent planetarny” zjechałem spory kawałek świata. Zwłaszcza te jego strony, do których pewnie nigdy bym nie dotarł jako turysta, zresztą raczej nie miałbym na to ochoty. Moim zadaniem było nadawanie bezpośrednich relacji przede wszystkim z miejsc, w których akurat działo się coś niedobrego – albo nic dobrego się nie działo, choć powinno. Nie, nie z konfliktów zbrojnych – te obsługiwali korespondenci wojenni; ja takiego doświadczenia ani temperamentu nie miałem i nie mam. Jeździłem do miejsc „niebezpiecznych inaczej”. Do Mozambiku zalanego w połowie przez powódź; na Sri Lankę tuż przed zbrodniczą pacyfikacją Tamilów; do obozu dla ofiar trzęsienia ziemi w Turcji; do Zimbabwe w czasie brutalnego wywłaszczania białych farmerów. Po wdzięcznych tematach reportaży z Francji, po luksusie znajomości terenu, po przyzwyczajeniu do pracy w ekipie z operatorem odmiana była totalna. Poruszanie się w pojedynkę po nieznanym gruncie; presja redakcji oczekującej natychmiast „mocnych” relacji; kontakty nawiązane przed przyjazdem, które na miejscu zawodziły. Na wszystko trzy–cztery dni, powrót do Paryża, dekompresja i zaraz następny wyjazd w nieznane. Za każdym razem w głowie stres, rokosz w kiszkach, stoperan w kieszeni. Ale też, co tu gadać, wielka zawodowa przygoda.
No, bardzo długo ona nie trwała. Niecały rok. A jej finał był równie niespodziewany jak początek. Któregoś rana z krakowskiego sztabu RMF FM zadzwonił pan, z którym nigdy wcześniej nie miałem przyjemności. I oznajmił, że radio rozwiązuje ze mną umowę z miesięcznym terminem wypowiedzenia. Na pytanie o powody rozwiązania pan odpowiedział tylko tyle, że tak zdecydował prezes. Zadzwoniłem więc do Tyczyńskiego; sam dał mi swój numer, gdy mnie serdecznie witał na Kopcu. Cisza. I tak kilka razy, również następnego dnia. Wreszcie w telefonie rozległ się głos, ale nie ten, który chciałem usłyszeć. Głos mnie zrugał: – Proszę tu więcej nie dzwonić, z pana powodu prezes Tyczyński nie będzie zmieniał numeru. Skontaktowałem się jeszcze z Jackiem Stawiskim, wtedy szefem newsroomu na Kopcu, kolegą życzliwym i dobrze wychowanym. Najwyraźniej czuł się nieswojo w roli interpretatora decyzji szefa. Ponoć uznano – jak powiedział – że moje wyprawy „zbytnio się zinstytucjonalizowały”. Nadal nie wiem, co to miało znaczyć. Oficjalna wersja RMF FM ogłoszona nieco później odwoływała się do „eksperymentu, który się nie powiódł”, co też obie strony miały stwierdzić wspólnie. Co prawda nie miałem okazji niczego stwierdzić wspólnie z przedstawicielami RMF FM – a z prezesem już w szczególności – ale przyjąłem tę wersję. Może rzeczywiście to nie była praca dla mnie, nie moja działka. Prawdopodobna była również wersja mniej dyplomatyczna. Że mianowicie kontrakt z RMF FM, który uważałem za rzetelny i dla mnie korzystny, był z założenia umową śmieciową. I że w chwili, gdy zrobiło się dość głośno o korespondencie wyrzuconym z publicznej telewizji, właściciel stacji komercyjnej uznał jego zatrudnienie za dobry ruch marketingowy. Albo zwyczajnie miał taki kaprys, a potem mu przeszło.
NIE POSZALEJESZ
Nie nauczyłem się negocjować umów o pracę. Następna okazja potwierdziła, że nauka z Kopca poszła w las, a z następną okazją nie było już tak łatwo. Nadeszły czasy oszczędności w tradycyjnych mediach, co odczuły zwłaszcza działy zagraniczne. Na utrzymywanie własnych korespondentów stać było już tylko nieliczne redakcje. Mnie zaś, sporo już lat po zejściu z francuskiej ścieżki zawodowej, wypadało dalej iść polską drogą. Pewnie już z perspektywą powrotu, chociaż ciągle oddalaną. Na tej drodze przynajmniej nie byłem anonimowy, inaczej niż w rozmaitych francuskich zajęciach paradziennikarskich, jakich się teraz imałem. Bo Paryża trzymałem się nadal, chyba coraz bardziej kurczowo. Tak właśnie uczepiony poległem w negocjacjach z „Rzeczpospolitą”. Przystałem na kiepskie warunki i marne wynagrodzenie, wkrótce zresztą dodatkowo okrojone. Trudno – mówiłem sobie – przecież płaca z czasem wzrośnie; ważne, że gazeta dobra i że zostaję we Francji.
Korespondentem „Rzepy” byłem przez ponad siedem lat. Przez ten czas moje wynagrodzenie wzrosło jedynie symbolicznie, wciąż pozostając na poziomie SMIC-u, czyli francuskiej płacy minimalnej. Nie poszalejesz w Paryżu z taką kasą, nie pójdziesz do knajpy z kolegami z „Le Monde”, „Die Zeit” czy „The Times”. Za to pracy było pod dostatkiem. Dobrej pracy: pisanie uważam za najbardziej szlachetną formę dziennikarstwa. Inna sprawa, że ta forma oznaczała znowu całkowitą odmianę tempa i trybu życia w porównaniu z poprzednim zajęciem. Czyli głównie siedzenie w domu przy telefonie i klawiaturze w celu dostarczania kolejnych tekstów niecierpliwej redakcji. Z czasem na teksty z zagranicy robiło się coraz mniej miejsca na kolumnach, świat w papierowej gazecie lilipuciał, a i sama gazeta się kurczyła. Redukcje zatrudnienia były kwestią czasu. Tempo wyznaczał rynek, podbijany przez nowe media.
Zawiadomienie o zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” naturalnie zabolało, oznaczało jeszcze jeden zakręt do wzięcia, ale w gruncie rzeczy nie było wielkim zaskoczeniem. Godna zapamiętania, a nawet podziwu, jest wszakże forma, jaką zawiadomienie przybrało. Zadzwonił – rano, a jakże – ówczesny sekretarz redakcji Marek Magierowski. I wygłosił taki mniej więcej mistrzowski statement: – Panie redaktorze, niedawno ponownie wystąpił pan z wnioskiem o znaczącą podwyżkę wynagrodzenia. Uważamy, że jak najbardziej pan na nią zasługuje. Niestety z powodu trudnej sytuacji, w jakiej znajduje się „Rzeczpospolita”, nie możemy zaspokoić pańskich oczekiwań. Dlatego też postanowiliśmy rozwiązać umowę o pracę z panem, tak by umożliwić panu znalezienie zatrudnienia na warunkach, które przyniosą satysfakcję płacową zgodną z pańskimi wysokimi kwalifikacjami zawodowymi”.
Piękny wywód? Przepiękny! Pozbawiamy cię środków do życia w trosce o twoją pomyślność. Nic dziwnego, że Marek Magierowski zrobił karierę w dyplomacji.
MIĘKKIE LĄDOWANIE
Potem nastąpił już nieuchronny powrót. Mógł być dużo trudniejszy, tymczasem dokonał się jako miękkie lądowanie w powstającym kanale Polsat News.
(fot. YouTube/Polsat News, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Osobliwie zrządził los. Nigdy bym nie przypuszczał, że prywatna stacja telewizyjna o ludycznym profilu w swoim kanale informacyjnym umieści i utrzyma program w całości poświęcony sprawom międzynarodowym, ewidentnie misyjny. „Dzień na świecie” (jak się obecnie nazywa) powstał jako pierwszy w Polsce codzienny program o zagranicy, w którym punktem odniesienia nie była tzw. sprawa polska, na siłę z wszystkim łączona. I chyba nadal tylko on zachowuje takie gombrowiczowskie spojrzenie. Gości ekspertów, nie zamienia się w jeszcze jedną trybunę dla polityków; pewnie dlatego omijają go wstrząsy polityczne (czytaj: kadrowe), na jakie podatna bywa stacja matka.
Współtworzyłem „Dzień na świecie” przez 17 lat, za co koleżanki i koledzy z Polsat News wspaniale mi podziękowali, kiedy zdecydowałem się odejść na emeryturę. Tak było lepiej, niż czekać na ten poranny telefon, który przecież niedługo musiałby zadzwonić. Lepiej, niż usłyszeć na korytarzu szepty zza pleców, że dziaders mógłby już zrobić miejsce młodszym.
Sprawy zawodowe mam więc formalnie domknięte. Chociaż niezupełnie, jedna rzecz mnie trapi od dawna. Gdy zatrudniałem się w TVP jako korespondent, poprosiłem w kadrach (obecnie HR) o sprawdzenie, czy przypadkiem mojego „niepowrotu” z Francji nie potraktowano za starego reżimu jako „porzucenia pracy” w zmilitaryzowanym Polskim Radiu. Bo jeśli tak i jeśli z tego powodu miałby czynić mi jakieś wstręty np. ZUS – to ja się będę procesował z komuną, nawet upadłą! Ale pani w kadrach, odnalazłszy moją teczkę, zaraz mnie uspokoiła. „Nie ma problemu, ciągłość pracy jest zachowana, przecież pan został przeniesiony z radia za porozumieniem stron do Teatru na Woli”… Ha, tego się nie spodziewałem. Sprawa pozostaje dla mnie do dzisiaj tajemnicza. Tym bardziej że w Teatrze na Woli – wstyd się przyznać – nigdy nie byłem. Ani wtedy, ani teraz, kiedy nazywa się on nieco inaczej. I na wszelki wypadek wolę się tam nie pokazywać. A nuż zdybie mnie rekwizytor i zażąda zwrotu halabardy?
***
Ten tekst Grzegorza Dobieckiego pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Grzegorz Dobiecki











