Na Press.pl na bieżąco najważniejsze wiadomości o mediach i reklamie  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" na Państwa skrzynki wracamy już w poniedziałek  |  Nie zamówiłeś jeszcze newslettera z newsami, o których potem mówią inni? Kliknij tutaj  |  Od początku maja w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z szefem "19.30" TVP Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce, a także milczenie mediów po tekście o dziwnych praktykach założycieli CD Projektu oraz prawnik "Gazety Wyborczej" – polecamy!  | 

Na Press.pl na bieżąco najważniejsze wiadomości o mediach i reklamie  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" na Państwa skrzynki wracamy już w poniedziałek  |  Nie zamówiłeś jeszcze newslettera z newsami, o których potem mówią inni? Kliknij tutaj  |  Od początku maja w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z szefem "19.30" TVP Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce, a także milczenie mediów po tekście o dziwnych praktykach założycieli CD Projektu oraz prawnik "Gazety Wyborczej" – polecamy!  | 

Na Press.pl na bieżąco najważniejsze wiadomości o mediach i reklamie  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" na Państwa skrzynki wracamy już w poniedziałek  |  Nie zamówiłeś jeszcze newslettera z newsami, o których potem mówią inni? Kliknij tutaj  |  Od początku maja w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z szefem "19.30" TVP Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce, a także milczenie mediów po tekście o dziwnych praktykach założycieli CD Projektu oraz prawnik "Gazety Wyborczej" – polecamy!  | 

Temat: telewizja

Dział: TELEWIZJA

Dodano: Maj 10, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Gwóźdź programu. Edward Miszczak i Michał Marszał o życiu, telewizji i social mediach

– Pamiętam, jak Monika Olejnik w wywiadach, po pracy w radiu, w telewizji potakiwała głową. W telewizji z potakiwania robi się pochlebstwo – mówi Edward Miszczak (fot. Rafał Masłow)

– Wie Pan, ilu ja poznałem już takich, co mi mówili: "Edward, wywieziemy ciebie ciężarówką na śmietnik historii"? Ja mówię: "Chłopaki, na mnie nie trzeba ciężarówki, wystarczy rower. Ja sam spokojnie sobie pojadę, ale jeszcze nie pora!" – mówi dyrektor programowy Telewizji Polsat Edward Miszczak. Rozmawia z nim Michał Marszał.

Edward Miszczak, urodzony 18 marca 1955 roku w Jaśle. Pamięta Pan swój pierwszy kontakt z mediami? To było chyba za późnego Gomułki? Dobrze myślę?

Zacząłem studia na uniwersytecie w siedemdziesiątym piątym…

Ale jako odbiorca mediów.

Największą medialną lekcją, którą dostałem od rodziców, szczególnie od ojca, było wyniesienie telewizora na strych.

Za jaką zbrodnię taka kara?

Kiepsko szło mi w szkole i ten telewizor na strychu był trzy–cztery lata. Nie było żadnej siły, żeby go stamtąd ściągnąć.

I nikt w domu przez to telewizji nie oglądał?

Nikt, rodzice też nie. To wytworzyło jakąś presję, rodzaj czaru. Pracuję jako człowiek mediów od pół wieku. Moja siostra jest dyrektorką programową RMF w Krakowie, a brat – producentem i nadawcą telewizji kablowej w Krośnie.

I wszystko to przez wyniesiony na strych telewizor?

Tak to po latach interpretuję. Nasza droga była długa. Dzisiaj pracuję z ludźmi, którzy są z wielkich miast, są po Harvardzie albo innych zagranicznych studiach, a ja jestem z przedmieść Jasła, więc trochę trwało, zanim się człowiek dopchał do dobrego pociągu, który jechał w stronę Warszawy.

Ja jestem rocznik 1987 i pierwszy raz zobaczyłem Pana w TV w „Celi nr” w 1999 roku. Byłem jeszcze dzieckiem. Rodzice nie pozwalali tego oglądać, więc tym bardziej chciałem. Siedzi niepozorny facet, a naprzeciwko niego – często na wyciągnięcie ręki – najgroźniejsi bandyci w Polsce. Szczególnie zapamiętałem jednego. Celowo zaraził się wirusem HIV i jeszcze potem częstował tym innych. Jaką lekcję dyrektor programowy może wynieść z więzienia?

Pokorę i zrozumienie, że media to nie tylko blichtr, ale przede wszystkim konfrontacja z ekstremalną prawdą o człowieku. „Cela” była dla mnie przyspieszonym kursem psychologii i etyki. W mediach często szukamy sensacji, a ja tam musiałem szukać człowieka. Minister sprawiedliwości Barbara Piwnik miała do mnie pretensje, że „daję ludzkie oblicze zwyrodnialcom”. Ale ja uważałem, że ten program ma ogromny walor edukacyjny. Pokazywałem młodych Polaków, którzy za parę butów czy 10 tys. dolarów marnowali sobie życie, dostając 16 lat w peruwiańskim piekle. Bo jeden przelot z narkotykami w brzuchu wydawał się im niewielkim ryzykiem.

Przy okazji robienia sobie jaj w internecie wylicytowałem kiedyś na WOŚP dzień pobytu w więzieniu w Białej Podlaskiej. Wszystko jak w rzeczywistości: kajdanki, drelich, jedzenie plastikowymi sztućcami, nawet zaglądanie do tyłka, by sprawdzić, czy niczego nie przemycam. Pouczające doświadczenie, zarówno życiowo, jak i dziennikarsko.

Owszem, ta przestrzeń skłania do refleksji. W więzieniu nie możesz wziąć strażnika do celi, bo więzień nie będzie szczery – będzie zerkał na funkcjonariusza. Musiałem zostawać z nimi sam na sam, często ryzykując. Pamiętam więźnia w Brazylii, który tuż przed wejściem kamer dostał cynk od mafii: „Jak jutro będziesz rozmawiał z telewizją, to pojutrze będziesz w worku”. W mediach walka o prawdę często kończy się na etapie montażu, tam ta walka trwała o życie bohatera. Musiałem decydować, czy materiał jest wart jego bezpieczeństwa. To uczy odpowiedzialności za słowo, której dziś w mediach społecznościowych brakuje.

Pomaga to dzisiaj w zarządzaniu ramówką Polsatu?

Naturalnie, praca przy „Celi” nauczyła mnie czytać ludzi. Dowiedziałem się, że morderca jest w stanie wytrzymać swoją wersję historii przez siedem lat, potem psychika pęka i zaczyna się relatywizowanie. To jest wiedza bezcenna przy tworzeniu reality show czy programów publicystycznych. Widzę, kiedy ktoś gra, a kiedy jest autentyczny. Nawet jeśli robimy wielką rozrywkę, to musi być ona oparta na autentycznych emocjach.

Dziś taka „Cela nr” też miałaby wzięcie?

Świat się zmienił, dziś mamy nadmiar bodźców. Kiedyś ukrzyżowanie trzynastu więźniów w Guayaquil, o którym opowiadałem, było tematem na cały kraj. Dziś taka informacja żyje w internecie przez 15 minut. Moim zadaniem w Polsacie jest sprawić, by widz zatrzymał się na programie dłużej. Telewizja musi oferować coś więcej niż tylko szybki news – musi oferować przeżycie. Ale ten reporterski pazur, to szukanie tam, gdzie inni boją się zajrzeć, wciąż we mnie siedzi. To jest ten klej, który sprawia, że telewizja, mimo konkurencji streamingu, wciąż jest najważniejszym medium kreującym masową wyobraźnię.

Zaczęliśmy od kary z telewizorem. Czy jeśli czytają nas rodzice, którzy myślą o medialnej karierze swojego dziecka, to powinni zabrać mu smartfon i oddać dopiero za kilka lat?

Nie, bo jak ci jest pisane, że poczujesz boski dotyk, to i tak będziesz do wyższych rzeczy stworzony. Tworzę gwiazdy, to nie jest masowa produkcja. Ja to roboczo określam: „musi cię Bozia lubić”. Jesteś wierzący czy niewierzący, nieważne, musisz poczuć dotyk Wielkiego Imperatywu.

Jak się tworzy gwiazdy?

Znam cztery, pięć nazwisk aktorskich, które sprzedadzą każdy serial masowej publiczności. Jest jakimś polskim dramatem, że gdy pojawiają się większe budżety, to wszędzie muszą być te same duże gwiazdy. A ja uważam, że miks – mamy trzy, cztery duże nazwiska, a obok dodajemy trochę młodszych ludzi, żeby zostali pociągnięci przez tych wielkich – to jest najlepsze rozwiązanie. Trzeba dać szansę młodym, żeby dostali się na ten swój pociąg z Jasła do Warszawy.

Przylgnęła do Pana opinia, że stwarza Pan ludzi mediów.

Daję szansę, ale to oni sami muszą ją unieść. Moja szkoła to był RMF – pierwsze niezależne radio, gdzie Stanisław Tyczyński uczył nas, że program jest świętością. Tam nie liczyły się pieniądze, liczyła się kreacja i szybkość. W RMF zrozumiałem, że samo słowo to za mało – musi być wsparte wielkim marketingiem, „Inwazją mocy”, uderzeniem.

Press

(fot. Rafał Masłow)

Jak to wyglądało?

Pamiętam pożar krakowskiej Filharmonii. My nadawaliśmy na żywo, czuliśmy ten dym w mikrofonach, a w tym samym czasie Polskie Radio zapraszało na wieczorny koncert, który właśnie przestał istnieć. To była lekcja, że media to życie, które dzieje się tu i teraz. Marcin Wrona był wtedy jeszcze studentem pierwszego roku. Biegał pod tą Filharmonią, a strażacy mówili mu na antenie bez ogródek, że sytuacja jest „chujowa”. Tak wyglądał prawdziwy live.

Korzysta Pan z TikToka?

Nie.

Z Instagrama?

Też nie. Tam nie ma treści dla mnie, ale mam swoich ulubionych youtuberów, np. profesora Antoniego Dudka. Mam Spotify z podcastami, a incognito wchodzę na X. Z TikToka i Instagrama korzystam dzięki mojej żonie Ani. Nie oglądam też np. wszystkich kanałów tematycznych, ale wiem, która widownia co ogląda.

A zbriefowali Pana, kim ja w ogóle jestem? Pracowałem dla Jerzego Urbana w „Nie”, potem zająłem się social mediami i sam w gaciach z komórką na kanapie przeganiałem w zasięgach TVN 24. Dlatego z „Press” zadzwonili, żebyśmy porozmawiali o współczesnych mediach.

Wiem, wygooglowałem Pana dokładnie.

Gdy Polsat robi nabór do nowego „Tańca z gwiazdami”, kto decyduje o ostatecznym doborze gwiazd internetu? Ci młodzi ludzie z milionami followersów, jak Bagi, są Panu w jakikolwiek sposób znani? Czy ludzie drukują Panu internet, jak Kaczyńskiemu?

Wprowadzają mnie w temat, a potem zdaję się na swoje doświadczenie. Weźmy wczesny RMF. Bogdan Rymanowski, Andrzej Sołtysik, Ewa Drzyzga, Marcin Wrona. To były dzieci. Z mamą Marcina Wrony układałem dyżury Marcina, bo studiował na pierwszym roku anglistyki. Zresztą do dzisiaj mi chyba nie wybaczyła, że nie skończył studiów. No, ale został korespondentem w Waszyngtonie, a mógł być nauczycielem angielskiego w Niepołomicach. Wtedy zrozumiałem, że bez ludzi, którzy muszą się pokazać na froncie, nic nie zrobimy. I z tą myślą spotkałem się z następnym fajnym nauczycielem, którym był Mariusz Walter, a który mówił: „Edward, Edi” – różnie się do mnie odzywał – „nie kupimy tylu wielkich, znanych osób. Musimy zacząć produkcję sami”.

Łatwo kreowało się gwiazdy w początkach TVN?

To była maleńka stacyjka, kilka plam zasięgu na mapie. Dziś myślę, że te małe nadajniki były dla TVN tym, czym dla mnie osobiście wyniesienie przez tatę telewizora na strych. Bo nie byliśmy pewni dotarcia, musieliśmy dać dobrej jakości program, żeby widzowie zechcieli przyjść. Pamiętam, jak po otwarciu stacji przyszły pierwsze wyniki TVN. Cały rynek się śmiał. A ja mówię do prezesa Waltera: „Ja jestem już po takiej historii. Niech pan się nie denerwuje. Jest dopiero dwunasta w południe, a jak będziemy o dwudziestej wieczorem, to będziemy mieli swoją wielką widownię”.

Wielu widziało już Miszczaka na emeryturze, a tu proszę: czwarty rok w Polsacie leci i hamulca Pan nie wciska.

Tu zastała mnie zupełnie inna rzeczywistość. W TVN było dużo miksów zagranicznych, bez przerwy zmieniał się któryś z właścicieli, cały czas trwało szukanie trupa w szafie. Przeszedłem chyba osiem wersji sprzedaży. A tu zawsze było spokojnie, jak to w polskim, rodzinnym biznesie. Dlatego właściciel trochę na mnie polował i od czasu do czasu dzwonił z pytaniem, czy już jestem gotowy na przejście. Zadzwonił raz w bardzo trudnym dla mnie momencie i wtedy pomyślałem sobie – może to jest fajna zmiana pod koniec mojej drogi zawodowej. Tylko że on tu długo po moim przyjściu nie porządził. Przeżyłem w życiu intronizację trzech delfinów: młodego Wejcherta, młodego Waltera i teraz młodego Żaka. Zrozumiałem siłę mediów społecznościowych, siłę YouTube’a i siłę influencerów. I wie Pan, to jest nieprawda, że telewizja umiera.

Internet twierdzi, że umiera.

To jest nieprawda, bo telewizję mam tu, w telefonie. Telewizja jest cały czas ze mną. Oczywiście, że streaming zmienił rzeczywistość telewizyjną. Ale też streaming wie, że wprowadził zasady trudne dla niejednego widza. Widzi Pan ten obrazek? [Edward Miszczak pokazuje zdjęcie na ścianie, na którym są bohaterowie programu „Nasz nowy dom” – red.]. To jest moja widownia. Zanim oni w streamingu znajdą to, co chcieliby oglądać, już mają dość. Zresztą nie tylko oni, sam kiedyś wiedziałem, gdzie jest który serial i który to sezon, a dzisiaj muszę przyznać, że nie mam pojęcia. Wszystkiego jest po prostu za dużo.

Polsat konkuruje dziś już nie tylko z Netflixem, z YouTube’em, z audiobookami, ale nawet z takim niepoważnym graczem jak ja. Wszyscy walczymy o uwagę widza. Doba ma 24 godziny, a bodźców jest co nie miara.

Bez przerwy myślę, jak za tym widzem chodzić. To jest tak – jeśli ja go mam rano, bo próbuję zbudować pasmo poranne, muszę mu dawać shorty, krótkie materiały, bo rano nie ma czasu na dłuższe. Wieczorem mogę mu dać wielkie programy rozrywkowe, „Taniec z gwiazdami”. Gdy przyszedłem tutaj, miał 7 proc. udziału w rynku, teraz ma 14 proc. I najważniejsza historia, którą dzisiaj wyznaję prawie jak wiarę: że kończy się czas walki o zasięgi. Zaczyna się model emocjonalnego stosunku do kontentu. Jeśli to, co jest na tym ekranie, mnie nie obchodzi, to mam to w nosie. Ale jeśli znajdę w telewizji historię swojej córki, historię swojego syna czy swoich rodziców, to będę oglądał.

Press

(fot. Rafał Masłow)

Ale każdy ma swoich bohaterów. Innych babcia przy serialu, a innych wnuczek z TikTokiem w łapie.

Myślę, że „Taniec z gwiazdami” to jest jedyny moment, dla niektórych rodzin w tygodniu, kiedy są razem. Wnuczka tłumaczy babci, kto to jest influencer, a babcia tłumaczy, kim jest Majka Jeżowska albo aktorka z „Klanu”. Więc jest o czym porozmawiać. Nie zgadzają się z werdyktem jurorów, mają odmienne zdanie. To jest cały czas osaczanie widza, cały czas nakłanianie go: „To ja, jestem telewizją dla ciebie”. A potem dopiero zaczyna się Facebook dla mam, Instagram, TikTok dla młodszych – wszędzie tam „Taniec z gwiazdami” rozwala system. Ten „Taniec z gwiazdami”, który ponoć jest starą telewizją, jest wszędzie z naszymi widzami – od rana do wieczora przez siedem dni w tygodniu. Dlatego uważam, że ludzie oglądają dzisiaj o wiele więcej niż dziesięć czy pięć lat temu.

Ja już w telewizji niewiele dla siebie widzę, no może poza TVN 24 lecącym w tle. Gdzie indziej przeniosło się moje centrum uwagi.

To, co może Pan cenić najbardziej, to wolność.

Tak, mam absolutną wolność – zarówno jako nadawca, jak i odbiorca.

Wie Pan, ilu ja poznałem już takich, co mi mówili: „Edward, wywieziemy ciebie ciężarówką na śmietnik historii”? Ja mówię: „Chłopaki, na mnie nie trzeba ciężarówki, wystarczy rower. Ja sam spokojnie sobie pojadę, ale jeszcze nie pora!”. Telewizja dzisiaj to jest ekran smartfona.

Jak Pan podkradł „Milionerów” TVN?

Gdy zobaczyłem, że oni z tego rezygnują i że produkt mam prawnie wolny na rynku, to nie wziąłem zwyczajnie „Milionerów”, ale przejąłem ich z przytupem. Była wielka przeprowadzka, kilka tirów program przewoziło, daliśmy ogromny plakat Huberta Urbańskiego na akademiku w Warszawie. Zrobiliśmy z tego show.

Piotrek Kędzierski będzie w tej edycji „Tańca z gwiazdami”. Gratulowałem mu, bo musi trochę wyjść z cienia Kuby Wojewódzkiego.

Powiedziałem do niego: „Piotruś, w drugim odcinku ktoś musi odpaść”. „O nie, ja pokażę, że to będzie nieprawda!”. I wiem, jak ciężko pracuje na treningach, przykłada się wzorowo.

Ja bym na jego miejscu próbował zostać drugim Karolakiem.

Zero tańca, a doszedł prawie do finału. Miałem ogromne dyskusje z jurorami na temat Karolaka. Mówiłem: „Rany boskie, to nie jest turniej tańca towarzyskiego w Olsztynie, to jest show telewizyjne. Nie oceniajcie go jako tancerza, ale oceńcie to, jakie robi postępy i jaki tworzy show”.

To może jednak zainstaluje Pan Facebooka, Instagrama, TikToka?

Świadomie zrezygnowałem, dlatego że jak tam wchodziłem, to miałem albo za dużo inwektyw, albo za dużo próśb o pracę, bo moi koledzy prosili, żeby zająć się ich dziećmi. Więc pomyślałem sobie, że to mi będzie tylko utrudniać i przeszkadzać.

A na YouTubie dużo czasu Pan spędza?

Dużo, ale prywatnie. Tam żyję, ale na jakimś fałszywym koncie oczywiście, żeby nie pokazywać się publicznie. Myślę też, że przeszliśmy jako stacja jakąś dyskusję. W TVN content był szybko udostępniany, z kolei w Polsacie obowiązywała zasada: „content jest nasz”.

No tak, ta Ipla… Teraz wiem, że „Świat według Kiepskich” wlatuje na otwarty YouTube.

Zarząd zmienił w tej sprawie decyzję. Staliśmy się otwarci na YouTube. Już dzisiaj widać błyskawiczną poprawę wyników. Jesteśmy fabryką contentu. Wystarczy go zmodyfikować i inaczej przepakować. Wszyscy mówią: „koniec” – tak mnie to strasznie denerwuje – „koniec tradycyjnej telewizji”. Nie, modyfikacja dystrybucji. Ruchome obrazki będą oglądane już zawsze. Proszę zobaczyć, ile mamy contentu sportowego. Polsat zawsze stał sportem, na razie jeszcze platformy streamingowe tam nie weszły. Ale proszę pamiętać, że my jesteśmy stacją komercyjną, tutaj nie pracuje się tylko w Wordzie, pracuje się też w Excelu. My dzisiaj w programie musimy pracować na dwóch pozycjach, pomagać działowi sprzedaży telewizji. My musimy im podpowiadać lokowanie produktu, tworzyć takie historie, żeby ogłoszeniodawca był nimi zainteresowany. Tu nie ma takiego chińskiego muru, jakim przed laty chwaliła się Agora. A potem się okazało, że jednak trochę dziur było w tym murze.

Uruchamiam teraz kanał na YouTubie i wziąłem do siebie byłego naczelnego Gazeta.pl Rafała Madajczaka, twórcę ASZdziennika. Poznaliśmy się w zabawny sposób, bo 1 kwietnia zostałem dla żartu redaktorem naczelnym Gazeta.pl. Na prima aprilis zrobiliśmy dowcip, że niby ja go zwalniam, a siebie tam zatrudniam. I dwa miesiące później naprawdę go zwolnili.

I bardzo dobrze, że wziął go Pan do siebie.

Mówię o tym nie bez powodu, bo zmiany kierunków w mediach trwają non stop. Polsat odrobił lekcję i idzie w otwarty internet. Krzysztof Stanowski, rok temu krytyk istnienia telewizji, sam ją teraz uruchamia. I dokłada portal, a portale też podobno umierają.

Pamięta Pan, jak WP próbowała stworzyć swoją telewizję, Onet próbował stworzyć swoją telewizję i okazało się – a dyskutowałem z nimi wszystkimi i każdy z nich się ze mnie podśmiewał – że wszystko się posypało. Myślę, że jeśli Stanowski będzie to budował sam, to też wiele nie zrobi.

Press

(fot. Rafał Masłow)

A kiedy ostatnio Pan gazetę w kiosku kupił?

Ja nie kupuję w kiosku, bo mam sporą paczkę w Polsacie, więc nie muszę.

Czyta Pan jeszcze papier?

Czytam bardzo dużo. Uwielbiam papier, ale też siedzę w necie. Ja sobie tak posegmentowałem dzień, że wystarcza mi czasu na wszystko.

Bieżącą politykę Pan śledzi?

Głównie pod kątem medialnym. Weźmy niedawny wywiad pani prezydentowej dla TVN 24. Nie była przez swoich współpracowników przygotowana. Wystarczyło popracować z nią dwie godziny, to sprostałaby każdej sytuacji. Tylko trzeba nauczyć patrzenia, jak trzymać głowę, jak się ruszać – to w telewizji jest strasznie ważne. Pamiętam przesłuchania na komisjach śledczych w Sejmie. Wie Pan, co było najgorsze? Najgorsze były drżące ręce. Bo każdy to przeżywa, jakieś emocje się udzielają. Wystarczyło wziąć fajne pióro albo długopis. Już jest czym się bawić, ręce nie drżą, bo Pan palce trzyma położone na długopisie. Można go przerzucać, można delikatnie postukać. No, jednym słowem jest wiele patentów. Nigdy dziennikarz radiowy nie usiądzie na pełnym krześle, bo ma przeponę przygiętą do nóg. Każdy prawdziwy dziennikarz radiowy ma rozsunięty rozporek i siedzi na półdupku, na kawałku krzesła, żeby przepona pozwalała mu pływać głosem. Wielu dziennikarzy radiowych pomaga sobie rękami. Potem to zostaje w telewizji. Pamiętam, jak Monika Olejnik w wywiadach, po pracy w radiu, w telewizji potakiwała głową. Wszyscy radiowcy to mamy, a w telewizji nie może Pan kiwać głową, tylko musi Pan albo patrzeć sokolim wzrokiem, albo zagrać twarzą Judasza. W telewizji z potakiwania robi się pochlebstwo. W radiu nikt tego nie widzi.

Telewizja Republika odniosła sukces? Jak Pan to odbiera?

Tak, uważam, że to jest ogromny sukces, tylko jednak coś tam finansowo nie wyszło. Stale muszą zbierać od widzów.

W Wordzie im wyszło, w Excelu nie.

Myślę, że tak mogło być. Z drugiej strony wydaje mi się, że jest 10 mln Nawrockiego, 10 mln Trzaskowskiego, a 8 mln zostało bez przydziału. My w Polsacie zawsze szliśmy środkiem.

No właśnie, da się to zauważyć. Czasem z przechyłami.

I jesteśmy taką telewizją, którą ciągle ktoś atakuje – a to lewica, że prawicowa, a to prawica, że lewicowa. Oglądam Republikę i uważam, że budują sobie niepotrzebny szklany sufit, dlatego że...

Są zbyt sekciarscy?

To trochę tak jak z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Ludzie mówią o wielkiej sile politycznej, ale ja tutaj mam codzienne badania. I tam tych wników nie ma. Śladowe ilości, więc to raczej taki nadmuchany koń trojański i jakaś flaga, którą można pomachać, będąc partią polityczną. Oczywiście, czasem jeszcze troszkę tęsknię, żebyśmy w Polsacie mieli więcej własnych, dobrych newsów, bo zawsze ci, co idą środkiem, dostają w czub, a ci, co są na flankach – niezależnie, czy po lewej, czy po prawej – mają łatwiej, lepiej, bo każdy wyznawca zaczyna od nich, a dopiero potem sięga do nas. Ale jeśli chodzi o rozrywkę, to udało nam się już dopaść okolice TVN.

Ogląda Pan TVN na co dzień?

Kiedy przeszedłem do Polsatu, to miałem taki nawyk, żeby wciskać TVN na pilocie. Dużo oglądam telewizji, ale też dużo grzebię w necie, ciągle słucham radia. Mam też rewelacyjny sprzęt audiofilski, więc troszkę grzebię w starociach, ale takich, co przetrwały do dzisiejszego dnia. Lubię sam posłuchać muzyki. Mam młodą żonę, więc muszę też pracować nad swoim wyglądem fizycznym. Jak ktoś przychodzi do mnie i jakąś wazelinkę odstawia, to mu mówię: „Najpierw mnie pochwal”.

A dużo ma Pan tej wazelinki codziennie?

Jak się już tyle lat kierowało samochodem, to wie Pan, gdzie można przyspieszyć, a gdzie jest radar i trzeba zwolnić. Przez całe lata miałem dom w Krakowie. Moja pierwsza żona wychowywała tam dwóch naszych synów. Byłem weekendowym tatą, który przyjeżdżał, wymierzał sprawiedliwość, toczył długie rozjemcze rozmowy. Przeczytałem kiedyś w „Super Expressie”, gdy pracowałem jeszcze w RMF, że mój syn w jakiejś sondzie w szkole, bo akurat trafili na niego, powiedział: „O czym marzysz w Dniu Dziecka?”, a on powiedział: „Żeby być reporterem ojca, bo miałby dla mnie więcej czasu”. To jest ta cena. Mój syn ma dzisiaj prawie 40 lat i własne dzieci. I myślę, że powolutku do niego dociera, że nie da się bez żadnej szkody pogodzić tych dwóch światów.

Na szczęście dotrwaliśmy z żoną do końca jej obecności na ziemi. Obiecała, że poszuka mi nowej partnerki, bo inaczej zapiję się na śmierć – to były jej ostatnie słowa. No i słowa dotrzymała. Mam cudowną żonę, dzięki niej… Wie Pan, mam 70 lat. Codziennie jestem w pracy o dziesiątej, a wychodzę koło dwudziestej.

Press

(fot. Rafał Masłow)

EDWARD MISZCZAK – Urodzony 18 marca 1955 roku w Jaśle, absolwent technikum elektrycznego w Krośnie i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W czasie studiów pracował w radiu studenckim, potem w Radiu Kraków. Od 1990 roku dyrektor anteny, a potem wiceprezes zarządu RMF FM. W 1997 roku przeszedł do telewizji Wisła, w następnym roku został dyrektorem programowym TVN. Prowadził programy: „Ludzie w drodze”, „Urzekła mnie twoja historia”, „Cela nr” oraz „Cela”. Pełnił funkcję wiceprezesa zarządu spółki akcyjnej TVN (2004–2009, 2018–2020[2]). Dołączył również do zarządu spółki TVN Grupa Discovery[3]. Z kierowniczych funkcji w TVN zrezygnował w 2022 roku. W tym samym roku ogłoszono jego powołanie na stanowiska wiceprezesa zarządu i dyrektora programowego Polsatu (od stycznia 2023). Był żonaty z Małgorzatą (zm. w 2019), ma dwóch synów: Szymona i Szczepana. W 2021 roku zawarł związek małżeński z Anną Cieślak. Laureat Super Wiktora, wieloletni juror konkursu Grand Press. W 2014 roku otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Press

(fot. Rafał Masłow)

MICHAŁ MARSZAŁ – Rocznik 1987. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2008 roku dziennikarz tygodnika „Nie”, od 2017 roku z sukcesem prowadził social media tego tygodnika. Od 2022 roku działa na własne konto pod adresem instagram.com/michalmarszal Śledzi go prawie pół miliona ludzi, miesięcznie jego twórczość notuje ok. pół miliarda odsłon. Teraz uruchamia kanał na Youtubie.

Pytałem Pana współpracowników, kto pierwszy przychodzi i wychodzi.

Odwalam rano całą serię telefonów, maili. Po co mam przychodzić do biura, wolę posiedzieć w domu, więc zaczynam koło ósmej. Potem auto albo taksówka i jadę tutaj. Tu mam zaplanowaną każdą minutę. I nie da się z tego zrezygnować, bo jak Pan nie naoliwi…

A wróciłby Pan jeszcze do TVN, jakby teraz taka propozycja padła?

Nie, to jest już inny TVN niż za moich czasów. Teraz jestem w swoim Polsacie i po prostu robię to, co kocham.

Pańskim wrogom mogę przekazać, że Pan się jeszcze do grobu nie wybiera?

Kiedy będzie mój grande finale, zależy głównie od zdrowia. Dlatego dzisiaj dbanie o nie zajmuje mi najwięcej czasu. Ale moim wrogom proszę przekazać, że Miszczak jeszcze długo będzie dla nich gwoździem w tyłku.

Make-up: KATARZYNA WOJTASIK
Produkcja: ULA CHRZĄSTOWSKA

 ***

Ta rozmowa Michała Marszała z Edwardem Miszczakiem pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Press

Michał Marszał

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.