Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku stycznia w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Michał Przedlacki Dziennikarzem Roku 2025, afera z książką Opolskiej, a także „Tygodnik Powszechny” wchodzi w nową erę i kto zarabia na AI – polecamy!  | 

Temat: prasa

Dział: WYWIADY

Dodano: Styczeń 11, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

"Nikt ci nie powie, co masz robić". Rozmowa z Antonim Słodkowskim z Agencji Reutera

– Mamy w Reutersie staromodne zasady. Nawet prowadząc własne konto na X, nadal reprezentujemy agencję i stronimy od wygłaszania własnych opinii, zwłaszcza na tematy, którymi zawodowo się zajmujemy – mówi Antoni Słodkowski (fot. Gilles Sabrié)

– Czuję się zaszczycony, że dostałem Pulitzery, ale najważniejsza jest dla mnie praca, którą wykonuję – mówi w okładkowej rozmowie z magazynem „Press” Antoni Słodkowski, dziennikarz Agencji Reutera. Rozmawia z nim Marta Zdzieborska.

Nie skończyłeś czterdziestki, a masz na koncie dwa Pulitzery, jesteś głównym korespondentem politycznym Reutersa w Pekinie, szefowałeś Reutersowi w Birmie, byłeś zastępcą w Japonii i pracowałeś też w „The Financial Times”. Co Cię tak napędza do pracy?

Po prostu lubię pracować. Szczególnie na początku mojej kariery wydawało mi się, że wszyscy wokół harują po 20 godzin na dobę i zarywają noce, bo taki wzór wyniosłem z domu. Moja mama bardzo ciężko pracowała, jest perfekcjonistką, być może czasem aż do granicy szaleństwa.

Czym się zajmowała? Bo Twój tata, Wojciech Słodkowski, był znanym i cenionym łódzkim dziennikarzem.

Mama zajmowała się głównie marketingiem. Przez długie lata pracowała w urzędzie miasta, gdzie odpowiadała za promocję Łodzi, a potem w prywatnej firmie produkującej okna. A wracając do tego, co mnie napędza, to bardzo lubię swoją pracę i jestem ciekaw świata. To dla mnie wyróżnienie, że mogę teraz pracować w Chinach, uczyć się języka i przekazywać innym, co myślą tutejsi ludzie.

W Twojej karierze nie napędza Cię na pewno chęć autopromocji. Polski Rotary Club pisze, że jesteś „najwybitniejszym polskim dziennikarzem zajmującym się sprawami zagranicznymi”, ale zaraz dodaje: „Antoni Słodkowski nie jest w Polsce bardzo znany”. 

Moje artykuły i moja praca powinny mówić same za siebie. Szczerze mówiąc, ciągła obecność w mediach społecznościowych mnie nie interesuje. Nie mam profilu na Instagramie, nie ma mnie na Facebooku. Uważam, że social media są szkodliwe dla zdrowia psychicznego, i nie korci mnie, żeby tam być.

Dlaczego się nie promujesz? Czy to wynika z Twoich cech charakteru, czy raczej ze standardów pracy w Agencji Reutera?

Rzeczywiście mamy w Reutersie staromodne zasady. Nawet prowadząc własne konto na X, nadal reprezentujemy agencję i stronimy od wygłaszania własnych opinii, zwłaszcza na tematy, którymi zawodowo się zajmujemy. Zgodnie z zasadami Reutersa mamy być uczciwi, bezstronni i obiektywni. A prywatnie uważam, że nieuczestniczenie w codziennej sieczce w mediach społecznościowych pomaga w pracy i ocenie rzeczywistości. 

Gdyby jakakolwiek redakcja w Polsce miała laureata dwóch Pulitzerów, nie przestawałaby o tym mówić ani pisać. Wyskakiwałbyś tam z każdej redakcyjnej lodówki. 

Chciałbym zaznaczyć jedną rzecz – to dla mnie ważna nagroda i nie chcę jej umniejszać. Czuję się zaszczycony, że dostałem Pulitzery, ale najważniejsza jest dla mnie praca, którą wykonuję. Zresztą łatwiej mi rozmawiać o moim pierwszym Pulitzerze, bo byłem siłą napędową nagrodzonego śledztwa. Jako szef biura Reutersa w Birmie zatrudniłem ludzi, którzy ujawnili kulisy zabójstwa dziesięciu muzułmanów z mniejszości Rohingja. Ta lub inne nagrody nigdy nie były jednak dla mnie celem samym w sobie.

Skupmy się zatem na Twoich początkach. W wywiadzie dla „The Rotarian” mówiłeś, że rok wymiany młodzieżowej w Osace ukształtował Twoje życie.

Znajomy mojej mamy, Andrzej Jaskólski, jest członkiem Rotary w Łodzi i to on, gdy byłem nastolatkiem, zachęcił mnie do aplikowania na wyjazd do Japonii w ramach rotariańskiej wymiany młodzieży. Miałem wtedy szesnaście lat i ta podróż była skokiem na głęboką wodę. Wcześniej gdzieś tam podróżowałem, ale to był wyjazd do Azji, i to jeszcze w czasach, gdy Skype dopiero wchodził na rynek. Zresztą na pewno dobrze to pamiętasz, bo jesteśmy z tego samego rocznika.

Pamiętam, że nawet po wejściu Skype’a na rynek i tak trzeba było korzystać w Azji z kawiarenek internetowych, bo przecież nikt nie miał smartfona.

Dokładnie, ten wyjazd do Osaki był dla mnie niesamowicie głębokim doświadczeniem. Pochodzę z rozbitej rodziny, a tu nagle zamieszkałem z rodziną państwa Dojów oraz z trzema innymi rodzinami, z którymi bardzo się zaprzyjaźniłem. W Osace chodziłem do japońskiego liceum i uczyłem się japońskiego w szkole językowej. 

To po tej wymianie w Osace zdecydowałeś się na japonistykę na Uniwersytecie Londyńskim?

Tak, chciałem poznawać świat i studiować poza Polską. 

W 2008 roku, podczas studiów w Londynie, wyjechałeś na kolejną wymianę do Japonii, tym razem na Keio University. W tym samym czasie robiłeś staż w anglojęzycznym dzienniku „Japan Times”. Jak to pogodziłeś? 

Może zacznę od tego, że ta wymiana na Keio University była obowiązkowa i każdy musiał wyjechać. Po kilku miesiącach pobytu w Tokio pomyślałem, że jestem już na trzecim roku studiów i przydałoby się odbyć w końcu jakieś praktyki. A że nie umiałem robić nic poza dziennikarstwem, to próbowałem zaczepić się na staż w „Japan Times”, co nie było łatwe. Gdy w końcu się zgodzili, zorganizowałem sobie to tak na uczelni, żeby mieć zajęcia dwa czy trzy razy w tygodniu. W tym czasie jeszcze pracowałem, bo przez światowy kryzys finansowy i zawirowania na rynku walut straciłem około jednej trzeciej stypendium: jen poszybował, a funt brytyjski, w którym miałem wypłacane pieniądze, poleciał mocno w dół. Żeby jakoś się utrzymać, pracowałem jako kelner. 

Ile godzin byłeś na nogach?

Czasami rano szedłem na zajęcia, potem do redakcji „Japan Times”, a następnie od 18 do w 2 nocy pracowałem w restauracji. Najgorzej było, gdy miałem podwójną zmianę i musiałem pracować do szóstej rano.

Jak się wkręciłeś na staż w „Japan Times”?

Nie przyjmowali wtedy stażystów, napisałem więc do nich e-mail z pytaniem, czy mnie przyjmą. Gdy nie odpisali, zadzwoniłem i powiedziałem, że bardzo mi zależy. Ostatecznie przyjęli mnie do działu politycznego, gdzie pod skrzydła wzięła mnie Natsuko Fukue, dziś dziennikarka agencji AFP w Tokio. Chodziłem z nią na wywiady i potem je spisywałem. To była akurat końcówka kampanii wyborczej w Japonii. Pamiętam, że w jednym ze swoich pierwszych tekstów tłumaczyłem, czym jest Twitter i że pomaga on japońskim politykom w dotarciu do młodych wyborców.

Press

(fot. Gilles Sabrié)

Przeskoczmy do 2010 roku, gdy zaczynałeś pracę w biurze Reutersa w Tokio. Jak się wchodzi do takiej agencji, gdzie pewnie wielu ekspatów chciałoby pracować? 

To była ciekawa historia. Za namową jednego z moich profesorów na Uniwersytecie Londyńskim zgłosiłem się na letnie praktyki w Reutersie. Jednak nikt nie odpowiadał, więc zacząłem się stresować, że na kilka miesięcy przed ukończeniem studiów nie mam żadnej perspektywy. Wtedy przypomniałem sobie, że pod koniec stażu w „Japan Times” powiedziano mi, że jeśli nie będę miał innych planów i będę chciał z nimi pracować, to mam się odezwać. Na szczęście zareagowali entuzjastycznie i zaproponowali mi pracę, pod warunkiem że zdam na miejscu egzamin z języka japońskiego. „Japan Times” ma takie wymagania, bo to tradycyjna japońska firma. Miałem lecieć do Tokio w kwietniu 2010 roku. Przysłali mi już nawet bilet lotniczy, ale wybuchł wulkan na Islandii i wstrzymano loty w całej Europie. 

I gdzie w tej historii Reuters?

Już mówię. Siedzę uziemiony w Londynie i nagle dostaję e-maila od Reutersa z pytaniem, czy nie chciałbym zrobić letnich praktyk w redakcji w Tokio i czy jestem gotowy szybko przystąpić do egzaminu kwalifikacyjnego przez internet. Zgodziłem się i przeszedłem pomyślnie egzamin oraz rozmowę rekrutacyjną. Miałem dylemat, czy dalej dogadywać się z „Japan Times”, czy jednak postawić na Reutersa. Ostatecznie wybrałem agencję, licząc na to, że te praktyki zakończą się zdobyciem etatu. 

Docierasz wreszcie do Tokio i co dalej?

Przez to, że zaryzykowałem i odpuściłem sobie pracę w „Japan Times”, byłem mocno zdeterminowany, żeby się wykazać i zaczepić w Reutersie na stałe. Już pierwszego dnia przyszedłem z propozycją tematów, którymi chciałbym się zajmować. To zresztą szkoła mojego taty. Powtarzał, że jeśli jesteś dziennikarzem, to nikt ci nie powie, co masz robić. To nie praca w banku. Pamiętam, że codziennie pisałem bardzo dużo tekstów. To popłaciło, bo przedłużano mi praktyki kilka razy, a pod koniec praktyk pojawił się wakat w redakcji zajmującej się gospodarką. Zaaplikowałem na to stanowisko i tak się wszystko zaczęło.

Jaki był Twój największy sukces w tamtych czasach?

Praca przy śledztwie o zaangażowaniu mafii w odbudowę Japonii po tsunami i katastrofie w Fukushimie.

Dostałeś za to śledztwo nagrodę Reuters Story of the Year. A jaka była Twoja pierwsza porażka?

Też była związana z Fukushimą. Gdy w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami 11 marca 2011 roku doszło do awarii w elektrowni jądrowej, było mi żal, że to nie ja relacjonuję sytuację na miejscu, tylko muszę siedzieć w redakcji i pisać teksty o giełdzie. Nie dziwię się jednak, że nikt mnie wtedy nie wysłał w teren, bo na etacie byłem zaledwie od czterech miesięcy.

Jak to się stało, że jeszcze przed trzydziestką zostałeś szefem biura Reutersa w Birmie? 

Po prawie pięciu latach pracy w Japonii chciałem spróbować życia w innym kraju. Ubiegałem się o etat w biurze Reutersa w RPA, ale się nie dostałem. Złożyłem więc papiery na głównego korespondenta w Birmie, która od kilku lat była moją miłością. Pierwszy raz pojechałem tam podczas stypendium na Keio University. Potem wybrałem się jeszcze na tajlandzko-birmańskie pogranicze, gdzie zrobiłem staż w organizacji AAPP, nagłaśniającej sytuację więźniów politycznych w Birmie. Z tego wyjazdu powstał reportaż „Niewolnicy z Mae Sot”, który opublikowałem w „Gazecie Wyborczej”.

Kiedy Cię awansowano na szefa biura Reutersa w Birmie?

Już w trakcie rekrutacji podwyższono moje stanowisko do tej rangi. W praktyce była to niewielka zmiana, bo jako główny korespondent w niewielkiej redakcji Reutersa i tak jest się odpowiedzialnym za wszystko. Trzeba zatrudnić fotografa, operatora kamery i znaleźć kilku lokalnych współpracowników. Gdy przyjechałem do Birmy w sierpniu 2015 roku, musiałem szybko rozbudować redakcję, bo już w listopadzie odbywały się pierwsze wolne wybory od ćwierć wieku.

Znów znalazłeś się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Choć nie powiem, że było to łatwe zadanie. Po przyjeździe do Rangunu musiałem zatrudnić nowych ludzi, a część zwolnić. W naszym biurze ze ścian wystawały druty, a mój poprzednik wysyłał artykuły e-mailem, gdy akurat był internet. Czasem musiał iść na drugą stronę ulicy, do hotelu, bo tylko tam działał internet w ciągu dnia. 

Jako szef birmańskiego biura nadzorowałeś wspomniane wcześniej śledztwo dotyczące masakry dziesięciu muzułmanów z mniejszości etnicznej Rohingja. Wasz materiał to część serii reportaży „Mjanma płonie”, za którą w 2019 roku Ty i zespół dziennikarzy Reutersa dostaliście Pulitzera. Kto zgłosił ten materiał do konkursu? Agencja?

Tak. Zrobił to dział dziennikarstwa śledczego w Nowym Jorku. To oni zajmują się aplikowaniem o nagrody.

Jak prowadziło się śledztwo w kraju, w którym dziennikarze są na celowniku władzy?

Pomogło mi w tym wsparcie ze strony doświadczonego dziennikarza Reutersa Andrew Marshalla, który za materiał o prześladowaniu mniejszości Rohingja w Birmie dostał w 2014 roku Pulitzera. Udało mi się znaleźć i zatrudnić niesamowitych lokalnych dziennikarzy, Wa Lone’a i Kyaw Soe Oo. Ten drugi pochodzi z tej samej buddyjskiej mniejszości Arakanów, z której pochodzą ludzie z wioski Inn Din, gdzie doszło do masakry. Mógł więc rozmawiać z nimi jak równy z równym. Moi reporterzy byli w stanie zdobyć od nich zdjęcia.

Na jednym z nich widać dziesięciu mężczyzn tuż przed egzekucją we wrześniu 2017 roku. W wyniku waszego śledztwa birmańskie wojsko wszczęło dochodzenie. Skazano siedmiu żołnierzy zamieszanych w to zabójstwo.

Jeśli się przyjrzeć dokładniej, na zdjęciu, o którym mówisz, widać uzbrojonych mężczyzn, którzy dokonali egzekucji. I tu zdarzył się niesamowity zbieg okoliczności. Gdy już zdobyliśmy zdjęcie od mieszkańców wioski, do Rangunu z okazji wizyty papieża Franciszka ściągnięto ten sam oddział sił bezpieczeństwa, który kilka miesięcy wcześniej brał udział w atakach na Rohingja. Wa Lone wyskoczył z redakcji i pytał żołnierzy na ulicy, czy kojarzą kogoś z tego zdjęcia. W ten sposób udało nam się dotrzeć do sprawców masakry w Inn Din.

Skąd wiedzieliście, że to ten sam batalion, który rozstrzelał w Inn Din dziesięciu mężczyzn?

Bo ósmy batalion, który pacyfikował wioski w stanie Rakhine, na co dzień stacjonuje na północ od Rangunu. Wiedzieliśmy, że to właśnie on został wezwany do ochrony ulic podczas wizyty papieża. Później oczywiście potwierdziliśmy to bezpośrednio u członków tego batalionu.

W trakcie śledztwa dotarliście nie tylko do rodzin ofiar, ale także do osób winnych ich śmierci. Jak udało Wam się namówić tych ludzi do rozmowy? 

Jedni chcieli rozmawiać, bo pękali z dumy, że zabili mężczyzn z mniejszości Rohingja. Chwalili się tym. Innych z kolei męczyło sumienie i nie chcieli, żeby ta tragedia kiedyś się powtórzyła. Część osób z batalionu sił bezpieczeństwa, o którym rozmawialiśmy, przeszło wcześniej szkolenia w Unii Europejskiej, mieli więc inną perspektywę i czuli się źle z tym, co się wydarzyło. 

Ten sam batalion, którego członkowie ułatwili Wam śledztwo, w grudniu 2017 roku dopuścił się prowokacji. W jej wyniku Wa Lone i Kyaw Soe Oo zostali aresztowani i skazani na siedem lat więzienia za nielegalne pozyskanie dokumentów państwowych. Jak się z tym czułeś?

Na początku nie miałem czasu o tym myśleć. O tym, że chłopaki zostały aresztowane, dowiedziałem się od Wa Lone’a. Napisał mi wiadomość na WhatsAppie. Gdy tylko ją dostałem, zacząłem działać. Zadzwoniłem do swojego szefa i szefa odpowiedzialnego w Reutersie za bezpieczeństwo dziennikarzy w Azji Południowo-Wschodniej. Razem z koleżanką z biura dzwoniliśmy też do amerykańskich i brytyjskich oficjeli, rzecznika birmańskiego rządu i wszystkich, których znaliśmy w tym rządzie. Byłem też na komisariacie policji i wymusiłem, żeby zarejestrowano chłopaków jako zaginionych. Wszystko po to, by wojsko dowiedziało się, że my wiemy, że coś się wydarzyło. W przeciwnym razie mogliby ich po cichu zabić. Tym bardziej że to nie było oficjalne aresztowanie. Wrzucono ich do furgonetki i dokądś wywieziono.

Jak wyglądały dalsze starania Reutersa, by ich uwolnić? 

Pracowali przy tym prawnicy w Nowym Jorku i Rangunie. Zrobiliśmy też kampanię na Facebooku – co tydzień jeździliśmy na rozprawy sądowe i opisywaliśmy proces trwający aż dziewięć miesięcy. Do tego jeden z naszych redaktorów opiekował się ich rodzinami. Niedługo po aresztowaniu okazało się, że żona Wa Lone’a jest w ciąży. Ich córeczka Angel urodziła się w czasie, gdy jej ojciec siedział w więzieniu.

Wrócę do tego, jak się czułem. Największym ciosem i szokiem było dla mnie ogłoszenie werdyktu przez sąd. Pamiętam to doskonale. Właśnie skazano moich przyjaciół na siedem lat więzienia, a ja musiałem odłożyć emocje na bok, bo trzeba było jak najszybciej nadać depeszę o ich skazaniu. Ja, który ich zatrudniłem i byłem za nich odpowiedzialny, musiałem ją wysłać. 

Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Męczyło Cię poczucie winy? To Ty dałeś reporterom zielone światło, by poszli na spotkanie z policjantami, którzy mieli rzekomo przekazać im materiały istotne dla śledztwa.  

Na początku tak. Nasze całe biuro było w terapii grupowej, którą sfinansował Reuters. Sam byłem dodatkowo w oddzielnej terapii przez pięć lat. 

To też sfinansował Reuters?

Tak. Dzięki takiemu wsparciu miałem dużo czasu, by przepracować w sobie poczucie winy. Były dwie rzeczy, które pomogły mi przez to przejść. Gdy po raz pierwszy Wa Lone i Kyaw Soe Oo mogli ze mną porozmawiać z aresztu, spytali, kiedy publikujemy nasze śledztwo. Nigdy nie obciążali mnie winą za swój areszt. Wiedzieli, że zachowaliśmy środki ostrożności. Gdy Wa Lone spytał mnie, czy iść na to spotkanie z policjantami, powiedziałem, żeby pojechali we dwójkę z Kyaw Soe Oo, i żeby wzięli z sobą kierowcę, i koniecznie pojechali samochodem służbowym. Cieszę się, że ostatecznie udało nam się przez to razem przejść. Chłopaki dalej pracują dla Reutersa. Są zatrudnieni w redakcji w Toronto.

Informację o przyznaniu Pulitzera Waszemu zespołowi ogłoszono w czasie, gdy Wa Lone i Kyaw Soe Oo siedzieli jeszcze w więzieniu.

Niedługo potem wyszli na wolność. Po odbiór nagrody w Stanach Zjednoczonych polecieliśmy już razem. Pamiętam, że zaraz po wypuszczeniu ich z więzienia pojechaliśmy do Singapuru i musieliśmy szybko im zorganizować wizy do USA.

Press

(fot. Gilles Sabrié)

Gdy zakończyłeś pracę w Birmie, wróciłeś do Reutersa w Tokio, gdzie z czasem zostałeś zastępcą szefa biura. Jak wspominasz tamten okres?

To był ciekawy czas pracy nad śledztwem o podejrzeniach związanych z korupcją olimpijską. Razem z zespołem ujawniliśmy, że pewien biznesmen dostał około 8 mln dolarów za lobbowanie na rzecz zdobycia przez Tokio prawa do organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2020 roku. Jeszcze przed wyjazdem do Birmy w 2015 roku interesowałem się tematem tej olimpiady i mówiłem swoim redaktorom, że jest w tej sprawie coś dziwnego i należałoby się temu przyjrzeć. Chciałem wrócić do Japonii, żeby się tym zająć.

Byłeś zmęczony problemami w Birmie?

To też. To był dla mnie bardzo stresujący czas i czułem, że muszę zmienić otoczenie. Podobnie czuły inne osoby z mojego zespołu.

Niecałe trzy lata po powrocie do Japonii przeszedłeś do „The Financial Times” na stanowisko korespondenta. Skąd ta decyzja?

Usłyszałem od koleżanki z „The Financial Times”, że mają wakat i stwierdziłem, że spróbuję pracy gdzie indziej.  

Czego się tam nauczyłeś i czego dowiedziałeś? Także o sobie.

Że „The Financial Times” to świetna gazeta, ale jednak nie miejsce dla mnie. Pracując w tej redakcji, trzeba produkować sporo artykułów newsowych. Nie miałem tam więc możliwości pracy nad długimi śledztwami dziennikarskimi, co bardzo lubię. 

Przepracowałeś niecały rok i uciekłeś na stypendium dziennikarskie Knight–Wallace na Uniwersytecie Michigan. Potrzebowałeś odpoczynku?

Tak, aplikowałem o to stypendium, będąc jeszcze w Birmie. Już wtedy mój szef poradził mi, żebym postarał się o jakiś wyjazd, bo to odciągnęłoby mnie od traumatycznych doświadczeń związanych z aresztem moich dziennikarzy. Nie mogłem jednak wyjechać, bo Wa Lone i Kyaw Soe Oo siedzieli w więzieniu. A potem dostałem propozycję powrotu do redakcji w Japonii i niedługo później wybuchła pandemia. Jak się okazało, to stypendium było bardzo przełomowe i kompletnie zmieniło moje życie – to właśnie w Michigan poznałem swoją żonę Alexandrę Talty, która jest dziennikarką piszącą o oceanach i klimacie i która mieszka teraz razem ze mną w Pekinie.  

W Twoim życiu jest naprawdę dużo szczęśliwych przypadków. Jak to się w takim razie stało, że po stypendium w USA wróciłeś do Azji, i to znów do Reutersa?

Zaproponowała mi to redaktorka odpowiedzialna za Azję Wschodnią. Chciała, żebym wrócił i pisał dłuższe formy dotyczące tego regionu. Powiedziałem jej wtedy, że chętnie wrócę, ale wolałbym pracować w Chinach, bo o tym kraju sporo już pisałem, gdy pracowałem dla Reutersa w Japonii i Birmie. Zapowiedziałem też, że będę się uczył chińskiego podczas stypendium w Stanach, tak by pojechać do Chin lepiej przygotowanym.

Za pracę dziennikarską w Chinach dostałeś drugą w swojej karierze nagrodę Pulitzera. Jaka była Twoja rola w śledztwie „Fentanyl Express”, ujawniającym kulisy przemytu składników do produkcji fentanylu?

Napisałem artykuł o negocjacjach pomiędzy USA i Chinami na temat zwalczania przemytu fentanylu, wspierałem też zespół w sprawdzaniu informacji i weryfikowaniu adresów firm prowadzonych przez handlarzy, od których nasi dziennikarze z USA i Meksyku zamawiali chemikalia. Moja redakcyjna koleżanka i ja jeździliśmy po Chinach i sprawdzaliśmy, czy pod konkretnym adresem mieści się dana firma. Bardzo często adresy podane przez sprzedawców były fałszywe: albo były to firmy słupy, ale znajdowały się w ogromnych budynkach, gdzie była cała masa biur. Zdarzyło się, że pod wskazanym adresem funkcjonowała firma zajmująca się produkcją zabawek.

W ramach śledztwa Wasz zespół kupował składniki do produkcji fentanylu i wysyłał je kurierem do USA i Meksyku. Z tego, co rozumiem, odbiorcą byli dziennikarze Reutersa. 

Paczki wysyłane były pod różne adresy w Stanach i Meksyku. Nasi reporterzy działali tutaj zgodnie z prawem, bo nie mieli zamiaru wytwarzać fentanylu z zakupionych substancji i nie podjęli żadnych kroków w tym kierunku.

Nikt z zespołu nie zrezygnował z udziału w tym śledztwie? Mogli się przecież bać.

Nie było powodów do obaw, bo nie działaliśmy po partyzancku. Podeszliśmy do tematu bardzo ostrożnie. Wszystko robiliśmy po uzgodnieniu z prawnikami.

Czy jest coś, co prawnicy odradzali Waszemu zespołowi?

Zostałem wprowadzony do tego śledztwa na późnym etapie, więc nie brałem udziału w tych rozmowach.

Szefowie agencji nie wyjaśnili Wam, że agencje prasowe nie zajmują się prowokacją dziennikarską? 

Rola agencji informacyjnych przez lata bardzo się zmieniła. W Reutersie robimy wszystko: od wysyłania alertów giełdowych, po realizację minifilmów dokumentalnych i pracę przy dużych, wieloletnich śledztwach dziennikarskich. I to nie od dzisiaj, tylko od wielu lat. Jeśli jakiś temat jest ważny i w interesie społecznym, to po prostu się nim zajmujemy, oceniając najpierw, czy jego realizacja będzie zgodna z obowiązującymi w Reutersie zasadami uczciwości, niezależności i obiektywizmu.

Czyli nie było żadnych obiekcji ze strony szefostwa agencji?

Uznaliśmy, że warto pokazać problem kryzysu opioidowego w nowatorski sposób. Dużo mówi się i pisze o tym problemie w USA i jak odbija się on na sytuacji w amerykańskich miastach. Jednak było mało materiałów tłumaczących, jak wygląda od środka handel chemikaliami, który napędza ten kryzys. I właśnie to doceniła kapituła Pulitzerów, a także innych konkursów, w których nasz materiał został nagrodzony. 

Czy po tym, jak Ty i Twój zespół dostaliście Nagrodę Pulitzera, miałeś kłopoty ze strony chińskich władz?  

Nie miałem większych problemów, co potwierdza fakt, że w lipcu przedłużono mi wizę dziennikarską na kolejny rok.

Chińskie media państwowe napisały o przyznanych w tym roku Nagrodach Pulitzera?

Nie wydaje mi się, żeby chińskie media szczególnie się tym zainteresowały. W doniesieniach dotyczących Stanów dominowały tematy związane z powrotem Trumpa do władzy. Już w pierwszych tygodniach przewijał się w tym kontekście wątek fentanylu. 

Trump tuż po objęciu władzy oskarżył Chiny o nieudolną walkę z przemytem fentanylu do Stanów Zjednoczonych i ogłosił dodatkowe cła na chińskie towary importowane do USA.

Chińskie władze mocno przeciwko temu protestowały. Opublikowały białą księgę, w której tłumaczyły, że Chiny nie mają z tym nic wspólnego, że dobrze sobie radzą z walką z przemytem substancji do produkcji fentanylu. Sam zresztą opisywałem ten wątek.

W 2020 roku, gdy Trump rządził po raz pierwszy, chińskie władze wyrzuciły z kraju korespondentów „The New York Times”, „The Wall Street Journal” i „The Washington Post”. Czy ostatnie tarcia na linii Waszyngton – Pekin odbijają się już na sytuacji amerykańskich korespondentów w Chinach?

Z moich obserwacji i rozmów z korespondentami z innych mediów wynika, że chińskie władze ostatnio podchodzą wręcz bardziej liberalnie do przyznawania amerykańskim redakcjom wiz krótkoterminowych. Takie wizy na realizację reportaży w Chinach dostali ostatnio na przykład dziennikarze „The New York Times” czy „Washington Post”.

Zagraniczni korespondenci w Chinach są za to trollowani w sieci, grozi im się pozwami, a niektórzy nie dostają nawet wizy dziennikarskiej do Chin i dlatego muszą pracować z Tajwanu. Jak pracuje Ci się w takich realiach?

Tak jak wspominałem, akurat z dostaniem wizy dziennikarskiej nie miałem większych problemów. Jeśli chodzi o same realia, to na pewno trudno nam znaleźć informatorów. Mamy techniczny problem z dostępem do internetu. Żeby przeskoczyć chiński mur informacyjny, musimy korzystać z VPN-u.

Gdy piętnaście lat temu podróżowałam po Chinach, korzystanie z VPN-u, by wejść na zagraniczne strony internetowe, nie stwarzało większych problemów. Jak jest teraz?

Łączenie się przez VPN to spory problem, jeśli jesteś na prowincji, gdzie nie masz dostępu do Wi-Fi albo idziesz na wydarzenie, jak wrześniowa parada wojskowa w Pekinie, podczas której internet działał słabo. To utrudnia nie tylko przesyłanie plików wideo.

Laura Bicker, korespondentka BBC, pisała, że przed wrześniową paradą wojskową, w której uczestniczyli Władimir Putin i Kim Dzong Un, funkcjonariusze nachodzili domy zagranicznych dziennikarzy.

Też o tym słyszałem, choć mnie to nie spotkało. Nachodzenie ludzi w domach przez policję nie jest tu czymś nietypowym. W Chinach jest obowiązek meldunku i czasem policja sprawdza, czy mieszkasz pod wskazanym adresem. W szczególności przed dużymi wydarzeniami, jak wrześniowa parada wojskowa, to czasem ma miejsce.

Czy podczas relacjonowania tej parady przez zagraniczne media obowiązywały dodatkowe obostrzenia?

Trzeba zacząć od tego, że władze ćwiczyły do tej parady przez kilka weekendów. Redakcja Reutersa znajduje się przy głównej ulicy nieopodal placu Tiananmen, musieliśmy więc opuszczać biuro wraz z innymi firmami z naszego budynku za każdym razem, gdy prowadzono w naszej okolicy ćwiczenia. Mniej więcej dwa tygodnie przed paradą kompleks biurowo-handlowy, w którym znajduje się nasza redakcja, był otoczony kordonem bezpieczeństwa. Aby wejść do środka, trzeba było przejść kontrolę, jak na lotnisku. 

Jak wyglądała polityka wobec mediów w dniu parady?

Wiem od swoich kolegów z redakcji, że musieli wstać o drugiej nad ranem, żeby zdążyć przejść wszystkie kontrole bezpieczeństwa. Mogli mieć z sobą tylko określone przedmioty.

Na przykład? 

Telefon i co ciekawe, lornetkę, dzięki czemu można było oglądać trybuny z bliska, co akurat było pomocne. 

Gdybyś pracował teraz w Polsce, musiałbyś się zderzyć z rzeczywistością, w której działy zagraniczne są mocno okrojone i nie stać ich na realizację zagranicznych reportaży, chyba że dostaną na to zewnętrzne granty. 

Mój brat Jędrzej pracuje w „Gazecie Wyborczej”, więc orientuję się, jak to wygląda. Trudne realia panują zresztą nie tylko w polskich, ale także w zagranicznych redakcjach, w tym w mniejszych gazetach amerykańskich. Niestety na świecie jest tylko kilkanaście redakcji globalnych, które mają dosyć mocne zespoły zagraniczne. Czuję się uprzywilejowany, że mogę pracować akurat w takim zespole. 

Nie jest jednak tak, że nie współpracowałeś z polskimi mediami. Jeszcze jako nastolatek byłeś prowadzącym w programie telewizyjnym „5-10-15”. To był Twój pomysł czy namówił Cię do tego tata?

Tata namówił mnie i mojego brata do występowania w programie „Małe obracanie groszem”. To był program w TVP 3 Łódź, przybliżający młodym ludziom tematy ekonomiczne. Miałem wtedy jakieś siedem–osiem lat. Natomiast jeżeli chodzi o „5-10-15”, to dostałem się tam za sprawą udziału w teleturnieju „EuroQuiz”, robionego w TVP 2. Razem z kolegami z gimnazjum zajęliśmy w nim drugie miejsce, za co w nagrodę pojechaliśmy do Hiszpanii i krajów Beneluksu. Przez cały czas towarzyszyła nam wtedy ekipa telewizyjna. A że producenci „EuroQuizu” znali się z producentami „5-10-15”, to dostaliśmy zaproszenie do programu, żeby opowiedzieć o swoim udziale w teleturnieju. Wspomniałem wtedy, że jestem zainteresowany występowaniem w „5-10-15”, i dostałem od redaktorki Doroty Rzepeckiej propozycję zostania prezenterem.

Press

(fot. Gilles Sabrié)

Twoją przygodę z „5-10-15” przerwał wyjazd na wymianę młodzieży do Osaki, od której zaczęliśmy naszą rozmowę.

Zgadza się. Do Warszawy na nagrania jeździłem co weekend jeszcze w pierwszej klasie liceum. To była dla mnie niesamowicie ciekawa przygoda. Wywiady z ciekawymi gośćmi, możliwość zobaczenia telewizji na Woronicza od środka. Dorota Rzepecka była wspaniałą mentorką, a do tego perfekcjonistką. Fragmenty programu, które nie były na żywo, niekiedy nagrywaliśmy po kilkanaście razy. Wystarczy, że ktoś się zaśmiał albo coś źle powiedział i trzeba było zaczynać od nowa. Ale Dorota umiała świetnie pogodzić ten profesjonalizm z atmosferą przyjazną dla małych dzieci i nastolatków biorących udział w nagraniach.

Mam wrażenie, że zarówno dla Ciebie, jak i Twojego brata, dziś wiceszefa działu kultury w „Gazecie Wyborczej”, dziennikarstwo było oczywistą ścieżką zawodową. Oprócz występowania w programach telewizyjnych wydawaliście też gazety szkolne. 

Nie chcę odpowiadać za Jędrka, ale wydaje mi się, że dla niego droga do dziennikarstwa była może nawet bardziej oczywista. Miał dziennikarstwo we krwi. Jeździł z naszym tatą i jego studentami na obozy dziennikarskie, bardzo wcześnie zaczął pracować w łódzkiej redakcji „Gazety Wyborczej”. U mnie to był proces. W pewnym momencie mocno interesował mnie sektor pozarządowy. Nasz tata nigdy nam nie mówił, kim powinniśmy zostać. Choć oczywiście jego praca wywarła na nas duży wpływ. Byliśmy za kulisami, gdy w studiu telewizyjnym przepytywał łódzkich posłów i senatorów. Wpoił nam, że nie należy się bać autorytetów, tylko wręcz należy je kwestionować. 

Słyszałam, że wychowankowie Wojciecha Słodkowskiego, wykładowcy dziennikarstwa na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, spotykają się co roku nad jego grobem.

Z okazji Święta Zmarłych organizowana jest kwesta na rzecz ratowania zabytków na Starym Cmentarzu w Łodzi. Tata był jej współorganizatorem i zmarł w 2012 roku pod koniec jednej z tych kwest. Naturalne jest, że gdy na początku listopada na cmentarzu zbierają się aktorzy, politycy i inni znani ludzie z Łodzi, to wspominają naszego tatę. Na jego pogrzebie było kilkaset osób, a studenci wydali gazetę z jego ulubionym sloganem w tytule – „Myśleć wystarczy”.

Press

(screen: Magazyn „Press”, nr 11-12/2025)

Wróćmy na koniec do Pulitzerów. Marzysz o tym, by dostać tę nagrodę indywidualnie? 

Jest ważna rzecz, o której się zapomina. O Nagrody Pulitzera walczyć mogą dziennikarze z amerykańskich redakcji lub redakcji globalnych mających siedziby w USA. A przecież na świecie jest tyle wartościowych materiałów, które mogłyby konkurować z tymi zgłoszonymi do konkursu. Na myśl przychodzi mi reportaż śledczy „Łowcy skór”, który napisali dziennikarze „Gazety Wyborczej” Marcin Stelmasiak i Tomasz Patora. Znasz ten materiał?

Oczywiście, powstał reportaż, a potem książka i serial. Dziennikarze ujawnili, że pracownicy łódzkiego pogotowia biorą pieniądze od zakładów pogrzebowych za informacje o zgonach, a czasem sami zabijają ludzi. 

Byliśmy wtedy jeszcze w gimnazjum. Tomasz Patora był bliskim przyjacielem mojego ojca. Pamiętam, że przez jakiś czas u niego pomieszkiwał. Jestem pewien, że gdyby taki materiał ukazał się w amerykańskiej gazecie, to miałby wielkie szanse na Pulitzera. I to jest przykład dziennikarstwa, którym chcę się zajmować. A czy zdobędę Pulitzera, czy inną nagrodę, to sprawa drugorzędna.

 ***

Ta rozmowa Marty Zdzieborskiej Antonim Słodkowskim pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 11-12/2025. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.

„Press” do nabycia w dobrych salonach prasowych lub online (wydanie drukowane lub e-wydanie) na e-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy „Press”: Michał Przedlacki, afera z książką Opolskiej i kto zarabia na AI

Press

Marta Zdzieborska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.