Nie jesteśmy z kamienia. Rozmowa z Carol Guzy, laureatką tegorocznego World Press Photo
Zdjęcie Roku World Press Photo 2026 przypomina o polityce administracji Trumpa, która podkręcając tempo łapanek nielegalnych imigrantów, zaczęła wysyłać agentów ICE nawet do sądów. Poprzednie amerykańskie administracje odradzały służbom takie naloty, bo to może zniechęcić imigrantów do przychodzenia na obowiązkowe rozprawy (fot. Carol Guzy, materiały prasowe World Press Photo)
„Uważam, że obowiązkiem dziennikarzy jest przedstawienie dalszych losów tych ludzi, a nie tylko samego momentu aresztowania w sądzie” – mówi Carol Guzy, czterokrotna zdobywczyni Pulitzera i laureatka głównej nagrody w tegorocznym konkursie World Press Photo. Rozmawia z nią Marta Zdzieborska.
***
Za niedługo poznamy laureatów XXII edycji konkursu Grand Press Photo. Uroczysta gala odbędzie się 28 maja o godz. 19 w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Transmisję z wydarzenia będzie można oglądać w TVP Kultura oraz profilach Fundacji Grand Press i Grand Press Photo na Facebooku.
***
Dlaczego jedna z najbardziej nagradzanych fotoreporterek na świecie chciała być kiedyś pielęgniarką?
Od początku chciałam zostać artystką, ale mój tata zmarł, gdy miałam sześć lat, i moja mama ledwo wiązała koniec z końcem. Dlatego pomyślałam, że rozsądniej będzie zdobyć pewniejszy zawód. Pielęgniarstwo wydawało się dobrym pomysłem, bo polega na pomaganiu ludziom, kojarzyło mi się z altruizmem. Poszłam więc na studia pielęgniarskie w swoim rodzinnym mieście. Szybko jednak się okazało, że się do tego nie nadaję. Za bardzo się bałam, że popełnię w pracy błąd i przeze mnie ktoś umrze. Skończyłam te studia, ale nigdy nie szukałam pracy w zawodzie. Poszłam za to na dwuletni kurs fotografii. Pielęgniarstwo mi się jednak przydało, bo nauczyło mnie okazywania empatii, co jest niezbędne w zawodzie fotoreportera.
Często powtarza Pani, że ma w sobie nadmiar empatii i to dzięki niej udaje się uchwycić zapadające w pamięć kadry. Co czuła Pani po zrobieniu Zdjęcia Roku World Press Photo 2026 i innych zdjęć dokumentujących twardą politykę Trumpa, czyli aresztowania nielegalnych imigrantów w sądach?
Wielu z nas, fotografów, wtedy płakało. Nie sposób inaczej zareagować na sytuację, gdy agenci służb imigracyjnych ICE aresztują imigranta, a jego rodzina nagle, w kilka chwil, musi się z nim pożegnać.
Zrobione przez Panią Zdjęcie Roku pokazuje rozstanie córek z ojcem – Ekwadorczykiem aresztowanym po przesłuchaniu w nowojorskim sądzie imigracyjnym. Które z fotografowanych scen były dla Pani najtrudniejsze?
Właśnie te, gdy dochodziło do rozdzielania rodzin. Zresztą sam widok aresztowania był trudny. Mowa o imigrantach, którzy przyszli na rozprawę w sądzie imigracyjnym, nie spodziewając się, że może ich tu złapać ICE. Ciężko patrzyło się na to przerażenie w oczach imigrantów, którzy po wyjściu z sali byli okrążani przez agentów ICE, a ich dzieci zanosiły się płaczem. Straciłam w młodym wieku tatę, więc wiem, jaką to pozostawia pustkę w sercu dziecka. Patrząc na te aresztowania, szlochaliśmy wszyscy, także prawnicy.
Płakał nawet ochroniarz sądowy, którego uchwyciła Pani na jednym z kadrów. Pani zdjęcia przypominają mi o polityce rozdzielania rodzin nielegalnych imigrantów za pierwszej kadencji Trumpa. Tylko że to się odbywało na granicy USA–Meksyk, a nie w sercu Dolnego Manhattanu.
Tak właśnie, zdjęcie ochroniarza, o którym pani wspomina, stało się wiralem. Myślę, że ludzie nie spodziewali się widoku ochroniarza, który w takiej sytuacji wzruszy się do łez. Mężczyzna rozkleił się, gdy podszedł do Grace, widocznej na zdjęciu kobiety z dzieckiem, i starał się ją pocieszyć. To było niezwykle poruszające – zobaczyć taką empatię i gest człowieczeństwa z jego strony.
Jest Pani zdania, że trzeba spędzić dużo czasu z bohaterami zdjęć, by przedstawić ich życie jak najbardziej autentycznie. I że oni na to zasługują. Czy spędziła Pani więcej czasu z rodzinami aresztowanych imigrantów?
Tak, z niektórymi rodzinami byłam w kontakcie przez kilka miesięcy. Pozwoliły mi dokumentować swoją codzienność. Obserwowałam, jak tamto aresztowanie w sądzie nie tylko odcisnęło piętno na ich psychice – na przykład dzieci chodziły do terapeuty z powodu zespołu stresu pourazowego – ale także wpędziło całą rodzinę w problemy finansowe. Aresztowany imigrant często był jedyną osobą, która zarabiała. Uważam, że obowiązkiem dziennikarzy jest przedstawienie dalszych losów tych ludzi, a nie tylko samego momentu aresztowania w sądzie.
(fot. Materiały prasowe World Press Photo, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
Właśnie przez tak duże zaangażowanie w pracę niektórzy redaktorzy nazywali Panią obsesyjną.
Zdecydowanie można to nazwać obsesją. Dzięki temu, że spędzam dużo czasu ze swoimi bohaterami, mogę uchwycić intymne chwile, które poruszają odbiorców na bardzo głębokim poziomie. To szczególnie ważne w czasach, gdy media społecznościowe zasypują ludzi ogromną ilością wizualnego szumu, z którego niewiele wynika.
Nagrodzone zdjęcia z nowojorskiego sądu to Pani niezależny projekt?
Tak. Zdjęcia dystrybuuje agencja Zuma Press. Dużą część fotografii opublikowała redakcja dziennika „Miami Herald”. Właśnie tam kiedyś dostałam swój pierwszy etat jako fotoreporterka, więc ta publikacja dużo dla mnie znaczy. Tym bardziej że „Miami Herald” wydrukował cały cykl, a nie tylko pojedyncze zdjęcia, co zazwyczaj się dzieje w moim przypadku. Trudno mi walczyć o swoje, więc jestem pod tym względem kiepską freelancerką. Z drugiej strony bycie wolnym strzelcem ma swoje plusy. Mogę wymyślać własne projekty i poświęcać im tyle czasu, ile potrzebuję. Na fotografowaniu aresztowań imigrantów w sądzie spędziłam pół roku.
Mówi Pani o Nowym Jorku czy również o sądzie w Waszyngtonie, w okolicach którego Pani mieszka?
Mówię o nowojorskim sądzie. Z tego, co się orientuję, to jedyny sąd imigracyjny w USA, który pozwala mediom na robienie zdjęć. Przychodziłam tam codziennie. Wielu moich kolegów fotografów też całkowicie zaangażowało się w relacjonowanie tej sprawy. Nasza obecność sprawiała, że agenci ICE musieli się bardziej kontrolować. Słyszałam od jednego z prawników, że funkcjonariusze są bardziej brutalni wobec imigrantów, gdy nie ma dziennikarzy. Szybko zdałam sobie sprawę, jak ważne jest to, że tam jesteśmy, i że ci ludzie nie znikają bez śladu.
Proszę wybaczyć to chłodne spojrzenie, ale jak Pani zdołała utrzymać się w Nowym Jorku przez pół roku? To koszmarnie drogie miasto.
Mam tam znajomych. Dzięki ich życzliwości mogłam u nich pomieszkiwać i nie musiałam płacić za hotel. Realizowanie materiału przez kilka miesięcy w jednym miejscu nie jest zresztą dla mnie czymś niezwykłym. Na przykład w 2022 roku sfinansowałam sobie sama dłuższy pobyt w Ukrainie. Gdy zaangażuję się już w jakiś temat, to nie potrafię się od niego oderwać.
W Pani zwycięskim projekcie z Nowego Jorku jest tylko jedno zdjęcie z dziesiątego piętra budynku, w którym mieści się także sąd imigracyjny. To właśnie tam, na dziesiąte piętro, trafiają aresztowani imigranci. Nie miała Pani pozwolenia, by tam wejść? Ta jedyna fotografia w projekcie wygląda na zrobioną z ukrycia.
Zdjęcie zrobiłam ze środka windy. Tylko stamtąd, lub stojąc tuż przy windzie, mogliśmy fotografować imigrantów przechodzących przez korytarz na dziesiątym piętrze. Zresztą swego czasu odmówiono tam wstępu nawet kongresmenom, którzy chcieli sprawdzić, w jakich warunkach przetrzymywani są imigranci.
Wspomniała Pani, że jako freelancerce trudno Pani walczyć o swoje. Czy nie jest tak, że po 26 latach przepracowanych na etacie w „The Washington Post” ma Pani dobrą emeryturę i łatwiej wtedy odpuścić?
(fot. Materiały prasowe World Press Photo, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
Mam emeryturę, ale to nie są duże pieniądze. Zgromadziłam za to przez lata oszczędności. One co prawda coraz bardziej się kurczą, ale nadal mogę sobie pozwolić na finansowanie własnych projektów.
Czy tęskni Pani za redakcją „The Washington Post”, w której pracowała Pani do 2014 roku?
Niedawno zwolniono z dziennika wszystkich fotografów, więc i tak nie miałabym do czego wracać. Natomiast jasne, brakuje mi pracy w redakcji. Lubiłam współpracę z redaktorami i dziennikarzami. Poza tym zawsze stała za mną marka znanego tytułu, co pomagało w pracy i otwierało wiele drzwi. Jako freelancerce trudniej mi zdobywać różne kontakty.
Nikt oprócz Pani nie zdobył czterech Nagród Pulitzera w dziedzinie fotografii. To nie pomaga w pracy?
Czasem pomaga, ale w tej branży liczy się bieżąca afiliacja. A że jestem freelancerką, a nie fotoreporterką „The Washington Post” czy „The New York Times”, to jest mi znacznie trudniej.
Straciła Pani etat w „The Washington Post” po wykupieniu dziennika przez Jeffa Bezosa. Jak Pani wspomina tamten czas?
To był najgorszy okres w moim życiu. Straciłam etat w czasie, gdy byłam wyłączona z pracy, bo opiekowałam się swoją umierającą mamą i siostrą. Obie były chore na Alzheimera i ich stan coraz bardziej się pogarszał. Do tego mój najlepszy przyjaciel, fotograf z „The Washington Post” – Michel du Cille, zmarł podczas realizacji zdjęć w Liberii. Jak można zwolnić kogoś w tak trudnym momencie życia, i to niemal po 30 latach pracy? Nie zrozumiem ani nigdy nie uszanuję tej decyzji redakcji. To cud, że przeżyłam tamten czas. Byłam zdruzgotana do tego stopnia, że modliłam się, by się nie obudzić następnego dnia.
To musiało naprawdę boleć. Gdy Panią zwolniono, była Pani na urlopie bezpłatnym czy opiekuńczym?
Na zasiłku z tytułu niezdolności do pracy. Załatwiłam go sobie za namową ówczesnego wydawcy „The Washington Post” Dona Grahama. Byłam już wyczerpana opieką nad matką i siostrą, do których stale musiałam dojeżdżać z Waszyngtonu do Pensylwanii. Będąc na zasiłku, mogłam się skupić na opiece nad bliskimi, a także przejść terapię, by się uporać z żałobą i depresją spowodowaną utratą całej rodziny. Alzheimer to okrutna choroba. Traci się przez nią bliskich powoli, długo przed ich śmiercią. Byłam umówiona z redakcją, że wrócę do pracy, gdy już się z tym wszystkim uporam. A potem sprzedano gazetę Bezosowi i otrzymałam pocztą list z wypowiedzeniem, co mnie całkowicie załamało.
Naczelny „The Washington Post” Martin Baron do Pani nie zadzwonił?
Nie, nie rozmawialiśmy ani przed otrzymaniem listu z wypowiedzeniem, ani po.
(fot. Andrea Pritchard, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
CAROL GUZY – amerykańska fotoreporterka, do tej pory jako jedyna na świecie zdobyła cztery Pulitzery w dziedzinie fotografii. Zdobyła główną nagrodę w konkursie World Press Photo 2026. Zdjęcia z tego cyklu wyróżniono także w ramach kategorii Stories, w regionie Ameryki Północnej i Środkowej. W latach 1980–88 pracowała w dzienniku „Miami Herald”, a następnie przez 26 lat w „The Washington Post”. Trzy razy zdobyła tytuł Fotografa Roku przyznawany przez Krajowe Stowarzyszenie Fotografów Prasowych oraz aż osiem razy ten sam tytuł z rąk Stowarzyszenia Fotografów Newsowych Białego Domu. W 2021 roku otrzymała od tej drugiej organizacji nagrodę za całokształt twórczości (Lifetime Achievement Award). Guzy została też m.in. wyróżniona Złotym Medalem im. Roberta Capy (2018). Specjalizuje się w długoterminowych projektach fotografii dokumentalnej. Jest freelancerką, współpracuje z agencją Zuma Press.
Tak się składa, że w zeszłym roku Martin Baron opowiadał mi, że po wykupieniu gazety przez Bezosa w końcu nie musiał myśleć o redukcji etatów. Co by mu Pani teraz powiedziała?
Nie odpowiem na to pytanie.
W wywiadzie dla „The Times of India” wspomniała Pani, że w wyjściu na prostą po zwolnieniu pomogło robienie zdjęć.
Choć nie od razu. Na początku czułam się tak zdradzona przez swoją redakcję, że nie chciałam już być fotoreporterką. Dopiero z czasem wzięłam do ręki aparat. I wtedy się okazało, że to dla mnie dobra terapia. To jest dla mnie jak tlen potrzebny do życia.
Pamięta Pani pierwsze zdjęcia zrobione po dłuższej przerwie?
Tak, dokumentowałam postępującą chorobę mojej mamy i siostry. To był dla mnie jedyny sposób, by zachować zdrowie psychiczne. Po jakimś czasie pojechałam do Mosulu, by robić zdjęcia cywilom w czasie bitwy o odbicie miasta z rąk Państwa Islamskiego. To był pierwszy duży projekt, w który zaangażowałam się po odejściu z „The Washington Post”.
To był 2017 rok, czyli trzy lata po rozstaniu z redakcją. Potrzebowała Pani tyle czasu, by się uporać z uratą pracy?
Wyjazd do Mosulu nie był pierwszym zleceniem po odejściu z „The Washington Post”. Wcześniej miałam płatne zlecenie dla organizacji pozarządowej prowadzącej obozy dla uchodźców wewnętrznych w Iraku. To właśnie ten wyjazd zainspirował mnie do powrotu do Iraku. Natomiast jeśli chodzi o utratę pracy, to nadal się z nią nie uporałam.
Minęło już 12 lat.
A mimo to czuję, że to wciąż żywa, otwarta rana.
Czasem płaciła Pani za tę pracę załamaniem nerwowym. Po powrocie ze zdjęć w Kosowie, wyróżnionych potem Nagrodą Pulitzera, wzięła Pani trzy miesiące wolnego.
To była kumulacja z wielu lat. Wciąż jeździłam do kolejnych krajów, nie mając chwili na przetrawienie wszystkich drastycznych scen, których byłam świadkiem. Te tłumione emocje coraz bardziej we mnie narastały. Do tego przed wyjazdem do Kosowa przeżyłam trudne rozstanie, co tylko pogorszyło sprawę. Często powtarzam młodym fotografom, by nie tłumili emocji związanych z tym, czego doświadczają, wykonując ten zawód. Bo prędzej czy później zapłacą za to wysoką cenę. Tym bardziej że każdy z nas ma przecież czasem problemy w życiu prywatnym. Jeśli te problemy się nawarstwią, to może być nie do udźwignięcia. Mówię o tym ku przestrodze, żeby inni zachowali większą równowagę w życiu i nie musieli przechodzić przez to co ja.
Fotografowała Pani tragedie podczas wielu konfliktów zbrojnych i katastrof naturalnych na świecie – od Haiti i Kolumbii po Bałkany. Po powrocie nie opowiadała Pani nikomu o tym, co tam widziała?
Rozmawiałam z przyjaciółmi, ale widocznie za mało. Byłam wciąż bardzo zajęta. Gdy tylko wracałam do domu, brałam się do obróbki zdjęć. A potem kolejny wyjazd i kolejny. Można powiedzieć, że wskakiwałam z jednego pożaru w drugi.
Zresztą to były czasy, gdy dziennikarz miał być silny. Nie było miejsca na rozklejanie się. A przecież my, fotoreporterzy, nie jesteśmy chodzącymi aparatami, nie jesteśmy z kamienia. Mamy swoje emocje. Na szczęście dziś jest większa świadomość tego, jak ważne jest zdrowie psychiczne.
Praca w „The Washington Post” była intensywna, ale z drugiej strony czasem brała Pani urlopy bezpłatne, by realizować swoje projekty fotograficzne. Jak mogła to Pani pogodzić?
Dużo zarabiałam, a że nie byłam rozrzutna, to miałam oszczędności i mogłam sobie opłacić taki wyjazd. Nie jeździłam, jak inni, na wakacje. Moim urlopem było realizowanie własnych projektów fotograficznych lub dokończenie historii, nad którymi pracowałam w „The Washington Post”. To gazeta codzienna, więc nie było dużo czasu na pracę nad tematem. Czasami wracałam więc w dane miejsce za własne pieniądze, by zrobić kolejne zdjęcia. Nagrodę za materiał zgarniała potem także redakcja. To było frustrujące.
To, że redakcja też dostawała nagrodę?
Nie, raczej to, że nie dostałam wystarczająco dużo wsparcia od przełożonych. Z biegiem lat coraz trudniej było mi przekonać kierownictwo do projektów długoterminowych, choć moje zdjęcia zdobywały nagrody dla gazety, a ja byłam gotowa wziąć urlop bezpłatny, by dokończyć reportaż, zawsze podając „The Washington Post” w podpisie. A to były jeszcze i tak te złote czasy, gdy reporterzy dostawali urlop bezpłatny, by napisać książkę. Dziś fotoreporterom jest jeszcze trudniej realizować projekty długoterminowe. Ci, którzy się nie poddali, zazwyczaj ciągną to dzięki własnym pieniądzom i determinacji. Wraz ze zwijającym się rynkiem prasowym to właśnie fotoreporterzy często są zwalniani pierwsi. Nawet „Miami Herald”, mój dawny pracodawca, zatrudnia już niewielu etatowych fotografów.
Nie mówiąc o zwolnionym w lutym całym zespole fotoreporterów w „The Washington Post”.
Smutno jest obserwować, co się dzieje z gazetą o tak dużej renomie. Jeff Bezos mógłby uratować te miejsca pracy. Stać go na to. Pracowałam dla zupełnie innego „The Washington Post”, w czasach gdy dziennik należał do klanu Grahamów [kontrolowali go od 1933 do 2013 roku – red.]. Oni byli dla pracowników jak rodzina.
W tych złotych czasach kierownictwo nie miało obiekcji, że znikała Pani na długo z redakcji? Na dokumentowanie ratowania zwierząt po huraganie Katrina, który uderzył w USA w 2005 roku, wzięła Pani roczny urlop bezpłatny!
Nie. Co prawda rzadko się zdarzało, żeby fotografowie prosili o tak długi urlop, ale nie było z tym problemu. Tak jak wspomniałam, reporterzy często brali wolne, żeby skupić się na innych swoich projektach. To były oczywiście zupełnie inne czasy. Redakcja „The Washington Post” zatrudniała wielu ludzi.
Ilu fotografów?
Nie pamiętam dokładnie, ale na pewno ponad trzydziestu.
Nie dziwię się już, że nie było problemów z wzięciem wolnego. Czasami brała Pani urlop, żeby robić zdjęcia na Haiti, bo redaktorzy twierdzili, że ten temat już się przejadł. Czy zdjęcia zrobione tam po trzęsieniu ziemi w 2010 roku, za które dostała Pani czwartego Pulitzera, powstały właśnie podczas urlopu bezpłatnego?
Akurat wtedy wysłała mnie redakcja… Proszę poczekać chwilę, mój pies zaczął rozrabiać. Gdy tylko rozmawiam przez telefon, zachowuje się jak kilkuletnie dziecko. Uratowałam tę suczkę w Syrii.
To musiał być spory problem ze ściągnięciem jej do Stanów.
Tak, jestem szalona. Jeszcze bardziej niż fotografię kocham zwierzęta. W życiu wiele ich uratowałam. Ale ten pies z Syrii stwarza najwięcej problemów. Z racji tego, że żył w rejonie objętym walkami, cierpi na psi zespół stresu pourazowego i trudno nad nim zapanować.
Ma Pani jeszcze jakiegoś psa uratowanego za granicą?
Tak, to suczka z Gwatemali. Gdy ją uratowałam, była chuda jak szkielet. Po przyjeździe do Stanów okazało się, że jest w ciąży. Lekarze nie dawali małym szans na przeżycie, ale im się udało.
A wracając do Haiti w 2010 roku…
Tak jak mówiłam, wysłała mnie wtedy redakcja, choć w tamtym czasie zdarzało mi się też chodzić na zwolnienia, bo już wtedy opiekowałam się swoją chorą mamą. Chciałam być przy niej, bo przez dziesięciolecia tak naprawdę nie byłam za bardzo obecna w życiu swojej rodziny, ciągle ciężko pracowałam. W zasadzie poświęciłam wszystko dla tego zawodu.
Czy ma Pani kontakt z fotografami, którzy tak jak Pani oddali serce dziennikowi „The Washington Post”, a teraz zostali zwolnieni?
Nie jesteśmy w kontakcie na bieżąco, ale jestem pewna, że oni się z tego podniosą, choć to nie będzie łatwe. Dziś jest ogromna konkurencja o zlecenia. Fotografowie wykonujący zdjęcia do codziennych serwisów informacyjnych jeszcze jakoś sobie radzą, ale ludzie tacy jak ja – specjalizujący się w długoterminowych projektach dokumentalnych – nie mają zbyt wielu możliwości.
Czy rozwiązaniem nie jest ubieganie się o granty? Stany Zjednoczone mają tu wiele do zaoferowania.
Tak, jest sporo grantów, ale jest też duża konkurencja. Składałam kilka wniosków, włożyłam w ich przygotowanie mnóstwo wysiłku, a i tak nie dostałam funduszy. Powinnam znów spróbować, choć nie mam na to czasu, gdy akurat pracuję nad jakimś projektem.
Czy przez te wszystkie lata pracy jakaś fotografowana historia szczególnie zapadła Pani w pamięć?
To tak jakby spytać matkę, by wskazała swoje ulubione dziecko.
Ale na pewno niektóre historie albo rejony świata są Pani bliższe.
(fot. Materiały prasowe World Press Photo, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
To zdecydowanie Haiti. Bardzo związałam się z tym miejscem, to w zasadzie mój drugi dom. Wspierałam nawet finansowo poznaną tam dwójkę dzieci – Cristellę i Denisa, którzy stracili rodziców. Żałuję, że ich nie adoptowałam.
Dlaczego Pani tego nie zrobiła?
Bo byłam już wtedy po rozwodzie. Jako samotnej matce trudno byłoby mi pogodzić pracę z opieką nad dziećmi, a szczególnie przy moich częstych wyjazdach. Poza tym Cristellą i Denisem opiekowała się babcia, dobrze o nich dbała. Niestety Cristella już jako osoba dorosła dostała kamieniem w głowę podczas demonstracji i umarła. To złamało mi serce i jeszcze bardziej pogłębiło poczucie winy, że nie adoptowałam jej i Denisa, gdy jeszcze byli mali. Po latach, wraz z pogarszającą się sytuacją na Haiti, próbowałam ściągnąć do Stanów innego chłopca – Jamesa, ale dostał odmowę wizy do USA. Denis i James do dziś mówią do mnie „mamo”.
Jest też Pani matką chrzestną Memuny, bohaterki Pani fotoreportażu o dzieciach po amputacjach, które trafiły na leczenie z Sierra Leone do USA. Czytałam, że to dzięki Pani zdjęciom dziewczynkę adoptowała amerykańska rodzina.
To jest właśnie wspaniały aspekt tej pracy. Fakt, że nowi rodzice Memuny poprosili mnie, bym została jej matką chrzestną, jest jednym z najpiękniejszych wyróżnień, które mnie spotkały.
Do dziś utrzymuję też kontakt z ratownikami zwierząt, których pracę dokumentowałam po huraganie Katrina. To przyjaźnie na całe życie.
Biorąc pod uwagę cenę, jaką zapłaciła Pani za wykonywanie tego zawodu, to czy jednak nie lepsze byłoby bardziej uporządkowane życie pielęgniarki?
Nie, nigdy nie chciałabym wykonywać innego zawodu. Jestem szczęśliwa, że mogę robić to, co tak bardzo kocham i co uważam za tak ważne. Ale to nie jest łatwe życie. Zawsze powtarzam młodym ludziom, by – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – decydowali się na zawód fotoreportera tylko wtedy, gdy naprawdę czują, że to ich powołanie. Oczywiście, bycie fotoreporterem jest satysfakcjonujące pod wieloma względami: zdobywa się mnóstwo różnych doświadczeń, spotyka nowych ludzi i podróżuje się do wielu miejsc, których normalnie by się nie odwiedziło. Ale jest też ta druga, ciemna strona, czyli bycie świadkiem cierpienia, przemocy i scen drastycznych. Mimo wszystko to moje życie. Urodziłam się, by opowiadać historie obrazami i to jest moje dziedzictwo.
Ile jeszcze ma Pani w sobie siły, by dalej chłonąć trudne emocje innych ludzi? A może to tlen, bez którego nie może już Pani żyć?
Nigdy nie odpuszczam. Niedawno skończyłam 70 lat. Szczerze mówiąc, sporo mi zajęło, zanim udało mi się wypowiedzieć tę liczbę – 70 – ale teraz jestem dumna, że wciąż pracuję. Mój stan zdrowia na to pozwala i cieszę się, że nadal wykonuję pracę mającą sens.
***
Ta rozmowa Marty Zdzieborskiej z Carol Guzy pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 05-06/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Marta Zdzieborska











