Wiedzą, ale nie powiedzą. Dziennikarze sportowi wolą nie ruszać tematów tabu
Magdalena Fręch na pomeczowej konferencji wprost powiedziała, co było przyczyną jej niedyspozycji w pierwszej rundzie Wimbledonu (fot. Christophe Petit Tesson/EPA/PAP)
Dziennikarze sportowi widzą i wiedzą więcej, niż przekazują kibicom. Kilku tematów wolą nie dotykać.
W południe 2 lipca w programie „Halo tu Wimbledon” dziennikarze i eksperci Polsatu Sport roztrząsali przyczyny sensacyjnej porażki Magdaleny Fręch w pierwszej rundzie tenisowego Wimbledonu. Dzień wcześniej gładko przegrała z niespełna 19-letnią Kanadyjką Victorią Mboko. W studiu powodów porażki Polki dopatrywano się w tym, że w ostatniej chwili zmieniono jej przeciwniczkę, miejsce, a nawet porę rozegrania meczu, przez co nie zdążyła wypić kawy po obiedzie i w efekcie nie trafiała piłką w kort. W końcu połączono się z Londynem i zapytano o zdanie Krzysztofa Rawę.
„Czasem trzeba powiedzieć jasno i krótko. Oprócz zaburzenia rutyny wchodziła w grę przyczyna fizjologiczna, problemy natury kobiecej, mówmy szczerze, jak jest” – wyłożył kawę na ławę dziennikarz, który na Wimbledonie obejrzał setki meczów, jako zasłużony korespondent ma stałe miejsce przy korcie centralnym. I podsumował: „Sport składa się również z takich spraw i nie możemy nic na to poradzić”. Tylko dzięki niemu kibice dowiedzieli się, co było prawdziwą przyczyną niedyspozycji tenisistki.
Dzwonię do Krzysztofa Rawy, aby pogratulować mu odwagi, bo inni komentatorzy udają, że sporstmenki nie miesiączkują. – Mam trzy córki, byłem kilkakrotnie żonaty, więc rozumiem problem – odpowiada żartem. A potem już na poważnie dodaje: – W przypadku kobiet czasami doszukiwanie się powodów ich przegranej przypomina kabaret, a przecież fizjologii się nie oszuka. Magda Fręch to zawodniczka świadoma swojej klasy sportowej i nie boi się mówić, jak jest. Na pomeczowej konferencji wprost powiedziała, co było przyczyną jej niedyspozycji, więc nie odkryłem żadnej tajemnicy.
TRUDNY CZAS KOBIETY
Dawniej sportsmenki ukrywały, że przechodzą menstruację, nie tylko przed mediami, ale nawet przed swoimi trenerami. W ostatnich latach zawodniczki profesjonalnych klubów wypełniają dzienniczki menstruacyjne, do których mają wgląd trenerzy. Nie wstydzą się też mówić o tym dziennikarzom.
Rok temu w Paryżu, kiedy najlepsza polska sprinterka Ewa Swoboda awansowała do olimpijskiego półfinału biegu na 100 metrów, przechodząc przez mixed zone, wypaliła: „Pogadamy jutro, dostałam okresu. Ale napiszcie, że jestem w ch... zadowolona”. Potem reporterowi TVP Sport rzuciła: „Mam pierwszy dzień tych dni, więc jestem zmęczona i zdenerwowana”. Po półfinale, w którym Swoboda odpadła, powiedziała przed kamerą: „Mam okres i to jest zły okres dla mnie w miesiącu, ale nie będę na to zwalać. Zabrakło 0,01. Przygotowana jestem. Nie wiem, co się stało. Za cztery lata będziemy rozmawiać inaczej”.
W studiu olimpijskim TVP nie dało się już pominąć tej kwestii, ale ani razu nie użyto słów „okres” ani „miesiączka”. Prowadząca zapytała obecną tam biegaczkę Annę Kiełbasińską, czy „to trudny czas dla kobiety”. „Ja bym w ogóle odkryła ten temat, ponieważ to nie jest temat tabu. Połowa ludzkości przechodzi przez ten temat i dzięki temu funkcjonujemy i istniejemy” – odpowiedziała sportsmenka.
Akurat Kiełbasińska była jedną z pierwszych, która odważyła się powiedzieć mediom, jaki wpływ na wyniki biegaczki ma menstruacja. Podczas mistrzostw świata w Doha w 2019 roku w biegu na 400 metrów odpadła już w eliminacjach. W TVP na żywo komentowała swoją porażkę. Widać było, że się trochę wahała, ale w końcu powiedziała: „Dzisiaj mam pierwszy dzień miesiączki. Wiem, że o tym z reguły sportowcy nie mówią, i wiem, że to nie jest tak, że to bardzo przeszkadza. Większość nawet mówi, że wydolność jest większa, natomiast u mnie ostatnimi miesiącami to jest dzień, dwa wyjęte z życia. Jestem wściekła, że to akurat dzisiaj mi wypadło, ale taka jest natura”.
Podczas igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 roku komentatorzy byli zawiedzeni występem Angeliki Cichockiej – choć w biegu na 1500 metrów była wówczas mistrzynią Europy, to na olimpiadzie nie awansowała do finału. Na Facebooku po starcie napisała: „Jechałam do Rio z aspiracjami i marzeniami. Na mojej drodze jednak znów pojawiły się przeszkody, które ciężko było pokonać. Nie byłam więc do końca sobą tu w Rio”. Redaktor serwisu SportoweFakty.pl, przytaczając ten wpis, kibicom uważnie czytającym między wierszami dał do zrozumienia, że problem „tkwił w czymś innym” niż przygotowanie do imprezy. Dopiero po latach zawodniczka opowiedziała, w czym. „Cztery tygodnie przed igrzyskami w Rio dostałam, po kilkumiesięcznej przerwie, bardzo mocnego okresu. Łupnęło mnie. Na najważniejszej imprezie życia byłam rozregulowana hormonalnie. Wysiłek fizyczny był ostatnią rzeczą, na którą mój organizm miał ochotę” – opowiadała biegaczka Joannie Wiśniowskiej z magazynu „Wysokie Obcasy”. „Nawet teraz, gdy patrzę na zdjęcia z tamtego czasu, widzę, jak jestem ciężka, napuchnięta” – dodała.
Podczas igrzysk w Paryżu marka Always prowadziła kampanię edukacyjną pod hasłem „To Nowy Okres”. W jej ramach przeprowadziła badania wśród europejskich sportsmenek. Okazuje się, że 55 proc. z nich czuje się niezrozumianych w świecie sportu z powodu menstruacji, a 71 proc. uważa, że to wciąż temat tabu w branży sportowej.
CZARNA BIELIZNA
Na forach bukmacherskich dyskusje o szansach tenisistek w danym meczu zaczyna się od ich statystyk, czyli wyników osiąganych w pojedynkach na konkretnej nawierzchni. A potem są dywagacje o aktualnej formie, zdrowiu i pojawiają się domysły, która z zawodniczek może mieć w danym dniu okres i jak on wpłynie na jej dyspozycję. To oznacza, że także dla kibiców ten temat jest istotny.
– My też o tym informujemy, ale dyskretnie – próbuje mnie przekonać Tomasz Tomaszewski, komentator tenisa w Polsat Sport.
Słuchając sprawozdawców, możemy jednak tylko się domyślać, co ukrywają pod sformułowaniem „pamiętajmy, że kobieta zmienną jest” albo „to nie jest jej dzień”.
Dlatego tylko niektórzy kibice zorientowali się, że Iga Świątek w drodze do tryumfu w tegorocznym Wimbledonie zmagała się też z miesiączką. Niektóre mecze rozgrywała w czarnych szortach założonych pod białą spódniczkę. Dwa lata temu organizatorzy turnieju, m.in. pod wpływem protestów aktywistek, złagodzili restrykcyjne przepisy dotyczące ubioru. Wcześniej wszystkie części garderoby, łącznie z bielizną, musiały być białe. Zdarzało się, że sędziowie przymuszali zawodniczki do zmiany majtek, jeżeli choćby częściowo były innego koloru. Sporządzony przed laty przez mężczyzn regulamin został zmieniony pod presją m.in. takich zawodniczek jak mistrzyni olimpijska Monica Puig. Pisała na Twitterze: „Okres zdecydowanie wpływa na zawodniczki. Nie wspominając już nawet o nerwach związanych z ubieraniem się na biało podczas Wimbledonu i modleniu się, aby nie mieć okresu przez dwa tygodnie”. W polskich mediach sportowych o tej rewolucyjnej zmianie informowano zdawkowo albo nie mówiono wcale. Za to o rezygnacji z sędziów liniowych (zastąpiła ich elektronika) było wszędzie.
– Zawód komentatora sportowego w Polsce jest zmaskulinizowany, a mężczyźni wstydzą się o tym mówić – zauważa Krzysztof Rawa. – Nie wiedzą i raczej nie chcą wiedzieć, co to PMS, czyli zespół napięcia przedmiesiączkowego, a przecież na formę i wynik zawodniczki ma on znacznie większy wpływ niż np. to, co zjadła na śniadanie lub co wypiła po obiedzie – mówi dziennikarz.
– Konia z rzędem za redaktora mężczyznę, który podejmie temat bez obawy o zarzut, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Pół biedy, jeśli sprawa dotyczy koloru bielizny używanej przez tenisistki na Wimbledonie, ale jeśli idzie o dyspozycję zawodniczek w te dni, łatwiej jest sprawę przemilczeć lub znaleźć temat zastępczy – mówi Mariusz Czykier, news & video editor Eurosport Polska.
Widzi on także problem w samym języku. – Polszczyzna jest po prostu dramatycznie uboga, jeśli chodzi o opisywanie spraw z zakresu higieny intymnej. Nawet nie w tym rzecz, że mamy na to za mało słów, ale ta przestrzeń jest często zamknięta w wąskim korytarzu między terminologią medyczną a określeniami infantylnymi i wulgarnymi – mówi Czykier.
Zwraca uwagę, że podczas relacji z tegorocznego wyścigu Tour de France Femmes komentatorzy Eurosportu odpowiadali na wszystkie pytania widzów. Interesowało ich m.in. to, w jaki sposób kolarki załatwiają potrzeby fizjologiczne w trakcie wyścigu. Chodziło głównie o problemy związane ze strojami kolarskimi, które są projektowane z myślą o mężczyznach, a nie kobietach. Adam Probosz i Anna Lafourte (była kolarka) merytorycznie i wyczerpująco zajęli się tematem na antenie. Słów im nie brakowało.
W SZATNI BEZ GEJÓW
Aktywista Rafał Lipski dziewięć lat temu napisał powieść „Pressing”, która dotyka problemu homofobii w futbolu. Jego zdaniem homoseksualiści na pewno strzelali bramki dla Górnika, Legii czy Lecha, a nawet reprezentacji Polski. „Kibice kiedyś się zdziwią, ile razy oklaskiwali i śpiewali na cześć homoseksualnych piłkarzy” – stwierdził pisarz w jednym z wywiadów. Mijają lata i się jednak nie dziwią, bo wciąż po polskich boiskach biegają piłkarze wyłącznie heteroseksualni.
– Nie mamy w piłce nożnej gejów, choć to nie znaczy, że ich w niej nie ma – mówi Michał Kołodziejczyk, dyrektor redakcji sportowej Canal+. – Wiemy, że są, wiemy kto, ale jesteśmy odpowiedzialni. Nie mamy pewności, że piłkarz gej będzie czuł się bezpiecznie na boisku i poza nim – dodaje.
Homofobiczne hasła na polskich stadionach są standardem. Tym klimatem przesiąkają niektóre redakcje sportowe. Radio Weszło FM, które już nie istnieje, podczas rozmów z piłkarzami pytało o „gejów w szatni”. Na przykład Rafała Wolsztyńskiego, wówczas napastnika Górnika Zabrze, spytano, czy podpisałby kontrakt z Realem Madryt, jeżeli w jego składzie grałby gej. „Zależy, jaka byłaby wysokość kontraktu. Jakby to było dwa koła brutto, to raczej nie” – odpowiedział, a w studiu słychać było śmiech. Z kolei Adrian Błąd (GKS Katowice) opowiadał, że kiedyś „był taki jeden, któremu kuśka stawała, jak się kąpaliśmy po treningu (...). Ale już go w Polsce nie ma”.
Po tych audycjach w Noizz.pl ukazał się tekst Pawła Korzeniowskiego, pt. „Geje w szatni. Polscy piłkarze ukrywają orientację, bo koledzy, kluby i media z nich szydzą”. Poruszył temat audycji w Weszło FM. „Z naszej strony nie ma złych chęci. Moglibyśmy w ogóle pomijać temat homoseksualizmu w piłce, tak jak robi to większość dziennikarzy sportowych. Oni udają, że problem nie istnieje. Nasze pytanie jest kontrowersyjne, ale nie wydaje mi się, żebyśmy przekraczali granicę. Troszkę podpuszczamy” – tłumaczył się Bartłomiej Szcześniak, wówczas dziennikarz Weszło FM. Dodał, że sam zna historię piłkarza geja, który stracił pracę w polskim klubie z powodu orientacji seksualnej, ale nie może zdradzić, o jaki klub chodzi, bo musi być lojalny jak piłkarz na boisku.
ZGUBIONE W MONTAŻU
W publikacji „Jak pisać i mówić o kobietach i osobach LGBT+ w sporcie”, powstałej w ramach projektu „Piłka nożna kobiet narzędziem zmian”, realizowanego przez Fundację dla Wolności, napisano, że dziennikarze mogliby znacznie poprawić sytuację mniejszości seksualnych w sporcie, przełamując zmowę milczenia. Powinni częściej pytać działaczy sportowych, dlaczego w Polsce jest mniej wyoutowanych zawodniczek i zawodników niż na Zachodzie oraz jakie przepisy wprowadziły związki, żeby chronić nieheteronormatywne osoby przed dyskryminacją i przemocą.
Według tego samego poradnika, jeśli ktoś sam mówi o swojej orientacji, warto to afirmować, bo coming out jest ciągle rzadkością w Polsce, a im więcej osób się ujawnia, tym bardziej nieheteronormatywność się normalizuje i maleje ryzyko przemocy ze względu na orientację seksualną.
Z tą afirmacją bywa różnie. Po zdobyciu srebrnego medalu olimpijskiego w Tokio wioślarka Katarzyna Zillman w przekazie TVP realizowanym na żywo podziękowała swojej dziewczynie (chodziło o Julię Walczak, kanadyjkarkę). To był 2021 rok, kiedy TVP była w rękach Zjednoczonej Prawicy. „Zawsze mi się wydawało, że nie byłam w szafie ukryta, a tu się okazuje, że trzeba wszystko oficjalnie powiedzieć. Już wcześniej parę razy wspominałam o tym w różnych wywiadach, ale jednak później, po montażu nie było to puszczane” – opowiadała potem serwisowi Sport.pl. Tym razem jej słów o dziewczynie nie zdążono wyciąć. Jesienią w Polsacie zatańczy w „Tańcu z gwiazdami”. Z tancerką Janją Lesar stworzy pierwszą kobiecą parę, która wystąpi w tym show.
– Nie wydaje mi się, żebyśmy omijali ten temat. Mam wręcz wrażenie, że media sportowe podejmują go chętnie, zwłaszcza gdy mają do czynienia z jakąś wyraźną niesprawiedliwością dotyczącą homoseksualnego sportowca. Działa tu jedna zasada: nie wyprowadzamy nikogo z szafy, coming outu musi dokonać sam sportowiec – zauważa Mariusz Czykier.
W lipcu głośno było w naszych mediach o amerykańskim siatkarzu utytułowanej drużyny ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, który na Instagramie oświadczył, że jest queer. Z kolei na początku roku informowano o skoczku narciarskim Andrzeju Stękale, który w Nowy Rok w mediach społecznościowych poinformował o śmierci partnera życiowego. W wywiadzie dla serwisu SportoweFakty.wp.pl powiedział, że całe środowisko skoków wiedziało, że ma chłopaka. A o wyoutowaniu mówił następująco: „Chciałem pokazać prawdziwego siebie, żeby ludzie dowiedzieli się, kim naprawdę jestem. Myślę, że coś wniosłem, bo był to pierwszy coming out w męskim świecie sportu w Polsce. Może pozwoli to powalczyć o prawa gejów w naszym kraju”.
W przypadku Katarzyny Skorupy, byłej reprezentantki Polski w siatkówce, o tym, że jest lesbijką, najpierw napisano za granicą. W 2018 roku gwiazda włoskiej siatkówki Paola Egonu w wywiadzie dla „La Gazzetta dello Sport” powiedziała, że jest lesbijką. Dziennik szybko odkrył, że czarnoskóra zawodniczka spotyka się z o 14 lat starszą Katarzyną Skorupą. Zamieścił zdjęcie pokazujące, jak zawodniczki całują się po meczu.
Na platformie X Giovanni Capuano, dziennikarz Radia 24, skomentował to zdjęcie tak: „Włoszka od drugiego pokolenia, córka nigeryjskich emigrantów, symbol wielokulturowej i zwycięskiej drużyny narodowej, homoseksualistka romansująca z polską dziewczyną (bez ukrywania tego). Paola #Egonu ma naprawdę wszystko, co szokuje zamknięte umysły naszych czasów”.
Kilka miesięcy później Szymon Krawiec, nawiązując do włoskiego zdjęcia, w rozmowie dla „Wprost” zapytał polską siatkarkę, dlaczego nie zrobiła coming outu. „Nikt nigdy o to nie zapytał. Przecież przed tym słynnym już zdjęciem miałam inne partnerki. (...) Poza tym homoseksualizm to w Polsce niewygodny temat”.
TESTOSTERON
Dla redakcji sportowych jeszcze mniej wygodnym tematem jest interpłciowość. Zasada segregacji płciowej w sporcie przez dziesiątki lat wydawała się oczywista i słuszna, bo służyła potencjalnie słabszym, czyli kobietom. Problem w tym, że jednak nie każda osoba mieści się w binarnym podziale na płeć męską i żeńską. To grząski teren, na który większość dziennikarzy sportowych woli nie wstępować.
– Widzimy, że zawodniczka ma zarost na mocnej szczęce, szeroki kark, ale skoro jest dopuszczona do zawodów z dziewczynami, to wolimy zachować to dla siebie, bo nie bardzo wiadomo, jak o tym mówić, aby nikomu się nie narazić – mówi mi jeden z dziennikarzy komentujących lekkoatletykę. W tym przypadku woli się nie wypowiadać pod nazwiskiem.
– Jeżeli ten temat jest już podejmowany, to często w taki sposób, w jaki nie powinien być – zauważa Mirosław Żukowski, który przez wiele lat kierował redakcją sportową „Rzeczpospolitej”. – Mieliśmy tego przykład podczas igrzysk w Paryżu, kiedy polskiej bokserce przyszło walczyć o złoto z zawodniczką z Tajwanu. Obrzydliwości, które się wtedy pojawiały w dyskusji na ten temat, nie warto powtarzać. Łatwo jest kogoś zranić. Jednak z tego powodu pomija się w mediach trudny, ale niezwykle ważny temat, jakim są zawodniczki z naturalnie podwyższonym poziomem testosteronu, które rywalizują w konkurencjach kobiecych – dodaje Żukowski.
Rok temu nasza pięściarka Julia Szeremeta przegrała walkę o olimpijskie złoto z Lin Yu-Ting. Tajwanka, która od wielu lat boksowała z kobietami, w trakcie mistrzostw świata w 2023 roku została wykluczona z rywalizacji, bo zdaniem organizacji IBA nie przeszła testu płci. MKOl nie dał wiary badaniom przeprowadzonym przez powiązaną z Rosją federację i dopuścił Tajwankę do igrzysk, podobnie jak bokserkę z Algierii – Imane Khelif, która miała ten sam problem. Jednak internauci, a wraz z nimi wiele mediów, tylko na podstawie wyglądu zawodniczek orzekli, że obie bokserski są oszustami udającymi kobiety. „Julia Szeremeta w finale olimpijskim musi pokonać mężczyznę” – donosiła bez skrupułów redakcja sportowa serwisu Niezalezna.pl.
Trzy miesiące po zakończeniu igrzysk media stadnie wróciły do tematu Imane Khelif, bo jakoby dotarły do prawdy. „Koniec domysłów. Media: Imane Khelif jest mężczyzną. Raport medyczny szokuje” – donosiła Interia Sport. „Imane Khelif – mistrzyni olimpijska w Paryżu – ma jądra i minipenisa. Ujawniono badania” – krzyczał należący do Polska Press portal I.pl. Ślepo powoływali się na rzekome wyniki badań zawodniczki przeprowadzone we francuskim szpitalu. Jedynie „Przegląd Sportowy” przytomnie zauważył, że te sensacyjne doniesienia nie pochodzą z wiarygodnego źródła, a autentyczności badań nie potwierdził ani szpital, ani profesor endokrynolog Jacques Young, który miał je przeprowadzać. W rozmowie z Deutsche Welle stwierdził wprost, że jego nazwisko zostało wykorzystane do „rozpowszechniania fałszywych informacji i agendy antytrans”.
Jest też druga strona tego medalu. Joanna Jóźwik przez większość kariery w biegu na 800 metrów musiała się mierzyć z zawodniczkami z Afryki, mającymi poziom testosteronu wyższy niż u przeciętnej kobiety (hiperandrogenizm). Kiedy na igrzyskach w Rio de Janeiro przybiegła na metę jako piąta, za plecami Caster Semenyi i podobnych jej rywalek, podsumowując nierówną rywalizację, powiedziała, że i tak czuje się jak medalistka. „Wstrzyknę sobie trochę testosteronu i też będę tak szybko biegać” – powiedziała dziennikarzom po biegu. Dodała, że denerwuje ją bieganie z zawodniczkami „trzy razy większymi” od niej. Potem przyznała, że po tych wypowiedziach doświadczyła wsparcia, ale też ostrej krytyki. Oskarżano ją o rasizm. „Dla niektórych nie powinnam żyć” – opowiadała w mediach. Po kilku latach w World Athletics zdecydowano, że biegaczki interpłciowe muszą farmakologicznie obniżać poziom testosteronu, jeżeli chcą startować w konkurencjach kobiecych.
DOPING
Kiedyś tematem tabu w mediach był nielegalny doping. Szczególnie jeśli dotyczył sportowców przynoszących Polsce medale. W PRL za pisanie o nim można było wylecieć z redakcji. Jeden z doświadczonych dziennikarzy opowiada mi wprost, że przypadkiem widział, jak dobra, polska zawodniczka wypełniła probówkę do testów antydopingowych moczem wcześniej przyniesionym w pojemniku. Inny w latach 90. dowiedział się od laborantki pracującej w ośrodku sportowym w Spale, co wykryła w moczu trenujących tam piłkarzy kadry. Obaj zachowali te sensacje dla siebie.
– Temat ten wciąż budzi zrozumiałe kontrowersje i bardzo często przez odbiorców jest uważany za tabu, bo redakcje zwykle podejmują go post factum. Rzecz w tym, że inaczej postępować nie mogą. W przypadku stwierdzenia naruszeń przepisów antydopingowych przez odpowiednie agencje jest dość precyzyjnie określona procedura, w której najpierw informuje się zawodnika, dając mu czas na odniesienie się do sprawy i zbadanie próbki B, a dopiero na końcu media – tłumaczy Mariusz Czykier. – Tak naprawdę wprost możemy mówić tylko po poinformowaniu o tym zawodnika i po oficjalnym ogłoszeniu stwierdzenia nadużycia. Czasem udaje się nieoficjalnie wyprzedzić ten ostatni etap – dodaje dziennikarz.
W przypadku ubiegłorocznego zawieszenia Igi Świątek dziennikarze pracujący przy tenisie zarzekają się, że nikt w mediach tej informacji nie ukrywał, bo jej wcześniej nie znał. Wszyscy uwierzyli sztabowi Świątek, że liderka cyklu WTA nie wystąpi we wrześniowych turniejach w Azji, bo jest zmęczona. Później okazało się, że nie mogła tam grać, bo została zawieszona z powodu wykrycia w jej organizmie niedozwolonej substancji – trimetazydyny (pochodziła z zanieczyszczonego leku przyjętego przez tenisistkę). Sytuacja ta pokazała, jak szczelnym kokonem jest otoczona nasza największa gwiazda sportu. Nikomu nie udaje się go przebić.
NAJJAŚNIEJSZE GWIAZDY
Dziennikarze nie chcą się narazić ani Idze Świątek, ani jej psycholożce Darii Abramowicz, która jest kluczową osobą w sztabie zawodniczki. Ale w redakcjach sportowych chętnie spekuluje się o łączących je relacjach. Po dokumencie dla Netfliksa pojawiły się zarzuty, że są one zbyt bliskie. I nawet jeśli nic nowego redakcje w tej sprawie nie potrafią ustalić, to puszczają oko do czytelników. „Świątek już się nie kryje. Wyłożyła karty na stół ws. Abramowicz” – nęcił w połowie sierpnia serwis Sport.pl. „»Jej mogę zaufać«. Takich słów o Abramowicz Świątek jeszcze nie mówiła” – podtrzymywała napięcie sekcja sportowa „Faktu”. Tymczasem oba linki odsyłały do opisu materiału wyprodukowanego przez Rolex, sponsora Świątek, w którym opowiedziano, jak bardzo jej pomaga w rozwoju trening mentalny z Abramowicz.
Kiedyś nestor wśród dziennikarzy pracujących przy rozgrywkach tenisowych, Ubaldo Scanagatta, zapytał Świątek na konferencji, czy skoro nie maluje się przed meczami, jak wiele innych zawodniczek, to czy w ogóle nosi makijaż. Tenisistka pytanie przyjęła, odpowiedziała wymijająco, ale dziennikarza skrytykowano. Michał R. Wiśniewski napisał w „Polityce”, że to pytanie do „najjaśniejszej gwiazdy polskiego sportu” przypominało zachowanie „pijanego wujka na weselu” i było „seksistowskim zgrzytem”. W tej krytyce nie był odosobniony.
W przypadku „najjaśniejszych gwiazd” trudne tematy zostawia się dziennikarzom spoza redakcji sportowych. Na przykład niejasności związane z wykształceniem naszego najlepszego piłkarza. „Robert Lewandowski kupił dyplom w prywatnej uczelni w Łodzi. Piszę to z całą odpowiedzialnością, bo »zdał« u mnie dwa egzaminy. O wszystkim dowiedziałam się w czasie przesłuchania jako świadek w tej obrzydliwej sprawie” – napisała w lipcu 2014 roku na platformie X Barbara Mrozińska-Badura, prezeska TV Toya, była wykładowczyni w Wyższej Szkole Edukacji Zdrowotnej i Nauk Społecznych. Dziennikarze sportowi, którzy w mediach społecznościowych potrafią długo debatować nad nową fryzurą piłkarza Barcelony, jego podejrzanymi studiami się nie zajęli. Temat pociągnął tylko Łukasz Cieśla z Onetu, który już trzy lata wcześniej przeprowadził śledztwo w sprawie dyplomów z pedagogiki zdobytych przez piłkarza bez studiowania. Wykładowczyni powiedziała mu, że nigdy nie widziała na zajęciach „tak znanego studenta”, jak Lewandowski, a według dokumentów uczelni miała go niby dwukrotnie egzaminować i postawiła mu dwie trójki.
– Są tematy, które pomija się przez zapomnienie. Na przykład Zbigniewowi Bońkowi nie wypada przypominać, że był selekcjonerem kadry, bo to wstydliwy etap w jego karierze, zakończony porażką z Łotwą. Po co mu się niepotrzebnie narażać – przyznaje Michał Kołodziejczyk.
Mirosław Żukowski wiele lat temu napisał w „Rzeczpospolitej”, że gdyby dziennikarze odchodzącego pokolenia zechcieli opowiedzieć wszystko, co wiedzą, to „okazałoby się, że historię polskiego sportu trzeba pisać na nowo”.
Dopiero z książek dowiadujemy się o libacjach alkoholowych trwających do białego rana na zgrupowaniach kadry prowadzonej przez Henryka Apostela albo o tym, że Janusz Wójcik, trener reprezentacji olimpijskiej, która zdobyła srebrny medal w Barcelonie, a później głównej kadry, a nawet poseł na Sejm, pił wódkę zmieszaną z izotonikiem przed meczami drużyn, które prowadził, a nawet w ich trakcie. Dziennikarze od piłki doskonale o tym wiedzieli, bo niektórzy z nim pili. Dopiero po latach zaczęli o tym publicznie opowiadać w formie anegdot.
Czy dziś też skrywają podobne tajemnice? – Tematem, którego się nie porusza w przypadku piłkarzy, jest ich uzależnienie od hazardu. Jeżeli zawodnik spędza noce w kasynach, a nie odpoczywa po treningach, to przecież ma to wpływ na jego formę sportową. Uznajemy jednak, że to sprawa wyłącznie pracodawcy, i się nie wtrącamy – mówi Kołodziejczyk.
Zdaniem Mirosława Żukowskiego z powodu mediów społecznościowych i dużej konkurencji w internecie tematów, których redakcje sportowe nie poruszają, jest jednak znacznie mniej niż kiedyś. A Krzysztof Rawa zauważa, że te, które są, wynikają głównie z balansowania między rzetelnością a lojalnością wobec środowiska sportowego.
Dlatego rzadko podaje się wartość kontraktów sponsorskich, choć dziennikarze często je znają. I to nie dlatego, że są wysokie, ale wręcz odwrotnie, śmiesznie niskie. – Jedna z firm, którą zapytałem kiedyś na konferencji, czy faktycznie została partnerem drużyny piłkarskiej za kwotę, którą udało mi się ustalić, obraziła się i przestała mnie zapraszać na kolejne eventy związane ze sponsoringiem – mówi off the record dziennikarz serwisu internetowego.
Czasem chodzi też o lojalność wobec kolegów dziennikarzy. W 2014 roku Justyna Kowalczyk opowiedziała Pawłowi Wilkowiczowi (wówczas z „Gazety Wyborczej”), że poroniła i przeszła depresję. Do jej pogłębienia przyczynił się zawód miłosny. Najlepsza polska narciarka nie chciała powiedzieć, o kogo chodzi, ale dziennikarze wiedzieli. Ówczesny reporter TVP Sport Sebastian Parfjanowicz nie tylko jeździł za nią na każde zawody, ale też z nią mieszkał i odbierał jej telefon. Po tym jak sprawa się wydała, został odsunięty od obsługiwania biegów narciarskich. Media wielokrotnie pisały o nieszczęśliwej miłości wielokrotnej medalistki olimpijskiej, ale nazwisko bohatera romansu zachowały dla siebie.
***
Ten tekst Grzegorza Kopacza pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 9-10/2025. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.
„Press” do nabycia w dobrych salonach prasowych lub online (wydanie drukowane lub e-wydanie) na e-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy „Press”: Michał Przedlacki, afera z książką Opolskiej i kto zarabia na AI
Grzegorz Kopacz











