Temat: internet

Dział: INTERNET

Dodano: Październik 03, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Slopaganda. Tania, bełkotliwa propaganda nowej ery zalewa Polskę

19 lutego 2025 roku Biały Dom na platformie X zamieścił fikcyjną okładkę magazynu „Time” – był na niej Donald Trump jako król. Fałszywka na profilu Białego Domu ma już ponad 40 mln wyświetleń i obiegła media, także te tradycyjne, całego świata (screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Donald Trump w mediach społecznościowych prezentował się już jako król, rycerz Jedi, papież czy Jezus. Ale Amerykanie oglądają też filmiki, w których prezydent USA jest klockiem Lego strącanym do piekła. To tania, bełkotliwa propaganda nowej ery, która zalewa już także Polskę.

Autor: Grzegorz Kopacz

„Zostałem zamordowany, ale nie o to chodzi” – mówi Andrzej Lepper w wideo zamieszczonym na YouTubie.

Polityk nie żyje od 15 lat, jednak w nagraniu opublikowanym w połowie kwietnia jest jak żywy. Ubrany w niebieską koszulę, bez krawata, stoi na polu wśród łanów dojrzałego zboża i opowiada: „Mam godnych następców. Wspierajcie Samoobronę Odrodzenie. Polska dla Polaków. Tylko ta partia może zrealizować moje zadania. Zawsze ufałem takim ludziom”. Kończy, machając kłosem do widzów: „A co do PiS-u – my was znajdziemy!”.

Andrzeja Leppera w interesie politycznym ożywiła w internecie nowa partia, Samoobrona Odrodzenie – Polska dla Polaków. „To jest forma zainteresowania wyborców. Tak wygląda w dzisiejszych czasach polityczny PR. Ta forma przekazu ma zmusić ludzi do myślenia” – tłumaczył wideo w „Rzeczpospolitej” przewodniczący partii Jerzy Andrzejewski. „Wszyscy wiedzą, że Andrzej Lepper nie żyje, więc nie można tego uznać za wprowadzanie w błąd” – przekonywał.

Wideo z ożywionym Lepperem to przykład slopagandy – tanich materiałów generowanych przez sztuczną inteligencję i rozpowszechnianych w mediach społecznościowych w celach propagandowych. Slops to po angielsku pomyje, a slop w slangu to nędznej jakości treści. W przypadku slopagandy chodzi o filmiki, grafiki, memy, posty – wypluwane przez AI szybko i w ogromnych ilościach wprost do mediów społecznościowych. Mają się nijak do prawdy, bo nie o prawdę w nich chodzi. Powinny wywołać silne emocje – od szoku i gniewu po zażenowanie i rozbawienie. Często są wręcz absurdalne, przypominają koślawą satyrę. Ich jedynym celem jest manipulacja odbiorcami.

PROPAGANDA OD AI

Termin slopaganda wymyślił dr Michał Klincewicz, adiunkt w katedrze Kognitywistyki Obliczeniowej Uniwersytetu w holenderskim Tilburgu. Pod koniec 2025 roku, wspólnie z prof. filozofii Markiem Alfano oraz badaczem mediów Amirem Ebrahimim Fardem, zaproponował go w artykule „Slopaganda: The interaction between propaganda and generative AI”, opublikowanym w szwedzkim czasopiśmie „Filosofiska Notiser”. Termin szybko przyjął się w anglojęzycznych mediach.

Michał Klincewicz to obywatel świata. Wychował się w Polsce, dobrze zna język polski, choć woli odpowiadać po angielsku. W wieku 12 lat wyemigrował z rodzicami do New Jersey. Po atakach 11 września 2001 roku zdecydował, że będzie Amerykaninem. W 2013 roku uzyskał stopień doktora filozofii na City University of New York. Jednak po tym, jak Donald Trump doszedł pierwszy raz do władzy, opuścił USA i wrócił do Europy. Pracował w interdyscyplinarnej Berlińskiej Szkole Umysłu i Mózgu (Uniwersytet Humboldtów). Cztery lata mieszkał w Krakowie, do dziś ma część etatu w Katedrze Kognitywistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale nie był w Polsce od 2018 roku. Teraz mieszka w Eindhoven, wielu jego sąsiadów pracuje w ASML, jedynej firmie na świecie, która wytwarza warte miliony dolarów maszyny do produkcji układów scalonych, na których działa AI. Na uniwersytecie w Tilburgu prowadzi badania dotyczące m.in. dezinformacji, sztucznej inteligencji i jej wpływu na mózg człowieka.

Press

(screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Dr Klincewicz precyzuje, że w jego naukowej definicji slopaganda odnosi się do masowo produkowanych, spersonalizowanych treści generowanych przez sztuczną inteligencję, mających na celu manipulowanie przekonaniami, ale też przytłoczenie ekosystemu informacyjnego.

Podkreśla, że slopaganda od tradycyjnej propagandy różni się skalą, zakresem i szybkością roznoszenia się. Dzięki możliwościom AI może być mikrotargetowana, a więc dostosowana do indywidualnych przekonań politycznych i ideologicznych odbiorcy, przede wszystkim ma je utrwalać. No i budowana jest na emocjach, a nie faktach.

Czym się różni od trollingu, tak powszechnego w mediach społecznościowych? – Terminu slopaganda użyliśmy w naszym artykule w odniesieniu do treści tworzonych za pomocą generatywnej sztucznej inteligencji, które mają osiągnąć określony cel polityczny. To połączenie propagandy i bełkotu. Trolling to szersza kategoria niż slopaganda, którą należy rozpatrywać w kontekście perswazji lub manipulacji. Trolling może również wykorzystywać AI i być motywowany politycznie, ale nie musi – wyjaśnia naukowiec.

ODCHODY Z MYŚLIWCA

Najłatwiej wytłumaczyć slopagandę na przykładach. Pełno ich na profilach amerykańskiej administracji, jak i u samego Donalda Trumpa. Pod koniec stycznia te wywołujące najwięcej emocji pokazał i omówił „The Guardian”.

19 lutego 2025 roku Biały Dom na platformie X zamieścił fikcyjną okładkę magazynu „Time” – był na niej Donald Trump jako król. Fałszywka na profilu Białego Domu ma już ponad 40 mln wyświetleń i obiegła media, także te tradycyjne, całego świata. Na tyle oburzyła Amerykanów, że rok po jej publikacji nadal organizowane są protesty we wszystkich 50 stanach pod hasłem „No Kings”. W ostatni weekend marca wzięło w nich udział ponad 8 mln osób. Jak na nie reaguje sam Trump? Znów odpowiada slopagandą. W swoim serwisie Truth Social w październiku 2025 roku zamieścił wideo wygenerowane przez AI, w którym jako prezydent z koroną na głowie pilotuje myśliwiec i zrzuca odchody na protestujących w Nowym Jorku.

3 maja 2025 roku Trump przypomniał o sobie światu przy okazji dyskusji, kto powinien być następcą zmarłego papieża Franciszka. Prezydent USA zamieścił fotografię, na której głową Kościoła jest on sam. Wiral obiegł media społecznościowe, zdjęcie trafiło na główne strony portali, jedynki gazet i do telewizyjnych kanałów informacyjnych całego świata. Trump podtrzymywał, że nikogo nie obraził, a oburzyli się tylko ci, którzy nie mają poczucia humoru. W tym roku poszedł jeszcze dalej i opublikował grafikę, na której uzdrawia jako Jezus. Po tym, jak za bluźnierstwo uznali to nawet jego zwolennicy z ruchu MAGA, usunął grafikę.

Już następnego dnia – 4 maja, w dniu nieoficjalnego święta fanów „Star Wars” – Biały Dom pokazał prezydenta jako rycerza Jedi. Tym razem wściekli się miłośnicy „Gwiezdnych wojen”, którzy też nie uznali tego za dobry żart.

ROZWRZESZCZANY DONALD

Na pewno żartem nie było to, co administracja Trumpa zrobiła ze zdjęciem Nekimy Levy Armstrong, prawniczki walczącej o prawa obywatelskie w Minneapolis. Agenci po tym, jak ją zatrzymali, zrobili jej zdjęcie, do którego pozowała spokojna i dumna. Pół godziny po opublikowaniu tej fotografii Biały Dom zamieścił jej przeróbkę – aktywistce zajmującej się między innymi kwestiami równości rasowej wykrzywiono twarz płaczem i przerażeniem, a także przyciemniono jej skórę, bo była za mało czarna. Biały Dom przedstawił prawniczkę jako „skrajnie lewicową agitatorkę” aresztowaną za „zorganizowanie zamieszek w kościele”. W rzeczywistości demonstrowała podczas nabożeństwa prowadzonego przez pastora powiązanego z ICE. Została zwolniona bez postawienia zarzutów.

– Slopaganda obecnej administracji Białego Domu jest wykorzystywana zarówno do celów komunikacyjnych, jak i do rozpowszechniania określonych narracji i skojarzeń. Ma cel polityczny. Inne państwa i podmioty niepaństwowe również ją wykorzystują. Zakładam, że dopóki będą to robić, to Biały Dom również będzie tak robił – zauważa dr Klincewicz.

Press

Pół godziny po opublikowaniu fotografii Biały Dom zamieścił jej przeróbkę – aktywistce wykrzywiono twarz płaczem i przerażeniem, a także przyciemniono skórę (screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Po ataku USA i Izraela na Iran media społecznościowe zalała slopaganda ajatollahów. Najpierw były to filmiki pokazujące rzekome wybuchy w Tel Awiwie, bombardowanie amerykańskich baz wojskowych, torpedy rozbijające lotniskowce USA. Jednak prawdziwą furorę zaczęły robić wrzucane m.in. przez ambasadorów Iranu serie animacji, w których występują figurki zrobione w stylu Lego na podobieństwo Donalda Trumpa, Benjamina Netanjahu czy Pete’a Hegsetha. W filmikach np. knują oni na wyspie Epsteina, kiedy amerykańscy poborowi pakują się na wojnę, albo skaczą po łóżku z radości jak dzieci, do czasu aż nie zobaczą wykresu ceny ropy. Trump jest w nich najczęściej przedstawiany jak rozkapryszony bachor, któremu nic się nie udaje.

„The Economist”, analizując te wirale, które podają dalej m.in. Amerykanie (od lewa do skrajnego prawa), i to przecież głównie na amerykańskich platformach społecznościowych, dostrzegł, iż modele sztucznej inteligencji trenowane na zachodnich treściach pomogły Iranowi stworzyć przekaz zgodny z naszą popkulturą i tabloidowymi stereotypami. Na tle tych lekkich, prześmiewczych historyjek amerykańska slopaganda wojenna wydaje się ociężała. Tworzą ją głównie miksy rzeczywistych nagrań ataków rakietowych z kadrami popularnych filmów fabularnych, gier wideo czy anime. Użytkownicy mediów społecznościowych za sprawą wojny w Ukrainie czy nalotów na Gazę już dawno uodpornili się na oglądanie prawdziwych wybuchów.

PINGWIN NA GRENLANDII

W Białym Domu tłumaczą, że korzystają ze sztucznej inteligencji, bo pozwala najszybciej publikować treści. Nie ma znaczenia, że te treści są dziecinnie głupie. Na profilu prowadzonym przez to najpotężniejsze państwo świata jest rysunek w stylu anime, na którym prezydent Trump, trzymając amerykańską flagę, zmierza po lodowcu w kierunku gór z flagą Grenlandii. Za rękę trzyma pingwina, a te przecież nie żyją na półkuli północnej, ale na południowej.

Slopaganda nie jest jednak adresowana do ludzi myślących, tylko do tych, którzy zaglądając do social mediów, myślenie wyłączają. Ma się przebijać przez mechanizmy obronne odbiorcy, dlatego musi go zalewać. Nie chodzi w niej o to, aby ktoś w przekaz uwierzył, chodzi o konotację, przypisanie określonych cech, powiązanie z dobrem albo złem. Można to porównać z urabianiem świata na sposób znany z popkultury, np. z komiksów. Nawet dziecko wie, że Batman to superbohater, a Joker – psychopatyczny morderca i socjopata. Trump jako hokeista zdobywający złoto na olimpiadzie, rycerz Jedi, król, papież czy nawet Jezus – ma utrwalać przekaz, że przywódca świata jest jeden i we wszystkim najlepszy.

– Siła slopagandy nie tkwi w jej wyrafinowaniu, ale w skali i szybkości. To komunikacyjny fast food – slopaganda jest tania w produkcji, masowa i piekielnie tłusta od emocji – wyjaśnia dr nauk społecznych Kamil Wszołek, dziennikarz i wydawca w Radiu Kraków, ambasador DigitalEU. – W przeciwieństwie do tradycyjnej dezinformacji, która stara się udawać prawdę, slopaganda ma fakty głęboko w nosie. Jej zadaniem nie jest oszukanie naszego intelektu, ale ominięcie filtrów krytycznych za pomocą czystego absurdu. Kiedy widzimy Donalda Trumpa w papieskim stroju albo polityków naszej rodzimej sceny wklejonych w popkulturowe klisze, nasz mózg bawi się formą i kapituluje. Nie analizujemy, czy to prawda, bo wiemy, że fikcja. Na poziomie podświadomym zachodzi jednak bezwzględny transfer emocji. Kupujemy ten cyfrowy szum, bo idealnie rezonuje z naszymi lękami, złością lub dumą – tłumaczy ekspert.

Radek Kobiałko, były korespondent sejmowy, reżyser, szef festiwalu Best Stream Awards, zauważa, że najłatwiej steruje się ludźmi, którzy nie mają czasu, cierpliwości ani nawyku sprawdzania. Łatwo oszukać tych, którzy reagują szybciej, niż rozumieją. – Mamy społeczeństwo coraz mniej odporne poznawczo: średni czas skupienia na jednym ekranie spadł według badań Glorii Mark z około 2,5 minuty w 2004 roku do 47 sekund, a badanie „Nature Human Behaviour” pokazało, że około 75 procent udostępnień linków do newsów odbywa się bez wcześniejszego kliknięcia w ten link. To znaczy, że propaganda nie musi już przekonywać człowieka, który czyta, sprawdza i analizuje. Wystarczy, że trafi w emocje tego, który przewija, reaguje i podaje dalej – mówi autor podcastu „Radek Kobiałko Nadaje”, w którym zajmuje się geopolityką, technologią i mediami.

KURSKI 3.0

Prof. Brian Anse Patrick w książce „10 przykazań propagandy” stwierdza, że „propagandysta nie może zawieść tych, którzy chcą słuchać jego komunałów, w przeciwnym razie może on utracić swoich wiernych odbiorców”. Slopaganda wręcz topi odbiorców w komunałach.

– Popularność AI slopów bierze się z połączenia kilku rzeczy: są niskiej jakości, tanie w produkcji, często chaotyczne, w większości unikają silnej moderacji ze strony platform i dają możliwość przedstawiania budzących polityczne emocje scenariuszy z przymrużeniem oka – mówi Jakub Szymik, założyciel Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej.

– Intelektualnie duża część opinii publicznej nie nadąża za narzędziami, które dostali: grupy wpływu, partie, farmy trolli i polityczni handlarze emocjami. Jacek Kurski swoje słynne „to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi” powiedział około 20 lat temu, gdy propaganda działała jeszcze tradycyjnymi metodami. Proszę sobie wyobrazić takiego Kurskiego wyposażonego dziś w algorytmy, portale społecznościowe, farmy trolli, klonowanie głosu, fałszywe nagrania, generowane zdjęcia i filmy. To już nie jest wizja przyszłości, tylko rzeczywistość – dodaje Kobiałko.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości regularnie publikują w mediach społecznościowych memy i materiały, w których straszą, co stanie się z Polską, jeżeli Donald Tusk nie straci władzy. Kontynuują kampanię Jacka Kurskiego, na ich profilach Tusk nadal pracuje dla Niemiec i ma rogi, jakie dorobiła mu TVP rządzona przez PiS.

Przed Wielkanocą sieć zalały grafiki o mitycznej drożyźnie, które nijak się mają do danych o inflacji w naszym kraju. Większość z nich wyglądała jak strugana cyfrowym toporem, ale politycy nie wstydzili się ich wstawiać na swoje profile. Powiązany z partią PiS portal Niezależna.pl wprost tłumaczył swojej bańce, po co one są: „Chociaż niektóre memy o drożyźnie są zabawne, to również poruszają ważne problemy społeczne. Pokazują, jak rosnące ceny wpływają na życie ludzi i jak trudno jest im wiązać koniec z końcem. Memy te mogą być również formą protestu przeciwko rządowi Donalda Tuska i jego polityce gospodarczej. Właśnie Donald Tusk często pojawia się jako uosobienie podwyżek”.

Jednak PiS otrzymuje ciosy zadane tą samą bronią. Pod koniec kwietnia Sławomir Mentzen, lider Konfederacji, udostępnił film, na którym płynie stary okręt z logo PiS. Kiedy trwa sztorm, Mateusz Morawiecki z Przemysławem Czarnkiem walczą o ster, a rozbawiony Jacek Kurski popija drinka. Potem do tonącego statku podpływa luksusowy jacht pod biało-czerwoną banderą. Sławomir Mentzen zabiera pasażerów na swój pokład, ale nie wszystkich. Morawiecki, Czarnek i Kurski wraz z okrętem PiS idą na dno. Mentzen zamieścił wideo z dopiskiem: „Wartości nie toną. Czas na przesiadkę!”.

ODWROTU NIE MA

– Znaczny wzrost polskiej slopagandy zobaczymy przed najbliższymi wyborami – mówi dr Michał Klincewicz, który spodziewa się też dezinformacji z Rosji. – Przybędzie filmów, które będą miały na celu dyskredytację kandydatów będących przeciwnikami – tych preferowanych przez Moskwę – dodaje.

– Propaganda z turbodoładowaniem AI zdominuje dużą część debaty publicznej. W pewnym sensie już ją dominuje, tylko dziś bywa jeszcze rozpoznawalna. Widać to choćby po grafikach generowanych przez polityków właściwie każdej opcji w Polsce. Są podobne: przeładowane, krzykliwe, robione jakby spod jednego szyldu i zdradzające, że tworzyli je ludzie, którzy nie potrafią dobrze pracować z modelami AI – komentuje Radek Kobiałko. – Najgroźniejsza będzie propaganda AI 3.0, z którą zaczynamy się już stykać i która przed kolejnymi wyborami w Stanach, Polsce i innych krajach stanie się znacznie poważniejszym problemem. Chodzi o materiały oparte na technologiach, przy których zwykły odbiorca nie będzie miał realnej szansy rozpoznać, czy widzi autentyczne nagranie, prawdziwe zdjęcie, rzeczywistą wypowiedź, czy wygenerowaną scenę. Jeżeli do tego dodamy fakt, że ponad połowa ruchu w internecie to już boty, a ogromna część ludzi działa jak żywe boty, czyli bezrefleksyjnie powiela cudze tezy, emocje i hasła, dostajemy idealne środowisko dla propagandy – prognozuje Kobiałko.

Zdaniem dr. Klincewicza od slopagandy nie ma już odwrotu. – Największym niebezpieczeństwem slopagandy jest jej normalizacja i ogólnie spadek zaufania do mediów i dziennikarstwa, bo wzrośnie skuteczność wszelkiej dezinformacji. Slopagandę należy uregulować i aktywnie zwalczać, a jej rozprzestrzenianie monitorować i mu przeciwdziałać. Te same instrumenty prawne, które zakazują kampanii FIMI (ang. Foreign Information Manipulation and Interference), mogłyby objąć slopagandę. Moglibyśmy też wprowadzić wymogi dotyczące znaków wodnych dla obrazów i filmów generowanych przez sztuczną inteligencję. Bez takich oznaczeń platformy mediów społecznościowych nie powinny mieć prawa do hostowania treści generowanych przez sztuczną inteligencję, a jeżeli by to robiły, to powinny być za to karane – radzi naukowiec.

– Już teraz platformy oznaczają takie materiały, a na dniach pojawią się ostateczne wytyczne Komisji Europejskiej w sprawie oznaczeń takich treści. To bardzo dobrze, choć dla wielu odbiorów takie oznaczenia będą praktycznie niezauważalne – zwraca uwagę Jakub Szymik z Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej.

– Dziennikarze też wpadają w tę pułapkę. Obowiązuje tu prawo Brandoliniego: energia potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż wysiłek włożony w jej stworzenie – analizuje Kamil Wszołek. – Fact-checker ślęczy nad jednym obrazkiem dwa dni, a bot w tym czasie generuje tysiąc nowych. Unijny AI Act czy standardy kryptograficznego znakowania plików C2PA to świetna tarcza, ale ta technologia nie wygra z partyzantką open-source. Musimy pilnie przeprogramować edukację medialną. Zamiast uczyć ludzi wpatrywania się w piksele i szukania szóstego palca na obrazku z AI, musimy wdrożyć sceptycyzm intencjonalny. Zamiast pytać: „Czy to zdjęcie jest prawdziwe?”, musimy pytać: „Kto i po co chce we mnie tym obrazem wywołać wściekłość lub euforię?”.

Dr hab. Katarzyna Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS zwraca uwagę, że platformy społecznościowe to jednak nie jest cała infosfera i nie wszystko, co się w nich dzieje, przenika do pozostałych obszarów życia. – Sedno obrony przed niskiej jakości treściami zawsze tkwi w krytycznym myśleniu i sceptycyzmie. Dieta informacyjna, dziś rozumiana nie tylko jako ograniczenie ilości informacji, ale również świadomy wybór tematów i źródeł, to coraz częstsza i najlepsza praktyka, aby nie dać się złapać w sidła manipulacji i dezinformacji – radzi.

– Indywidualnie można się bronić przez radykalne ograniczenie korzystania z portali społecznościowych, które niesłusznie nazywamy mediami społecznościowymi, bo z mediami mają coraz mniej wspólnego – zgadza się Radek Kobiałko. – Można wracać do sprawdzonych źródeł, dłuższych tekstów, podcastów, książek, bezpośrednich relacji i świadomego używania AI jako narzędzia, a nie zastępstwa za myślenie. AI w rękach ludzi mądrych, kompetentnych i świadomych technologii może wzmacniać ich możliwości, ale w rękach ludzi bez wiedzy i doświadczenia staje się narzędziem masowego ogłupiania.

Na ukrócenie slopagandy Kobiałko ma bardzo radykalny pomysł. – Politycy pełniący funkcje publiczne – od posłów i senatorów, przez urzędników państwowych i ministrów, aż po premiera – powinni mieć zakaz używania portali społecznościowych do komunikacji politycznej, bo właśnie tam bije źródło tej politycznej gangreny. Jedni świadomie tworzą narrację opartą na algorytmach, emocjach i treściach generowanych przez AI, a inni, chcąc nie chcąc, odpowiadają podobnymi środkami: grafikami, filmami, tekstami i fałszywymi obrazami rzeczywistości. Powstaje perpetuum mobile w krzywym zwierciadle sztucznej inteligencji. Bez regulacji zakazujących partiom i politykom produkowania treści politycznych z użyciem AI debata publiczna zamieni się w wyścig syntetycznych manipulacji.

***

Ten tekst Grzegorza Kopacza pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych

Press

Grzegorz Kopacz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.