Gwałt na prasie. Nie pierwszy raz Netanjahu grozi "The New York Times" konsekwencjami
Trzy dni po publikacji Kristofa premier Izraela Benjamin Netanjahu zagroził złożeniem pozwu o zniesławienie przeciwko niemu i dziennikowi „The New York Times” (fot. Ronen Zvulun/REUTERS POOL/EPA/PAP)
To nie pierwszy raz, gdy Benjamin Netanjahu grozi dziennikowi „The New York Times” sądowymi konsekwencjami.
Autorka: Marta Zdzieborska
Nicholas Kristof, dwukrotny zdobywca Pulitzera, nie musiał dostawać kolejnej prestiżowej nagrody, by o jego tekście usłyszał cały świat. W swoim felietonie opublikowanym 11 maja opisał m.in. historię Palestynki bitej i obmacywanej przez strażników więziennych, rolnika gwałconego metalową pałką oraz palestyńskiego urzędnika, którego izraelscy osadnicy mieli rozebrać do naga i grozić gwałtem.
Najdrastyczniejszy jest przypadek dziennikarza z Gazy, który twierdzi, że gdy przebywał w areszcie w 2024 roku, skrępowano mu jądra i penisa opaskami zaciskowymi. Strażnicy mieli go bić po genitaliach przez wiele godzin. Innym razem, według relacji mężczyzny, rozebrali go, zasłonili mu oczy, skuli kajdankami, a następnie mieli dopuścić się tortur o charakterze seksualnym, wykorzystując do tego psa.
Nicholas Kristof skonfrontował relację swojego rozmówcy z opowieściami innych palestyńskich więźniów i działaczy praw człowieka, którzy również mówili o psach policyjnych szkolonych do tego celu.
Kristof rozmawiał w sumie z 14 palestyńskimi kobietami i mężczyznami twierdzącymi, że doznali przemocy seksualnej ze strony izraelskich żołnierzy, osadników i strażników więziennych.
„To prosta propozycja: niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie, powinniśmy być w stanie zjednoczyć się w potępieniu dla gwałtu” – tak Kristof zaczyna swój tekst napisany po wyjeździe na okupowany przez Izrael Zachodni Brzeg Jordanu. Dziennikarz przekonuje, że nadużycia seksualne wobec Palestyńczyków zasługują na równie surowe potępienie, co przemoc, jakiej dopuścili się bojownicy Hamasu podczas ataku na Izrael 7 października 2023 roku. „(…) te potworne okrucieństwa, jakich doświadczyły izraelskie kobiety 7 października, spotykają teraz dzień po dniu Palestyńczyków. To może trwać w najlepsze z powodu milczenia, obojętności oraz dlatego, że ani amerykańscy, ani izraelscy oficjele nie odpowiadają na pytanie Netanjahu: Gdzie, do diabła, jesteście?” – napisał Kristof, cytując tu słowa premiera Izraela, który jesienią 2023 roku, po ataku Hamasu, nawoływał społeczność międzynarodową do potępienia gwałtów na Izraelkach.
OSZCZERSTWO KRWI
Tekst Kristofa pt. „The Silence That Meets the Rape of Palestinians” („Cisza, która towarzyszy gwałtom na Palestyńczykach”) wywołał ostrą reakcję ze strony Izraela. W dniu publikacji izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych napisało na X, że „Gazeta »The New York Times« zdecydowała się opublikować jedno z najgorszych oszczerstw krwi, jakie kiedykolwiek pojawiło się we współczesnej prasie”. Izraelskie ministerstwo zapewne celowo użyło terminu oszczerstwo krwi (blood libel) – to nawiązanie do wysuwanych przez wieki wobec Żydów oskarżeń o mord rytualny, m.in. o rzekome używanie krwi chrześcijan do wyrobu macy.
Trzy dni po publikacji Kristofa premier Izraela Benjamin Netanjahu zagroził złożeniem pozwu o zniesławienie przeciwko niemu i dziennikowi „The New York Times”.
Izraelski polityk oskarżył ich o „próbę stworzenia fałszywej symetrii między terrorystami ludobójcami z Hamasu a dzielnymi izraelskimi żołnierzami”.
„Izrael pod moim przywództwem nie będzie milczał. Będziemy walczyć z tymi kłamstwami zarówno w drodze publicznej dyskusji, jak i przed sądem. Prawda zwycięży” – tłumaczył Netanjahu, wprawiając w zaskoczenie ekspertów od prawa prasowego.
Jak przypomniał cytowany przez „The Guardian” amerykański profesor David A Logan, w Stanach Zjednoczonych panuje zgodność co do tego, iż pierwsza poprawka do amerykańskiej konstytucji zabrania rządowi pozywanie swoich krytyków. Netanjahu mógłby co prawda pozwać „The New York Times” i jego felietonistę we własnym imieniu, jednak losy takiego pozwu są mocno niepewne. Trudno byłoby raczej udowodnić, że felieton mocno uderza w reputację samego premiera Izraela.
To nie pierwszy raz, gdy Benjamin Netanjahu groził nowojorskiemu dziennikowi sądowymi konsekwencjami. W zeszłym roku podczas wywiadu z konserwatywną telewizją Fox News wypalił, że właśnie sprawdza, czy „państwo może pozwać »The New York Times«”. Wówczas chodziło o opublikowane przez gazetę zdjęcie Palestynki trzymającej na rękach skrajnie wychudzonego chłopca, co miało obrazować klęskę głodu w Strefie Gazy. Premier Izraela zżymał się wtedy, że nowojorski dziennik nie poinformował czytelników, iż pokazany na zdjęciu Palestyńczyk ma poważne problemy zdrowotne, co mogło wpłynąć na jego wygląd. Redakcja „The New York Times” opublikowała potem krótką notkę z wytłumaczeniem, że przed publikacją nie znała sytuacji zdrowotnej chłopca.
Teraz, gdy Izrael znów zagroził pozwem, redakcja dziennika oświadczyła, że działania te wpisują się w „utarty mechanizm polityczny, którego celem jest podważanie niezależności pracy reporterskiej i tłumienie dziennikarstwa, które nie wpisuje się w określoną narrację”.
„RAŻĄCE KŁAMSTWA”
Gdy w maju tego roku premier Izraela zaatakował „The New York Times” i felietonistę Nicholasa Kristofa, do krytyki natychmiast przyłączyła się izraelska prasa, a nawet niektóre amerykańskie tytuły. Dziennik „The Wall Street Journal” opublikował tekst Rachel O’Donoghue z HonestReporting, organizacji monitorującej antyizraelską narrację w mediach. Autorka materiału już w leadzie postawiła tezę, że Kristof napisał „opartą na wątpliwych źródłach fantastyczną opowieść o torturach i gwałcie z udziałem psa w Izraelu”. O’Donoghue wytknęła także amerykańskiemu dziennikarzowi, że ten w swoim felietonie powołuje się na ustalenia organizacji pozarządowej Euro-Med Human Rights Monitor, która według izraelskich władz ma powiązania z Hamasem. „Organizacja Euro-Med ma udokumentowaną historię rozpowszechniania bezpodstawnych zarzutów wobec Izraela, w tym zarzutów dotyczących pobierania organów od palestyńskich więźniów, masowych egzekucji w szpitalach (…)” – przekonywała autorka tekstu.
Rachel O’Donoghue zarzuciła również Kristofowi, iż wymienia on z nazwiska tylko kilku spośród czternaściorga swoich rozmówców. Relacja jednego z nich – Samiego al-Sai – ma się zaś różnić od tej, jaką mężczyzna przedstawił izraelskiej organizacji pozarządowej B’Tselem w lipcu 2025 roku. Autorka podsumowuje, że felieton Kristofa „opiera się (…) na mozaice pominięć, wątpliwych źródeł i coraz bardziej sensacyjnych zarzutów, służących demonizowaniu Izraela, a nie wyjaśnieniu, co faktycznie się wydarzyło”.
Podobne zarzuty – opieranie się na raportach Euro-Medu i rozmówcach, którzy zmieniają wersję wydarzeń – stawia Kristofowi konserwatywny tytuł „National Review”. W jednym z tekstów magazyn cytuje behawiorystę psów twierdzącego, że pomysł, jakoby psy można było wyszkolić do gwałcenia ludzi, jest „absurdalny”.
Z kolei Josh Kaplan z serwisu The Free Press przekonuje, że felieton Kristofa to kolejny przykład „rażących kłamstw” na temat Izraela, jakie przedstawiają media. Autor innego tekstu – Jed Rubenfeld – wypomniał Kristofowi, że ten już raz dał się wprowadzić w błąd. W 2014 roku dziennikarz w jednym ze swoich felietonów przyznał, iż być może pomylił się, opisując historię Somaly Mam – kambodżańskiej działaczki praw człowieka twierdzącej, że w młodości padła ofiarą handlu ludźmi. Kristof posypał głowę popiołem, gdy amerykański „Newsweek” podał w wątpliwość wiarygodność kobiety, wcześniej wychwalanej przez media za oceanem.
ROZPYTYWAŁEM WOKÓŁ
Po wybuchu kontrowersji wokół majowego felietonu Kristofa redakcja „The New York Times” stanęła za nim murem, podkreślając w oświadczeniach, że materiał został poddany dokładnej weryfikacji faktów. Dziesięć dni po ukazaniu się felietonu opublikowano tekst, w którym zarówno autor, jak i szefowa działu opinii Kathleen Kingsbury odpowiedzieli na najczęstsze pytania zadawane redakcji przez czytelników.
Nicholas Kristof tłumaczył, że w przypadku każdej z cytowanych przez niego osób rozmawiał również albo ze świadkiem nadużycia, albo z członkiem rodziny, prawnikiem lub pracownikiem socjalnym, któremu ta osoba się zwierzyła. Przyznał, że w kilku przypadkach weryfikacja polegała na sprawdzeniu zgodności z wcześniejszymi wypowiedziami publicznymi tej samej osoby.
„14 kobiet i mężczyzn opisanych w tym felietonie szukałem w ten sam sposób, co w każdej strefie konfliktu, w której pracowałem przez ostatnie trzy dekady – po prostu rozpytując ludzi wokół. Rozmawiałem z prawnikami, pracownikami organizacji humanitarnych, kolegami dziennikarzami i zwykłymi Palestyńczykami. Nikt sam mnie nie szukał” – tłumaczył Nicholas Kristof, próbując rozwiać wątpliwości, czy Palestyńczycy celowo nie nakłamali dziennikarzowi, by oczernić Izrael. W swojej obronie Kristof przypomniał również, że w tekście z 11 maja napisał, iż: „nie ma dowodów na to, że izraelscy przywódcy wydają rozkazy dotyczące gwałtów”.
(fot. Ramin Talaie/EPA/PAP)
„Kristof jest felietonistą, a nie reporterem działu wiadomości, i właśnie dlatego jego artykuł ukazał się w takim, a nie innym miejscu – a nie dlatego, że redaktorzy uznali, iż nie spełnia on standardów redakcji newsowej”.
Szefowa działu opinii Kathleen Kingsbury tłumaczyła z kolei na łamach dziennika, dlaczego materiał Kristofa opublikowano w sekcji opinii, a nie w części zarezerwowanej dla tekstów newsowych. „Różnica między artykułami przygotowanymi przez newsroom a felietonami w „Timesie” nie polega na sposobie relacjonowania wydarzeń ani na ich dokładności. Jest to różnica dotycząca formy i celu. Felieton przedstawia tezę, którą autor proponuje czytelnikom do rozważenia. Artykuły newsowe i śledztwa służą zaś odkrywaniu i potwierdzaniu faktów oraz informacji wartych opublikowania (…)” – tłumaczyła, przyznajmy, że dość niefortunnie, Kathleen Kingsbury. Bo przecież felieton zarówno odkrywał ważne fakty, jak i przedstawiał informacje warte zainteresowania opinii publiczne. Kingsbury poinformowała też, że przed publikacją ustalenia Kristofa zostały poddane analizie przez zespół weryfikacji faktów w dziale opinii. Felieton miał być sprawdzony przez zespół ds. standardów redakcyjnych i prawników.
SWOBODA I FAKTY
W obronie Nicholasa Kristofa stanęła współpracująca z „The New York Times” felietonistka Megan Stack. „Moim zdaniem, gdy 14 osób mówi dziennikarzowi, że padły ofiarą gwałtu, to nie można tego zignorować. Zwłaszcza w społeczeństwie, w którym wstyd i piętno związane z przemocą seksualną są jeszcze większe niż w Stanach Zjednoczonych” – napisała na platformie X.
Dylan Byers, autor serwisu Puck News, twierdzi z kolei, że z jego rozmów z wieloma pracownikami „NYT” wynika, iż część zespołu podchodzi z nieufnością do źródeł, na których Kristof oparł najbardziej kontrowersyjne ustalenia, i powątpiewa, czy spełniłyby one standardy obowiązujące w dziale newsowym. Właśnie z tego powodu niektórzy rozmówcy Puck News wydawali się zirytowani, bo takie teksty – ich zdaniem – podważają wizerunek marki „The New York Times”. Jeden z dziennikarzy miał powiedzieć: „Mam już dość tego, że dział opinii wprawia mnie w zakłopotanie”.
Wątpliwości dotyczące felietonu Kristofa ma również Jeffrey McCall, medioznawca z DePauw University. W rozmowie z „Press” przypomina, że w felietonach należy starannie weryfikować informacje, na podstawie których wyrażane są opinie. – Wiarygodność źródeł w tekście Kristofa została podważona na kilku płaszczyznach, m.in. ze względu na anonimowość niektórych informatorów oraz możliwe powiązania jednego ze źródeł z Hamasem. Felietony powinny spełniać te same wymogi co relacje z bieżących wydarzeń, a ten felieton wydaje się nie spełniać tych standardów – uważa McCall, spekulując, iż fakt, że „The New York Times” opublikował materiał Kristofa jako tekst opiniotwórczy, może sygnalizować, że redakcja nie czułaby się komfortowo, przedstawiając zawarte w nim zarzuty jako ustalenia reportera.
Z takim wnioskiem nie zgadza się Margaret Sullivan, która przed laty pracowała w „The New York Times” jako public editor, czyli redaktorka analizująca skargi od czytelników i czuwająca nad przestrzeganiem zasady etyki dziennikarskiej w redakcji.
„Kristof jest felietonistą, a nie reporterem działu wiadomości, i właśnie dlatego jego artykuł ukazał się w takim, a nie innym miejscu – a nie dlatego, że redaktorzy uznali, iż nie spełnia on standardów redakcji newsowej” – oceniła w swoim newsletterze na Substacku Margaret Sullivan. I przypomniała, podobnie jak Jeffrey McCall, że felietoniści mają co prawda większą swobodę w wyrażaniu własnych opinii i wyciąganiu wniosków, ale muszą trzymać się faktów i dowodów.
Z DRUGIEJ STRONY BARYKADY
Ciekawy głos w dyskusji przedstawili Adam Horowitz, redaktor zarządzający serwisu Mondoweiss, oraz dziennikarz tego tytułu Michael Arria. W nagraniu opublikowanym na YouTubie postawili tezę, że Izrael ma coraz mniejszy wpływ na amerykańskie media.
„W tego typu dochodzeniach dotyczących praw człowieka Kristof skupia się nie na sojusznikach USA, lecz na ich adwersarzach. To, że Kristof tym razem wziął pod lupę Izrael, może sygnalizować, jak postrzegany jest ten kraj przynajmniej przez liberalne media” – dywagował redaktor zarządzający Adam Horowitz. Inna sprawa, że serwis Mondoweiss znany jest z antysyjonistycznej optyki i oskarżania dziennika „The New York Times” o proizraelską narrację. Mondoweiss nie jest w tym odosobniony.
Jesienią zeszłego roku ponad 150 autorów publikujących na łamach „NYT” ogłosiło, że wstrzyma się ze współpracą z działem opinii do czasu, aż redakcja „zobowiąże się do rzetelnego i etycznego relacjonowania” sytuacji w Strefie Gazy. Od początku wybuchu wojny między Izraelem a Hamasem zdarzało się, że propalestyńscy aktywiści zachęcali do rezygnowania z subskrypcji „NYT”, a czasem protestowali pod nowojorską siedzibą dziennika.
To samo działo się po publikacji felietonu Kristofa, tylko z drugiej strony barykady. W ostatnich tygodniach pod redakcją dziennika zbierały się grupy proizraelskich demonstrantów domagających się usunięcia artykułu, a nawet zwolnienia samego Nicholasa Kristofa. Według telewizji Fox News, która relacjonowała jeden z protestów, ludzi oburzają nie tylko zarzuty postawione w felietonie, ale także termin publikacji. Tekst ukazał się bowiem na dzień przed publikacją obszernego raportu dokumentującego przemoc seksualną, jakiej dopuścił się Hamas podczas ataku 7 października 2023 roku. Według demonstrantów felieton Kristofa miał przykryć ustalenia stojącej za raportem izraelskiej organizacji The Civil Commission.
AUDYT
Nicholas Kristof pierwsze dni po publikacji majowego felietonu spędził na platformie X, odpierając ataki internautów. „Kilka osób zadało mi to pytanie, więc pozwólcie, że wyjaśnię. Jestem głęboko przekonany, że najlepsza publicystyka opiera się na nowych ustaleniach dziennikarskich, dlatego moje felietony czerpią inspirację z podróży i reportaży. W tym przypadku natrafiłem na pewien temat i postanowiłem go zgłębić, a ponieważ jestem felietonistą, tekst ukazał się w dziale opinii” – tłumaczył Kristof.
Dziennikarz, publikujący na łamach „The New York Times” od ponad 40 lat (a od ćwierć wieku jako felietonista), w kolejnych tygodniach pisał na tematy nieco mniej polaryzujące opinię publiczną. Oddał m.in. tekst o batalii w sprawie ochrony praw zwierząt hodowlanych oraz o amerykańskich stanach, w których żyje się najlepiej. Felietonista nie zaznał jednak na długo spokoju. W połowie czerwca amerykański serwis Semafor ujawnił, że zdarzało mu się pisać przychylnie o ludziach, którzy kilka lat temu finansowali jego nieudaną kampanię gubernatorską w Oregonie. Kristof wycofał się z wyborczego wyścigu, bo sąd uznał, że mieszkał w tym stanie zbyt krótko, by ubiegać się o urząd gubernatora.
Gdy dziennikarz po krótkiej przerwie na politykę powrócił na łamy „NYT”, rzecznik tytułu Charlie Stadtlander zapewniał, że ten nie będzie pisał o swoich byłych darczyńcach. A jeśli już będzie chciał to zrobić, to powinien poinformować czytelników o dawnych powiązaniach finansowych.
Na fali doniesień serwisu Semafor redakcja dziennika zarządziła audyt artykułów Kristofa.
O te ostatnie zawirowania nie udało mi się spytać samego felietonisty. Mój e-mail pozostał bez odpowiedzi, choć jeszcze cztery lata temu rozmawialiśmy o wydanej w Polsce książce Kristofa „Biedni w bogatym kraju”. To było lato 2022 roku, tuż przed jego powrotem na łamy „The New York Times”. Felietonista, mający polskie korzenie – babcia od strony matki była Polką, a rodzina ojca to spolonizowani Ormianie – przyznał wtedy, że w czołowych amerykańskich dziennikach mało pisze się o problemach społecznych.
– Większość mediów, a w szczególności telewizja, skupia się na polityce. Atrakcyjnym tematem dla dziennikarzy nie jest to, że na skutek przedawkowania narkotyków w ciągu roku zmarło 108 tys. Amerykanów. Mało pisze się też o sposobach na walkę z uzależnieniami i bezdomnością. A przyszłość kraju zależy od tego, jak edukujemy nasze społeczeństwo – mówił mi Nicholas Kristof, który sam skupia się na komentowaniu i opisywaniu w felietonach rzeczywistości w USA i na świecie. Za cykl tekstów o ludobójstwie w Darfurze dostał w 2006 roku nagrodę Pulitzera. Kristof nie napisał tych tekstów zza biurka, tylko kilkukrotnie pojechał do zachodniego Sudanu. Tak jak teraz na Zachodni Brzeg Jordanu.
***
Ten tekst Marty Zdzieborskiej pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych
Marta Zdzieborska











