Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zapraszamy na naszego Facebooka i X – podyskutujmy  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy na Wasze skrzynki mailowe już w poniedziałek  |  Chcesz zamówić newsletter "Presserwis"? Kliknij tutaj  |  Od początku lipca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Andrzejem Poczobutem, zmiany w Tok FM, a także odzyskiwanie mediów na Węgrzech oraz sylwetka Małgorzaty Szejnert – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zapraszamy na naszego Facebooka i X – podyskutujmy  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy na Wasze skrzynki mailowe już w poniedziałek  |  Chcesz zamówić newsletter "Presserwis"? Kliknij tutaj  |  Od początku lipca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Andrzejem Poczobutem, zmiany w Tok FM, a także odzyskiwanie mediów na Węgrzech oraz sylwetka Małgorzaty Szejnert – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zapraszamy na naszego Facebooka i X – podyskutujmy  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy na Wasze skrzynki mailowe już w poniedziałek  |  Chcesz zamówić newsletter "Presserwis"? Kliknij tutaj  |  Od początku lipca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Andrzejem Poczobutem, zmiany w Tok FM, a także odzyskiwanie mediów na Węgrzech oraz sylwetka Małgorzaty Szejnert – polecamy!  | 

Temat: telewizja

Dział: WYWIADY

Dodano: Lipiec 05, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Czysta woda jest ważna. Rozmowa z Pawłem Płuską, szefem "19.30" w TVP

– Nie lekceważę „Wydarzeń”, nie lekceważę Republiki. Każdy robi swoje. Dla każdego jest miejsce na rynku. Każdy ma też trochę inne zadania – mówi Paweł Płuska (fot. Justyna Cieślikowska/JCSTUDIOSET)

– Kiedy usłyszałem pierwszy raz, jak Marek Czyż powiedział "czysta woda", to pomyślałem sobie: "To już zawsze będzie do nas wracało". I wraca, a ja cieszę się z tego, bo to jest punkt, który przypomina, po co tutaj jesteśmy – mówi Paweł Płuska, szef "19.30" w Telewizji Polskiej. Rozmawia z nim Maciej Kozielski.

Podobno plan na Twoją sesję okładkową był taki, żeby Cię przedstawić jako hydraulika. Nie zapomną Wam już tej „czystej wody”, którą Marek Czyż zapowiadał dzień przed startem „19.30”.

Kiedy usłyszałem pierwszy raz, jak Marek powiedział „czysta woda”, to pomyślałem sobie: „To już zawsze będzie do nas wracało”. I wraca, a ja cieszę się z tego, bo to jest punkt, który przypomina, po co tutaj jesteśmy i o co nam chodzi. Czysta woda jest ważna nie tylko dla mnie, ale chyba dla nas wszystkich. Staram się, żeby rzeczywiście była czysta.

Do samej nazwy „19.30” już się przyzwyczailiście? Bo chyba nie jest mocno promocyjna?

Nazwa jest rzeczywiście trudna, więc nadal czasem słyszę, że ktoś oglądał „Wiadomości”. W tym momencie produkujemy już trzy programy, czyli „14.30”, „19.30” i „22.30”. Trudny moment nadchodzi np. podczas ważnego meczu piłkarskiego, gdy nadajemy „19.30” na przykład o 18.50. I jak to zapowiedzieć?

Ale w tamtym momencie, gdy weszliśmy do budynków jeszcze rządowej telewizji i wykluwała się nazwa programu, to „19.30” była jedyną, którą mogliśmy nadać temu programowi. To, co łączyło Polaków, to nie niegdysiejszy „Dziennik Telewizyjny” albo potem „Wiadomości”. Łączyła ich ta godzina: 19.30. Widzowie przyzwyczaili się do niej.

Jak wspominasz swoje pierwsze dni na Woronicza? Czuliście się chyba jak partyzanci otoczeni przez obce wojska.

Rzeczywiście tak to wyglądało. Pamiętam, że gdy wchodziliśmy do budynku, w którym teraz jesteśmy, to na dole siedzieli politycy Zjednoczonej Prawicy. Wchodziliśmy po drugiej stronie łącznika. Było dużo policji. A nazajutrz w kieszeni miałem klucz, żeby ewentualnie zamknąć newsroom, bo co chwila ktoś próbował do niego wchodzić. Ludzie z dawnej TVP przychodzili z telefonami i próbowali nas filmować.

To była naprawdę partyzancka robota. Pierwszego dnia byłem przekonany, że będę musiał powiedzieć prezesowi, że się nie udało. Programu nie nadawaliśmy jeszcze stąd, z Woronicza. O 19.15 miałem trzy materiały, a musiałem zrobić cały dziennik. Byłem przerażony. Dzięki determinacji i temu, że zespół od samego początku stawał na wysokości zadania, udało się.

A który moment w tych pierwszych dniach był najbardziej stresujący?

Pierwszy stres był wtedy, gdy okazało się, że wiele rzeczy nie działa. Pierwszego dnia panie, które zajmowały się make-upem, nie chciały pomalować Marka Czyża, bo nie mieliśmy swojego numerka, więc malowania nie będzie. Na szczęście w torbie miałem puder, który nosiłem, gdy byłem reporterem „Faktów”. I sam Marka nim upudrowałem.

A potem był stres związany z pierwszym wydaniem. Nie wiedzieliśmy, czy się uda. Mieliśmy praktycznie zerowy dostęp do archiwów. Od ośrodków, do których dzwoniliśmy po surówki, słyszeliśmy: „Kim w ogóle jesteście? Nie współpracujemy z wami”. Nawet dostęp do komputerów był trudny.

Były też irracjonalne momenty. Pamiętam, jak przyszedł do nas profesor Adam Strzembosz. Był jednym z pierwszych gości po „19.30”. Nawet nie miałem gdzie go posadzić. Siedzieliśmy na zimnym korytarzu, na drewnianych zydelkach. Zapytałem profesora, czy się czegoś napije. Pan profesor z taką cudowną łagodnością poprosił o cappuccino. Spojrzałem na naszą inspicjentkę, która zrobiła duże oczy i pokręciła głową, że cappuccino nie ma.

Na szczęście obok stał automat do kawy. Kupiłem kawę w papierowym kubku i nie zapomnę tego obrazka, jak pan profesor siedzi na małym zydelku w płaszczu i pije kawę. Pomyślałem sobie: to nie może tak wyglądać.

No i sam początek – pamiętam, jak do studia, gdzie nagrywaliśmy Marka, wpadali politycy opozycji, by nas nagrywać. Było to dla mnie coś nowego, bo dotąd sam chodziłem z kamerą i nagrywałem ich, a teraz ja stałem się tym, którego nagrywano.

Największy stres był jednak wtedy, gdy nie wiedzieliśmy, czy damy radę zrobić następne wydanie. Bo nie mieliśmy pewności, czy znowu tu wejdziemy i czy będzie działał sprzęt.

A jak przekonaliście do siebie ludzi od IT i technologii? Nie mieliście obaw, że jakieś pupilki starej władzy będą Wam utrudniać nadawanie?

Długo baliśmy się, czy ktoś nam nie zrobi jakiegoś psikusa. Kiedyś przyszliśmy na wydanie do studia i były odłączone wszystkie kable. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił.

Obserwowałem na samym początku też reakcję ludzi. Wszystkim, których spotkałem na korytarzu, mówiłem „dzień dobry”. Niektórzy odpowiadali i byli mili. Ale byli też tacy, którzy nie reagowali, odwracali głowę. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Potem pojawiły się jakieś pro-PiS-owskie wlepki w windach.

Wiele osób nam pomagało od samego początku i bez ich zaangażowania by nam się nie udało. Ale mieliśmy też świadomość, że jest masa tych, którzy wcale nam nie kibicują.

Byli szefowie i dziennikarze TVP okupowali nawet budynek przy Placu Powstańców, ale było to raczej humorystyczne niż straszne.

I to mocno humorystyczne, my na bieżąco dostawaliśmy informacje, co tam się dzieje. Stara zasada brzmi: jak chcesz się dowiedzieć, co dzieje się w firmie, zapytaj osoby sprzątające.

Niektórzy z naszych reporterów mówili mi, że pojadą tam wieczorem, zobaczą. Prosiłem, żeby tego nie robili. Ja dotąd nie byłem na Placu Powstańców Warszawy, nie oglądałem tych studiów, pomieszczeń. Nie wybieram się tam.

Mógłbyś o tych początkach napisać książkę?

Grzesiek Sajór ma ją napisać, ja się chyba do tego nie nadaję. Ten początek to było coś naprawdę niezwykłego, dziwnego, ale też fascynującego. To, jak nasz zespół się wtedy tworzył, budował, było czymś rzeczywiście niezwykłym. Robiliśmy historię.

Były też humorystyczne opowieści, których nie zapomnę. Wszyscy pytali: „Wiedziałeś, że tu jest zamek?”, bo tutaj kręcono „Koronę królów” – i rzeczywiście stoi tam zamek ze styropianu. Pamiętam, że nadawaliśmy jeszcze ze starego studia, ktoś próbował się do mnie dodzwonić. Był problem z zasięgiem, więc wybiegłem przed budynek. To był przełom zimy i wiosny. Ciemno. I nagle widzę czterech rycerzy, dwóch na koniach. I wszyscy palą papierosy. Pomyślałem: „Gdzie ja jestem?”.

Pytałem o książkę, bo pomoglibyście kolejnej władzy w odbijaniu TVP po Was, opisując, jak u Was to przebiegało.

Teraz wszyscy będą mogli podpatrzeć, jak to się robi na Węgrzech. Péter Magyar zapowiedział, że zrobi to co my, czyli wyłączy programy informacyjne, dopóki nie będzie gwarancji, że media staną się pluralistyczne i będą podawały prawdziwe informacje, a nie tylko propagandę. Na podstawie tego, co tam się za chwilę wydarzy, można będzie przygotować poradnik, jak zmieniać media po autokratycznej władzy.

Może Wy wybierzecie się z radami do Budapesztu?

Jak ludzie z tamtejszych mediów publicznych będą chcieli z nami pogadać, to na pewno znajdą do nas drogę. Odwiedzali nas zresztą przedstawiciele wielu mediów z Europy. Przyglądali się temu, co zrobiliśmy. Chcieli się dowiedzieć, czym były media publiczne w czasach Zjednoczonej Prawicy. Jak się zmieniają. To też pewnie jest jedno z pytań, które chciałeś mi zadać. Czy to nie jest tak, że tylko wajcha jest przekładana w drugą stronę? No, nie. Od samego początku nie chcieliśmy, żeby to było to samo, tylko odwrotnie.

Na starcie „19.30” mieliście gigantyczny społeczny mandat i sympatię widzów po swojej stronie. Ale trwało to dość krótko.

To chyba był nie tyle mandat, ile ciekawość. Zawsze tak jest, gdy coś się zmienia. Ludzie są ciekawi, co się stanie, a potem wracają do swoich przyzwyczajeń. Nie mam im tego za złe, bo spodziewaliśmy się, że tak to będzie wyglądało. Że na początku zapanuje euforia.

Zresztą nie ukrywam, że sam zaczynam oglądanie programów informacyjnych od „Faktów”. Potem przełączam na „19.30”. Niestety najrzadziej oglądam „Wydarzenia”.

Widzisz, że zmarnowaliście tamten czas – w sensie szansy zrobienia sobie dobrego PR-u?

Czy zmarnowaliśmy? Chyba nie. Natomiast czy bym zrobił to lepiej? Starałbym się. Tylko pytanie, czy byśmy dali radę zrobić to jeszcze lepiej.

Żałuję, że kiedyś powiedziałem, że wolę, żeby ten program był nudny niż taki, jaki był wcześniej. Użyłem złego słowa. Potem nawet moi znajomi mówili, że nie będą oglądać „19.30”, bo to jest nudny program. A chodziło mi o to, żeby ten program nie jątrzył, nie sączył zła, nie dzielił Polaków. Ma pokazywać widzom w interesujący, zaangażowany, ale właśnie nienudny sposób to, co dzisiaj najważniejsze.

Ale to słowo „nudne” się za mną ciągnie.

Dorota Wellman w jednym z podcastów mówiła: „»19.30« mnie nudzi tak, że mniej więcej o 19:31 już sobie zmieniam na TVN 24, bo co się będę męczyć”.

Ta sama Dorota Wellman przesłała mi gratulacje parę dni wcześniej. Była zachwycona, że zostałem szefem „19.30”, ale potem już się nie odezwała. Tu kłania się rozumienie słowa „przyjaciel”.

Wy też długo milczeliście jak zaklęci. Pierwsze opowieści, z czym się zmagaliście, czytaliśmy długo po przejęciu telewizji, gdy już opinia publiczna twierdziła, że za bardzo wspieracie nową władzę. Pewnie powiesz, że nie wspieracie?

Nie, nie wspieramy. Generalnie media publiczne zawsze są w jakiś sposób skażone tym, że pokazują więcej tego, co robi rząd. Bo trochę taki jest obowiązek mediów publicznych. Dlatego wydaje się, że na antenie tych spraw państwowych, rządu czy ludzi władzy jest więcej niż w innych mediach.

I rzecz druga, ale nie mniej istotna: jak dzisiaj patrzę na wszystkie programy informacyjne, poza nami, to one bazują na emocjach. I na ich podkręcaniu. Nawet w największych programach informacyjnych często nie zobaczysz tematów mówiących o tym, że zmieniły się ważne dla ludzi przepisy. Tam lepiej sprzedają się krew, pot, łzy, wypadki, katastrofy. A my tych emocji dajemy mniej, a więcej tego, co ma wpływ i co zmienia nasze życie. Tak będzie zawsze.

Tak jak TVP Jacka Kurskiego poświęcała większość swego czasu rządzącym, tak samo robicie Wy.

Ważne też, jak pokazujesz. Teraz widzisz u nas Jarosława Kaczyńskiego. W życiu nie pozwoliłbym, żeby go pokazać, zmieniając kolory twarzy, dodając mu jakieś rogi czy w kółko powtarzać „für Deutschland”. A tutaj tak się działo z liderem ówczesnej opozycji.

Zapraszamy i zapraszaliśmy od samego początku przedstawicieli wszystkich opcji politycznych do naszych programów. Politycy Konfederacji byli trochę zaskoczeni, bo przez wiele lat nikt ich tutaj nie zapraszał. Przez jakiś czas wstępu nie mieli też politycy Suwerennej Polski.

Cały czas zapraszamy zarówno polityków Prawa i Sprawiedliwości, jak i pana prezydenta Nawrockiego do rozmowy, do wywiadu. Często słyszymy odmowę albo wyznaczane są osoby, jak poseł Mariusz Gosek, który mógłby mieć już u nas jakiś rodzaj abonamentu. Ale to już nie nasz problem.

Mówiłeś, że może straciliśmy szansę, straciliśmy widza, który był na początku po zmianie. Tych widzów w tym momencie jest rzeczywiście mniej, bo tak też jest we wszystkich innych stacjach telewizyjnych.

W „Wiadomościach” za Jacka Kurskiego niemal codziennie widziałeś, a potem czytałeś, kogo wczoraj zaatakowali. Temperatura wokół „Wiadomości” była bardzo wysoka. Natomiast teraz tego nie ma. Tylko sporadycznie dostaję pisma z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

W jakiej sprawie?

Na przykład: widz napisał, że wydawało mu się, że w „19.30” powiedzieliśmy tak a tak i teraz niech się pan z tego wytłumaczy. Potem się okazuje, że to w ogóle nie u nas o „19.30”, tylko gdzie indziej, ale odpowiedź muszę napisać.

Muszę zapytać o Twoje początki. Jak trafiłeś do RMF FM?

Bawiłem się w radio studenckie. W 1993 czy 1994 roku zostałem nawet, brzmi to zabawnie, szefem programowym Radia Centrum w miasteczku studenckim w Krakowie. Na początku 1994 roku na antenie RMF FM, jeszcze lokalnego krakowskiego radia, pojawiło się ogłoszenie, że szukają realizatora. Kogoś, kto będzie realizował dźwięk przy stole mikserskim. Nie miałem o tym zielonego pojęcia, ale stwierdziłem: „Dobra, pójdę”. Pamiętam, że przesłuchiwali mnie Edward Miszczak i Piotrek Metz.

Po iluś dniach zadzwoniłem do nich z akademika. Okazało się, że mnie przyjęli. Poszedłem na Kopiec Kościuszki. Nieżyjący już Janek Burda wyjaśniał mi, na czym polega praca realizatora. Program prowadził Edward, w końcu nacisnął interkom i rzucił: „Ten duży idzie na telefony”. I tak skończyła się moja kariera jako realizatora dźwięku. Potem zostałem reporterem.

Z RMF FM odszedłem do Telewizji Puls. Zostałem zaproszony do współpracy przez Bogdana Rymanowskiego. Ujmijmy to tak: nie spodobała mi się atmosfera pracy i po trzech miesiącach odszedłem. Wiedziałem, że nie mam już powrotu do RMF FM. Wtedy wyciągnęło do mnie rękę Radio Zet. Najpierw czytałem poranne serwisy, a później wróciłem do pracy reporterskiej.

A do przejścia do TVN 24 namawiał mnie Andrzej Morozowski. Pamiętam rozmowę z Robertem Kozyrą, ówczesnym szefem Zetki, który zaprosił mnie do siebie, wiedząc, że TVN 24 proponuje mi pracę. Usłyszałem: „Paweł, idź, jak ci się nie spodoba, drzwi masz u nas otwarte”. Było to coś niesamowitego. I w TVN siedziałem 22 lata.

Podobno po latach w „Faktach” czułeś się trochę niedowartościowany.

Może nie tak, że niedowartościowany. Bardziej chodziło mi o to, że wiedziałem, że tu już jest sufit, a chciałem coś jeszcze w życiu zrobić.

Z czasów RMF FM pamiętam taki obrazek. To był starszy, kulturalny pan z innego radia. Jeden z reporterów, których spotykałem w warszawskim sądzie. Zawsze dobrze ubrany, w garniturze, z muszką. Słabo słyszał. Do osób, które nagrywał, podchodził zawsze w słuchawkach połączonych z magnetofonem. To był jego wzmacniacz słuchu. Mając te dwadzieścia kilka lat, myślałem sobie: nie chciałbym w tym wieku być jeszcze reporterem i tak chodzić z mikrofonem.

Przecież wszyscy czujemy przemijanie. Przychodzą młodsi, z innym podejściem do życia, do świata. A ja chciałem coś zmienić, z tego powodu wcześniej zrobiłem studia podyplomowe. Żeby wiedzieć, jak działa biznes, jak wygląda praca na innych stanowiskach niż tylko reportera.

Gdy odchodziłeś do TVP, w pożegnalnym mailu przepraszałeś kolegów z „Faktów” i pisałeś, że drugiej takiej szansy nie dostaniesz.

Zgadza się. Są szanse, które pojawiają się raz w życiu. Byłbym głupcem, gdybym nie skorzystał. I byłbym głupcem, gdybym nie spróbował napisać swojej historii. Bo to nie jest tylko historia tego kawałka telewizji publicznej. To jest też kawałek mojej historii, mojego życia.

Co Cię najmocniej skusiło?

Możliwość zmiany i możliwość budowania tej telewizji od nowa. Wiedziałem, że telewizja publiczna musi się zmienić, i chciałem być tego częścią.

Gdy spotkałem się z Tomkiem Sygutem, sądziłem, że chce, abym został reporterem, a usłyszałem, że mam być szefem nowych „Wiadomości”. Byłem zaskoczony. Zastanawiałem się, czy dam radę. Rozmawiałem o tym z żoną. Uznaliśmy, że chcę to zrobić.

Znałeś tę ekipę?

Z Tomkiem Sygutem znałem się wcześniej. Tu poznałem Grześka Sajóra i Janka Ciszeckiego. No ale nie znałem większości naszych reporterów. Zostało mi to zaproponowane dwa tygodnie przed tym, gdy ruszyliśmy. Nie miałem czasu, żeby skompletować ekipę. Pierwsze słowa, które usłyszałem: „Nie martw się, trochę osób już jest”. Oczywiście potem miałem prawo zatrudniać innych, więc też udało mi się kilka osób pościągać z innych stacji telewizyjnych, ale też z radia.

Press

(fot. Justyna Cieślikowska/JCSTUDIOSET)

Press

(fot. Justyna Cieślikowska/JCSTUDIOSET)

Powstała świetna ekipa. To są rewelacyjni reporterzy i ludzie. Jestem z nich dumny. No i mamy grupę świetnych asystentów. Nie „rysiów”, ale asystentów. Drzwi do mojego gabinetu są otwarte. Wiedzą, że mogą przyjść, porozmawiać, nie tylko o pracy. Widzę też, jaki nastąpił progres przez te dwa lata, zwłaszcza wśród osób, które nie pracowały w telewizji. I wśród tych, które wcześniej nie były reporterami, a pełniły funkcje asystentów.

Szefostwo „Faktów” poszło Ci na rękę i zwolniło z zakazu konkurencji? W zamian za obietnicę, że nie będziesz podbierać reporterów „Faktów”?

Rozmawiałem z Michałem Samulem, który rzeczywiście mnie i jeszcze kilka osób zwolnił z zakazu konkurencji. Mogłem wziąć kilka osób, ale dosłownie kilka. I on decydował, kogo mi pozwoli wyciągnąć.

Przeszli z Tobą za to – jak słyszę w „Faktach” – dobrzy asystenci.

Tak. To był Bartek Filipowicz, trochę później dołączył Michał Niewodowski. I jeszcze Mateusz Dolatowski, ale on był w nieco innej sytuacji, bo wcześniej złożył wypowiedzenie.

TVN, wiedząc, że może dojść do zmian w mediach publicznych i będzie próba wysysania dziennikarzy z innych redakcji, chyba w październiku 2023 roku zmieniał umowy dziennikarzom. Zakazy konkurencji zostały wzmocnione i objęły większą grupę.

Ale były też osoby, które mnie zaskoczyły swoją techniką negocjacyjną. Rozmawiały ze mną czy z TVP Info o przejściu, a kiedy transfer wydawał się już dogadany, szły do szefów w TVN 24 i mówiły: „Proponują mi to i to, tyle i tyle, co wy na to?”. Później okazywało się, że zostają.

Słyszałem też o takich osobach, które wmawiały Michałowi, że Płuska chce ich ściągnąć, a ja z nimi nawet nie rozmawiałem.

Pamiętam, jak przez lata „Fakty” i „Wiadomości” w wynikach oglądalności szły łeb w łeb. Dziś „Fakty” ogląda 2,7 miliona widzów, a „19.30” 1,5 miliona. Dlaczego?

Bo „Fakty” dają więcej emocji. Jest to oczywiście świetny program informacyjny, nie ma o czym dyskutować. Ale jest też siła przyzwyczajenia. Widzowie są przyzwyczajeni do reporterów, prowadzących, a my musimy to wszystko budować od nowa.

Jest też grupa widzów, która przestała oglądać TVP po zmianie. To 700–900 tysięcy widzów, którzy dzisiaj oglądają telewizję, która ma barwy – niektórzy powiedzą francuskie, a mi się bardziej kojarzą z rosyjskimi. W tej telewizji są te same osoby, które prowadziły programy w TVP przed zmianą. I widocznie znalazły tam to, czego im teraz u nas brakuje.

Wydawało mi się, że uda mi się przekonać nieprzekonanych, że warto oglądać normalny program informacyjny. Ale jak widać – niekoniecznie.

„Naszym celem jest oczywiście powrót na pierwsze miejsce na liście programów informacyjnych, które są oglądane w Polsce, ale to pewnie jeszcze długo potrwa” – mówiłeś w lutym 2024 roku „Gazecie Wyborczej”.

Zawsze będę walczył, żeby wrócić na pierwsze miejsce. Naszą siłą są wydania specjalne. Wychodzą nam rewelacyjnie, ostatnio z Budapesztu. Jesteśmy z widzami tam, gdzie coś się dzieje, na przykład w czasie powodzi. To jest też TVP Info, które prowadzi akcję „Polska na TAK!”. Dociera do małych miast i miasteczek. Zresztą, jak widzę ostatnio, TVN trochę kopiuje i organizuje akcję „Jesteśmy stąd”. Brzmi jak nasza „Polska na TAK!”.

Po „Wiadomościach” Jacka Kurskiego przepraszaliście sporo osób, m.in. rodzinę Pawła Adamowicza, Donalda Tuska za „für Deutschland”, Fundację Rozwoju Demokracji Lokalnej czy lekarzy rezydentów albo Marka Niedźwieckiego. Czemu to zawsze było po przegranych procesach? Nie lepiej przeprosić wszystkich, których ta firma za poprzedniego reżimu propagandowego skrzywdziła?

Przeproszenie rodziny Pawła Adamowicza to był akurat mój pomysł. Zbliżała się rocznica zabójstwa prezydenta Gdańska. Zastanawialiśmy się, co zrobić. Jeśli wyślemy człowieka, jak zareagują ludzie na kostkę TVP, która jeszcze trzy tygodnie wcześniej kojarzyła się bardzo źle? Potem myślałem, że może powinienem sam pojechać, ale to mogłoby być jeszcze gorzej odebrane. I uznałem, że po prostu przeprosimy. Powiemy słowa, które są najprostsze, a które często najtrudniej wypowiedzieć.

A inne przeprosiny nie zawsze były wynikiem wyłącznie przegranych procesów. Tych procesów mamy około 120, łącznie na 10 milionów złotych. Ja sam mam tylko jeden, z Joanną Kurską. Poszło o materiał dotyczący jej zarobków.

Za poprzedników powinniśmy przepraszać. Tym ludziom, których poprzednia ekipa skrzywdziła, należą się przeprosiny.

Prowadzisz kolegia, jesteś w redakcji od rana do wieczora. Wszyscy chwalą współpracę z Tobą, złego słowa nie usłyszałem.

Miło mi.

Jakim jesteś szefem?

Nie lubię słowa „szef”. Staram się być partnerem. Napatrzyłem się, jak wyglądała praca w mediach w latach 90. czy na początku lat dwutysięcznych. Zawsze chciałem, żeby było inaczej. Żeby nikt nie wspominał mnie jako mobbera ani osoby, która wpływała źle na zespół. Staram się, żeby zespół czuł się tutaj dobrze. Oni i tak ciężko i dużo pracują.

Czyli nie chciałeś być jak Twoi szefowie?

Zawsze wychodziłem z założenia, że szefa nie można się bać. Że szef jest od tego, żeby pomagał, żeby był. A nie żeby siedział w zamkniętej twierdzy i wydzierał się na innych.

Dawniej wydawało się, że szef to prawie bóg, wszystko mógł z nami robić. Pracowało się od świtu do nocy. I jeszcze obrywało co drugi dzień. Taka wtedy była kultura mediów, a pewnie i biznesu. Dla nas praca była najważniejsza.

Młodzi ludzie dzisiaj żyją zupełnie inaczej. To oni nas uczą, że najpierw jest życie, rodzina, bliscy, a praca jest koniecznością i tym, co daje przyjemność, satysfakcję i pieniądze. Dzisiaj praca jest taka, jutro inna, a twoja rodzina, twoje życie są najważniejsze.

„Jak to Paweł poszedł do TVP, to nic nam nie grozi” – powiedział mi jeden z reporterów „Faktów”. „Bo świetny reporter, dobry kolega, wręcz złoty człowiek, ale też że nigdy nie zarządzał zespołem”.

Nie zarządzałem. Życzę „Faktom” jak najlepiej. Ale na miejscu wszystkich szefów programów informacyjnych zawsze bym się zastanawiał: „Co oni mogą jeszcze zrobić?”. Nie wolno lekceważyć nikogo. Nie lekceważę „Faktów”, nie lekceważę „Wydarzeń”, nie lekceważę Republiki. Każdy robi swoje. Dla każdego jest miejsce na rynku.

Press

(fot. Justyna Cieślikowska/JCSTUDIOSET)

Każdy ma też trochę inne zadania. Oni muszą patrzeć na to, ile dostaną z tego pieniędzy. Jakie pieniądze przyniesie im reklama i jak na to spojrzy ich właściciel. Ja muszę patrzeć, czy nasz program dzieli ludzi, czy nie. Piętnuje czy nie. Hejtuje czy nie. To jest dla mnie najważniejsze.

Oczywiście, chcę też mieć jak najwięcej widzów, bo to jest ważne dla mnie, dla zespołu, dla szefów i reklamodawców.

Jak Ci się współpracuje z Grzegorzem Sajórem, szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej?

Świetnie, bo to nie jest tylko taka współpraca zawodowa, ale też po prostu ludzka. Jesteśmy bardzo podobni pod wieloma względami: Grzesiek, Tomek, Janek, wcześniej Paweł Moskalewicz. Jesteśmy cały czas ze sobą w kontakcie. I to nie tylko w pracy, ale non stop.

Jak ostatnio Grzesiek w sobotę czy niedzielę nie odpisywał na SMS-y, to aż się zaniepokoiłem, że coś się stało. Okazało się, że skręcał szklarnię.

Kiedy prezydent, a potem politycy prawicy zaatakowali TVN 24 za pytanie dotyczące zażyłości Viktora Orbána z rosyjskim dyktatorem Władimirem Putinem, w „19.30” nawet nie wymieniliście nazwiska reportera Mateusza Półchłopka. Bo to konkurencja?

To był błąd. Znam Mateusza i uważam, że powinniśmy byli wymienić jego imię i nazwisko.

Kiedy ostatnio w „Pytaniu dnia” po „19.30” gościł polityk PiS? Lub Kancelarii Prezydenta Karola Nawrockiego?

„Pytaniem dnia” zajmowałem się przez pierwszy rok. Dziś to nie moja działka. Rozmowy podlegają TVP Info, więc nie chciałbym wchodzić w ich kompetencje.

Na początku marca był Jakub Banaszak, doradca prezydenta Nawrockiego i prezydent Chełma.

Mógłbym nie odpowiadać, bo nie zajmuję się tym. Moi koledzy zapraszają polityków Prawa i Sprawiedliwości, prezydenta, jak i przedstawicieli jego kancelarii. Niestety te zaproszenia są ignorowane.

Przecież to jest pasmo najwyższej oglądalności.

Nie zmusisz kogoś, jeżeli nie chce przyjść. Do tego dziennikarza nie, do tamtego też nie, a w ogóle do TVP też nie, bo – tu argument, który obalił wyrok sądu – jesteście „nielegalni”. Tak czasem mówią. A najczęściej milczą.

Politycy Konfederacji też odmawiają przyjścia do programu?

Jutro – z tego, co wiem – będzie w TVP Info marszałek Krzysztof Bosak. Był zresztą już wielokrotnie.

A do kogo w TVP dzwonią z pretensjami politycy koalicji?

Nie wiem. Na pewno nie do mnie. Nie mam telefonów od żadnych polityków – ani z jednej, ani z drugiej strony.

„»19.30« ukrywa informacje, które są niekorzystne dla rządzących, podczas gdy jej konkurencja nie ma problemu z ich ujawnianiem” – pisał pod koniec 2025 roku serwis XYZ.

Ale jakie?

Przykład z XYZ: 26 listopada sąd okręgowy uznał senatora KO Krzysztofa Kwiatkowskiego, byłego prezesa NIK, oraz byłego szefa klubu PSL Jana Burego za winnych przekroczenia uprawnień przy konkursach na stanowiska w NIK. O wyroku niekorzystnym dla polityka partii rządzącej „19.30” nie poinformowała. Materiał na ten temat pojawił się w „Faktach” i „Wydarzeniach”.

Musiałbym sprawdzić, czy nie zrobiliśmy tego tematu później. Nigdy nie jest tak, że coś ukrywamy, bo jest niekorzystne dla jakichś polityków, jednej czy drugiej strony.

Zawsze to jest jakiś wybór. Mamy rano kolegium i zastanawiamy się, co jest dla ludzi najważniejsze.

Press

(fot. Justyna Cieślikowska/JCSTUDIOSET)

PAWEŁ PŁUSKA – Absolwent politologii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Uzyskał też tytuł MBA na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie. Pracę w mediach rozpoczął na studiach w Radiu Centrum. W 1994 roku został reporterem RMF FM. W 1999 roku odszedł do Telewizji Puls, w której pracował trzy miesiące. Następnie był dziennikarzem Radia Zet. W 2002 roku dołączył do zespołu TVN 24. Od 2004 roku był reporterem polityczno-gospodarczym „Faktów” TVN. Od końca 2023 roku jest szefem redakcji programu informacyjnego „19.30” w Telewizji Polskiej.

Były też zastrzeżenia do tego, jak relacjonowaliście kampanię prezydencką. Reporter Radia Zet Maciej Bąk w marcu 2025 roku pisał: „Relacja z konwencji Karola Nawrockiego w programie »19:30« w TVP to jakieś kuriozum. Nic o zaprezentowanym programie, materiał był poświęcony głównie Trumpowi i temu czy… politycy PiS wpłacają na kampanię swojego kandydata”.

Co do zarzutów dotyczących kampanii: staraliśmy się zawsze pokazywać wszystkich. Były jednak zarzuty, że mniej czasu poświęcamy choćby Szymonowi Hołowni, a najwięcej Rafałowi Trzaskowskiemu czy Karolowi Nawrockiemu. Tylko przypominam, kiedy wystartował Hołownia, a kiedy inni. Siłą rzeczy wiadomo było od pewnego momentu, że są dwaj główni kandydaci, popierani przez dwie największe partie polityczne. Sondaże dawały im największe poparcie, więc siłą rzeczy skupiasz się na tych. Wiem, jakie pojawiały się zarzuty, że tego przedstawialiśmy bardziej pozytywnie, a tamtego bardziej negatywnie.

Zrobiliście w „19.30” chociaż jeden materiał pozytywny o Karolu Nawrockim?

Na pewno zawsze robiliśmy materiały obiektywne.

Materiały pokazujące, jakim chce być prezydentem, jaka jest jego wizja Polski. Nie było tak, że mówiliśmy wyłącznie o jego kawalerce czy o przeszłości w Grand Hotelu.

Jakbyśmy znali zastrzeżenia co do Rafała Trzaskowskiego – takie, jakie były wobec Karola Nawrockiego – to na pewno byśmy o nich mówili.

Karol Nawrocki miał możliwość wytłumaczenia się ze swojej przeszłości. Ale dzisiejszy pan prezydent nie za bardzo skorzystał z tej okazji. Nie chciał czy nie mógł? Nie wiem.

Natomiast my mamy przedstawiać świat taki, jaki on jest. To ma być ta czysta woda, a nie barwiona, z jednej czy drugiej strony.

Dziś też mówimy o inicjatywach prezydenckich. Nie wiem, czy ktokolwiek oprócz nas pokazał prezydenta w Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.

Jeśli PiS w przyszłym roku wróci do władzy, co zrobisz zawodowo? Do „Faktów” masz chyba zamknięte drzwi?

Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Dopiero niedawno zaczęły mi po głowie chodzić takie myśli. Wróćmy do rozmowy o oglądalności. Co jest siłą „Faktów” i „Wydarzeń”? Niezmienność. Widz jest do nich przyzwyczajony i wie, czego oczekiwać. W telewizji publicznej w kółko coś się zmienia. A zwłaszcza ludzie. Od dwóch i pół roku na szczęście nie, ale generalnie zmiany to jedyna stała w mediach publicznych.

A może dla Was szansą są zmiany właścicielskie w TVN? Prawa strona już przewiduje, jak zmieni się kurs w TVN 24 i „Faktach”.

Widziałem te wpisy i komentarze. Nie wierzę, że ktoś wydaje miliardy, by przejąć jakąś stację, a następnie ją zaorać. Gdy ktoś myśli, że jeśli się przerzuci zespół Republiki do „Faktów”, program będzie miał taką samą oglądalność, to się myli. Tak to nie działa. Niech popatrzy na to, co się stało choćby u nas. Tamci widzowie TVN by zniknęli, nie będą oglądali starej tylko z nazwy stacji.

A jak nie będą oglądali takiej stacji, to właściciel straci pieniądze, bo straci reklamodawców.

Współczujesz kolegom z „Faktów”? Czy może oni Tobie?

Nie wiem, czy mi współczują. Nigdy nie rozmawiałem z nimi o tym. Natomiast ja za kolegów z „Faktów” trzymam kciuki. Szanuję ich i lubię.

Jesteś znany z genialnych umiejętności parodystycznych.

No i co mam ci powiedzieć?

Jak to możliwe, że podobno się dziwisz, iż nie wszyscy potrafią mówić głosem Jana Pawła II, Waldemara Pawlaka czy Bogusława Lindy?

Już teraz się nie dziwię, ale rzeczywiście przez lata mi się wydawało, że każdy tak ma.

Prawicowe media wytykały Ci nagrania z tych parodii, gdy w grudniu 2023 roku przechodziłeś do TVP.

Atakowano mnie, że mówię głosem papieża. Ale pamiętam tych rzekomo konserwatywnych ludzi, gdy stali obok mnie w sejmie i śmiali się, gdy mówiłem jednym czy drugim głosem. Nie używałem tych umiejętności, by kogoś urazić lub drwić. Nigdy. Raczej by wprowadzić trochę luzu. Nie zapomnę też, jak kiedyś poszedłem na wywiad do Ochotniczej Straży Pożarnej. Usiadłem naprzeciwko Waldemara Pawlaka, żeby z nim zrobić rozmowę. Wtedy od razu pojawił się dookoła wianuszek dziennikarzy. Wszyscy chcieli usłyszeć, jak Pawlak będzie rozmawiał z Pawlakiem. Rozmowa była bardzo krótka, bo obaj parsknęliśmy śmiechem.

Nie wsiądziesz już na motocykl?

Nie chciałbym o tym mówić ze względów osobistych. Ostatnio go odpaliłem, żeby przygotować do sprzedaży. Pomyślałem: „Fajnie byłoby wsiąść i się przejechać”. Ale tego nie zrobię.

Make-up: Edyta Piasecka
Produkcja: Ula Chrząstowska/Ower Studio

Dziękujemy za pomoc:
REKWIZYTY FILMOWE PRL
ul. Baletowa 41a
tel. +48 607 043 674

***

Ta rozmowa Macieja Kozielskiego z Pawłem Płuską pochodzi z magazynu Press wydanie nr 05-06/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech

Press

Maciej Kozielski

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.