„Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu”
Robert Stefanicki
Agora SA
Warszawa 2014
To nie jest książka dla idealistów. Nie czytaj, jeśli chcesz wiedzieć o Tybecie tylko tyle, że to zagarnięty przez Chiny górski kraj, w którym mieszkają uduchowieni ludzie myślący wyłącznie o Buddzie i powrocie z wygnania do Indii swego duchowego przywódcy – Dalajlamy.
Stefanicki pokazuje też Tybet brzydki, jak komunizm, z jego brakiem nadziei, z więźniami politycznymi. Tybet biedny, brudny i obciążony analfabetyzmem. Ale jeśli przychodzi ci do głowy, czytelniku, że tam jest pewnie tak, jak w Polsce za komuny, to autor ma dla ciebie złą wiadomość: w Tybecie nic nie jest takie, jakie się wydaje. To paradoks, ale buddyzm ma się lepiej w Chinach niż w Tybecie. W Chinach wolno go praktykować bez narażania się na represje, wolno handlować zdjęciami Dalajlamy, co w Tybecie jest zabronione. Rzeźnikami w Tybecie są muzułmanie, bo podobnie jak kowalstwo to też praca nieczysta. Gdy ich nie ma, zabić jaka na obiad może i Tybetańczyk, jeśli tylko zmaże grzech modlitwą w intencji reinkarnacji bydlęcia. Ale do Chińczyków Tybetańczycy strzelali bez modlitw.
Dlatego młode pokolenie woli się uczyć chińskiego i angielskiego niż tybetańskiego i najchętniej wyjeżdża do Indii za pracą. A mnisi i mniszki zostają, by dalej zdawać częste klasówki organizowane przez partyjniaków z Pekinu – z prawd wiary komunizmu i nienawiści do Dalajlamy. Jedyna optymistyczna wizja w tej książce to futurystyczna zapowiedź odrodzenia buddyzmu w Stanach Zjednoczonych przez nowego Dalajlamę, syna amerykańskiej celebrytki. Tak kultura pop miałaby uratować wolność Tybetu i religię. Tu pora się ze Stefanickim nie zgodzić, bo jeśli coś ocali Tybet, będzie to raczej pamięć o samospaleniach mnichów niż wybuch buddyzmu w USA.
CP