Dział: PRASA

Dodano: Kwiecień 13, 2013

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

"Rzeczpospolita" nie po raz pierwszy zostawia bez pomocy prawnej swoich dziennikarzy

Grzegorz Hajdarowicz, prezes Gremi Media, pozbawił ochrony prawnej byłych redaktorów "Rzeczpospolitej" (Tomasza Wróblewskiego i Pawła Lisickiego) i dziennikarza Cezarego Gmyza. Ale to nie pierwszy przypadek w historii "Rzeczpospolitej", gdy gazeta ta nie chce bronić swoich byłych dziennikarzy. W 2008 roku Bertold Kittel musiał zgodzić się na ugodę w sprawie swoich tekstów, bo nie chciał zostać sam z kosztownym procesem. Redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej" był wtedy Paweł Lisicki.

O sprawie dziennikarzy wystawianych do wiatru przez swoje redakcje pisaliśmy w tekście "Za plecami" w miesięczniku "Press" w 2008 roku (nr 3/146). Oto ten ten tekst:
 
W archiwum internetowym „Rzeczpospolitej” już niedługo próżno będziemy szukać tekstów Bertolda Kittela „Tajne konta Jamrożego i Wieczerzaka; Anatomia oszustwa” oraz „Jak odzyskać fortunę”. W dodatku żaden dziennikarz „Rz” nie będzie się mógł na nie powołać. Znikną teksty, za które autor, wówczas dziennikarz śledczy „Rzeczpospolitej”, otrzymał nagrody Fundacji Batorego oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i nominację do nagrody Grand Press. Teksty, za które ich bohater Andrzej Perczyński, opisany przez Bertolda Kittela jako ten, który pomagał ówczesnym prezesom PZU zakładać nielegalne konta na wyspie Jersey, pozwał do sądu wydawcę – spółkę Presspublica, redaktora naczelnego „Rz”, autora tekstu oraz Prestona Smitha, ówczesnego redaktora naczelnego anglojęzycznego miesięcznika „Poland Monthly”. To Smith pomagał Kittelowi w napisaniu tekstu – opowiedział o aferze i dostarczył część dokumentów.
 Teksty znikną nie dlatego, że sąd orzekł, iż napisano w nich nieprawdę. Znikną, bo 6 grudnia ub.r. „Rzeczpospolita” i Kittel zawarli z Perczyńskim ugodę. – Ta ugoda to wielki wstyd. Zrobili to nagle i po cichu – mówi Smith.
 – Zgodziłem się na ugodę, bo nie chciałem się wikłać w długotrwały proces, który kosztowałby mnie gigantyczne pieniądze – mówi Bertold Kittel. Twierdzi, że ultimatum redakcji zrozumiał jednoznacznie – jeśli nie zgodzi się na ugodę, będzie musiał się bronić sam lub wynająć za własne pieniądze prawnika.
 
Czas i pieniądze
 
Pozew Perczyńskiego dotyczył naruszenia jego dóbr osobistych, a głównym żądaniem było wydrukowanie przeprosin na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” oraz zasądzenie od pozwanych solidarnie miliona złotych. Smith opowiada, jak przez cztery lata proces stał w miejscu, skupiając się na rozstrzyganiu drugorzędnych spraw, aż doszło do ugody, której się nie spodziewał. Jej głównym elementem było oświadczenie, które dziennik opublikował w ostatnich dniach grudnia ub.r. Zawiera ono jedno zdanie: „Redakcja dziennika »Rzeczpospolita« oświadcza, w związku z opublikowaniem tekstów w dzienniku »Rzeczpospolita« z dnia 13 października 2003 r. i 14 października 2003 r. na temat PZU, w tekstach tych zamieszczono nieuzasadnione stwierdzenia dotyczące Pana Andrzeja Perczyńskiego, które mogły być źródłem pochopnych i błędnych wniosków wobec niego, co nie było jej zamiarem”. Pod oświadczeniem widniał podpis: „autorzy »Rzeczpospolitej«”. – Zostałem rozjechany, nikt nie spytał mnie o zdanie na ten temat. Wszystko odbyło się na zasadzie: jak się zgadzasz, to podpisz, a jak nie, to spieprzaj. Normalna gazeta nigdy nie powinna się tak zachować. Poza tym to sprzeczne z ideałami „Rzeczpospolitej”, które mówiły, że dobrej sprawy bronimy do końca – mówi Kittel.
 Przyznaje, że zaakceptował ugodę z obawy przed przegraną: – Z doświadczenia wiem, że sądy nie potrafią ogarnąć tak skomplikowanych spraw. Moje obawy brały się właśnie z tego, że sędzia czegoś nie zrozumie, nie zaś z tego, że napisałem nieprawdę.
 Kittel przyznaje jednak, że o podpisaniu ugody nie zamierzał informować publicznie. – Nie wydaje mi się, żeby sprawa dotycząca dziennikarza i wydawcy interesowała kogoś spoza środowiska. Zresztą co miałem zrobić? Oplakatować miasto? Zwołać konferencję prasową? Nie chciałem być sędzią we własnej sprawie – tłumaczy.
Choć w sprawie łamania zawodowych standardów w TVP Kittel potrafił wraz z trzema dziennikarzami zorganizować protest i zainteresować nim ogólnopolskie media.
 
Sąd nie wnika
 
Po publikacji oświadczenia w „Rzeczpospolitej” Preston Smith interweniował u redaktora naczelnego gazety Pawła Lisickiego. – Powiedziałem mu, że mnie skrzywdził. Usłyszałem, że takie postępowanie doradził mu prawnik, a on sam nawet nie zna sprawy zbyt dobrze – opowiada Smith.
Tym prawnikiem był znany warszawski adwokat Jacek Kondracki, z którego usług od dawna korzysta wydająca „Rz” spółka Presspublica. Adwokat twierdzi, że sprawę sztucznie rozdmuchał Smith, a dziennikarze „Rz” mogą się czuć bezpieczni, bo konsekwencje finansowe wynikające z ich ewentualnych procesów ponosi wydawca.
Dlaczego więc „Rz” się wycofała? Tak naprawdę nie wiadomo. Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki niechętnie wypowiada się na ten temat. – Taką decyzję zaproponował nam nasz prawnik i redakcja się z nim zgodziła. Jest dobrym zwyczajem w naszej redakcji, że w tego typu sprawach ostateczna decyzja uzależniona jest od opinii prawnika. Tak jest w 99 procentach przypadków – mówi Lisicki. Dodaje, że niektóre wątki w tekście Kittela powinny być lepiej zbadane.
Kondracki na temat ugody nie chciał z nami rozmawiać. „Polityce” powiedział, że opowiadał się za takim rozwiązaniem, bo ryzyko przegranej było duże, dowody zaś przeciwko Perczyńskiemu „bardzo nikłe”.
Kittel i Smith zapewniają, że sprawa była bardzo dobrze udokumentowana. – To między innymi dzięki zgromadzonym przez nas dokumentom wygraliśmy proces z byłymi prezesami PZU Romanem Fulneczkiem i Krzysztofem Jarmuszczakiem – mówi Bertold Kittel. Fulneczek i Jarmuszczak kierowali PZU na początku lat 90. Według Kittela i Smitha oni również założyli sobie tajne konta na Jersey. Po ujawniającym to artykule w „Rz” obaj pozwali gazetę i Kittela do sądu. Sprawę w pierwszej instancji przegrali i złożyli apelację.
Według Kittela to jednak za mało, aby nie iść na ugodę z innym bohaterem tekstu o tej sprawie. – Po tym, jak „Rzeczpospolita” zawarła ugodę z Perczyńskim, sąd nie wnikałby w sprawę, tylko oparłby się na tym, że gazeta zawarła porozumienie, wycofując się z zawartych w artykułach ustaleń. Z doświadczenia wiem, że sądy nie potrafią korzystać z ustaleń dziennikarzy śledczych. W takiej sytuacji ryzyko przegranej jest bardzo duże, a ja nie mam ani czasu, ani pieniędzy by się na nie narażać – tłumaczy Kittel. Do momentu ugody nie musiał się o nie martwić, bo pokrywała je „Rz”. Co innego Smith. On w części musiał płacić z własnej kieszeni. – O tym, by „Rzeczpospolita” mi pomogła, nigdy nie było mowy. Raz tylko redakcja zapłaciła za wniesienie zażalenia, ale dotyczyło ono zarówno mnie, jak i Bertolda – opowiada Smith. Perczyński pozwał go również za tekst w „Poland Monthly”. Na prawników, opłaty sądowe i tłumaczenia napisanych po angielsku dokumentów, wydał do tej pory co najmniej 60 tys. zł.
Była koleżanka Kittela z „Rzeczpospolitej” Anna Marszałek, obecnie dziennikarka śledcza „Dziennika”, uważa, że „Rz” zbyt wcześnie się poddała. – Tym bardziej że w sprawie tajnych kont szefów PZU trwa śledztwo, a prokuraturze udało się uzyskać dokumenty, które potwierdzają ustalenia Prestona i Bertolda – mówi.
Zdaniem Cezarego Łazarewicza, dziennikarza „Polityki”, który obserwuje sprawę Smitha, Bertold Kittel powinien zachować się inaczej. – Mógł wcześniej alarmować, że redakcja chce mu wykręcić taki numer. Wtedy byłaby szansa, że ugody nie będzie. Przecież sprawa nie dotyczy byle jakiej gazety i anonimowego reportera, tylko jednego z najlepszych dzienników i dziennikarzy w Polsce – twierdzi Łazarewicz.
 
Wpis do protokołu
 
– W tej sprawie nie została dochowana zasada lojalności redakcji wobec dziennikarzy – przekonuje Grzegorz Gauden, były redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, a w chwili publikacji artykułów na temat PZU prezes Presspubliki (naczelnym „Rz” był wówczas nieżyjący już Maciej Łukasiewicz). Zdaniem Gaudena w sytuacji, gdy redakcja wycofuje się z obrony dziennikarza, jego położenie jest znacznie trudniejsze, niż gdyby to on sam zawarł ugodę za plecami gazety. – Taki dziennikarz byłby jednak skończony w środowisku, redakcja może działać nadal – mówi Gauden.
Jednak kiedy sam Gauden był prezesem Presspubliki, „Rz” bez zgody dziennikarza zawarła porozumienie z osobą skarżącą redakcję. Sprawa dotyczyła szefa Polsatu Zygmunta Solorza-Żaka. W 1994 roku, niedługo po tym, jak Polsat otrzymał ogólnopolską koncesję telewizyjną, ówczesny korespondent „Rz” z Wrocławia Rafał Bubnicki wraz z dwiema dziennikarkami współpracującymi z tą gazetą opisał niejasne, jego zdaniem, źródła pochodzenia majątku Solorza. Autor tekstu zwracał też uwagę na jego częste zmiany nazwisk i paszportów. Właściciel Polsatu pozwał gazetę i dziennikarza. Sprawa ciągnęła się wiele lat. – Z Maćkiem Łukasiewiczem postanowiliśmy zakończyć ten spór i zawarliśmy ugodę bardzo dla nas korzystną, bo nie musieliśmy publikować żadnego sprostowania ani oświadczenia. Skończyło się jedynie wpisem do sądowego protokołu – zapewnia.
Dziennikarze postanowili jednak walczyć w sądzie sami. Jak zapewnia Gauden, kiedy nie chcieli się zgodzić na porozumienie z Solorzem, wydawca opłacił im prawnika, a gdy w końcu przegrali, „Rz” za darmo wydrukowała zasądzone przeprosiny, mimo że w gazecie już nie pracowali. – Bo redakcja zawsze powinna być lojalna wobec dziennikarzy i stać do końca po ich stronie – podkreśla Grzegorz Gauden. – Nie można więc porównywać obu spraw – uważa.
A jednak można, bo jak mówi Rafał Bubnicki, o planowanej przez redakcję ugodzie dowiedział się dzień wcześniej przez telefon. – Redakcja zachowała się niewłaściwie. Wybrano sposób najgorszy z możliwych, na dodatek przekazano nam tylko część informacji na temat planowanej ugody. Nie wiedzieliśmy, że z 11 zarzutów, które na początku przeciwko nam skierował Solorz, utrzymał się tylko jeden, dotyczący jednego zdania. Być może, gdybyśmy o tym wiedzieli, poszlibyśmy na ugodę – wspomina Bubnicki, który niedawno odszedł z „Rzeczpospolitej”. Sprawę z prawnikiem zapamiętał inaczej niż Grzegorz Gauden. – Wynajęliśmy go sami. Nie musieliśmy mu płacić tylko dlatego, że zrzekł się honorarium – opowiada Bubnicki. Przyznaje jednak, że w końcówce sprawy Gauden zachował się fair. – Gdy przegraliśmy, wziął na siebie wszystkie koszty. Dzięki temu nie musieliśmy płacić za przeprosiny, które sąd kazał nam opublikować na łamach „Rzeczpospolitej”. W sumie nie mam do niego pretensji – kwituje.
 
Syndyk przeprasza
 
Bertold Kittel już wcześniej przekonał się, co znaczy zostać samemu na placu boju. Pod koniec lat 90., jeszcze jako dziennikarz „Życia”, znalazł się w podobnej sytuacji jak teraz Smith. Razem z obecnym dziennikarzem „Gazety Wyborczej” Wojciechem Czuchnowskim napisał tekst o powiązaniach piłkarzy warszawskiej Legii z gangiem mokotowskim. Głównym bohaterem artykułu był zapomniany dziś na Łazienkowskiej rosyjski piłkarz Roman O., który miał kupować narkotyki od gangsterów. To nie on jednak pozwał dziennikarzy, ale jedna z osób związanych z ówczesnym zarządem klubu, która uznała, że tekst szkaluje Legię. Zanim doszło do procesu, „Życie” upadło, a dziennikarze zostali na lodzie. – Ani ówczesny naczelny Tomasz Wołek, ani nikt z kierownictwa gazety nie czuł się w obowiązku, by pomóc mi w procesie – wspomina Kittel. Razem z Czuchnowskim musiał wynająć adwokata za własne pieniądze – w sumie kilka tysięcy złotych.
 Tomasz Wołek doskonale pamięta tę sprawę, ale do winy się nie poczuwa. – Nie miałem możliwości zapewnienia dziennikarzom opieki prawnej, bo to leżało poza moimi kompetencjami. Po prostu byłem wówczas bezrobotny. Mogłem w tej sprawie interweniować u syndyka i stawiać się na rozprawach w sądzie, by bronić wersji Kittela i Czuchnowskiego. Tak też robiłem – zapewnia były naczelny „Życia”.
Podobną historię ma za sobą Leszek Kraskowski, były dziennikarz „Życia Warszawy” i „Rzeczpospolitej”, dziś śledczy „Dziennika”. W 1995 roku w pierwszej z tych gazet opisał bizneswoman, która nie spłaciła zaciągniętego kredytu. Urażona kobieta pozwała dziennikarza do sądu. O tym, jak sprawa się skończyła, Kraskowski dowiedział się cztery lata później z ogłoszenia, które „Życie Warszawy” zamieściło na pierwszej stronie i w „Rzeczpospolitej”, w której właśnie podjął pracę. Syndyk poprzedniego wydawcy „ŻW” – Życia Press przepraszała i składała wyrazy ubolewania za tekst Kraskowskiego, który miał „bezzasadnie naruszyć dobra osobiste” bohaterki artykułu. O tym, że jest to efekt sądowej ugody, którą syndyk zawarła za plecami dziennikarza, Kraskowski nie wiedział. – Nie miała prawa publikować przeprosin, zamieszczając w nich moje nazwisko, bo to sugerowało, że naruszyłem dobra osobiste tamtej pani – podkreśla dziś dziennikarz.
 
Kredyt na wyrok
 
Koszty przegranej sprawy do tej pory ponosi były dziennikarz rzeszowskich „Super Nowości” Janusz Koryl. Pod koniec lat 90. w reportażu o samotnej, schorowanej staruszce napisał, że dzieci nie opiekują się matką. Dzieci uznały, że naruszył ich dobra osobiste i skierowały pozew do sądu. Dziennikarz proces przegrał. Razem z wydawnictwem Super Nowości oraz redaktorem naczelnym gazety miał zapłacić kilkanaście tysięcy złotych. Jednak wydawca płacić nie chciał i doszedł do wniosku, że to dziennikarz powinien zapłacić wszystko. Kiedy Koryl się opierał, skierował przeciw niemu pozew do sądu o wyegzekwowanie całej kwoty. Na niekorzyść Koryla działało to, że nie był etatowym pracownikiem redakcji, ale występował jako jednoosobowa firma. I właśnie jako firma podpisał umowę z wydawcą, według której ponosił odpowiedzialność za złamanie prawa w swych artykułach. – Nie miałem wyjścia. Takie same umowy podpisywali inni dziennikarze. To był warunek pracy dla „Super Nowości” – tłumaczy Koryl. Dlatego sąd, wydając wyrok, nie miał żadnych wątpliwości, kto ma płacić odszkodowanie. Łącznie z odsetkami wyszło ok. 25 tys. zł. – Interweniowałem u Rzecznika Praw Obywatelskich, ale nikt się za mną nie ujął – mówi. W końcu zapłacił. A że nie miał z czego, wziął kredyt z banku, który cały czas spłaca.
 
Kwestia etyki
 
W Polsce nie ma przepisów, które nakazywałyby redakcji bronienie dziennikarzy w wypadku zaskarżenia ich do sądu za opublikowany materiał. Teoretycznie dziennikarz może się bronić sam, choć – jak twierdzi prawnik „Gazety Wyborczej” mecenas Piotr Rogowski – to „sytuacja skandaliczna”. Prawo prasowe mówi jedynie o tym, że za tekst solidarnie odpowiadają dziennikarz, wydawca oraz redaktor, który dopuścił tekst do druku, czyli najczęściej redaktor naczelny. Oznacza to, że w razie przegranej przed sądem każdy z nich powinien zapłacić jedną trzecią określonej w orzeczeniu sumy. W praktyce najczęściej jednak wydawca płaci wszystko. Prawo cywilne dopuszcza również możliwość pozwania wyłącznie autora artykułu.
Jedynym przepisem, ale niemającym mocy prawnej, który zobowiązuje redakcje do zapewnienia pomocy postawionemu przed sądem dziennikarzowi, jest kodeks dobrych praktyk obowiązujący wydawców zrzeszonych w Izbie Wydawców Prasy. Wydawcy, dziennikarze oraz prawnicy specjalizujący się w prawie prasowym uważają, że to wystarczy, a istnienie nakazu w formie prawnej nie jest potrzebne. Co więcej, zdaniem mecenasa Jędrzeja Tracza, pełnomocnika Prestona Smitha, nie dałoby się takiego zapisu dobrze skonstruować. – Zasada, która mówi o tym, że redakcja do końca broni dziennikarza i płaci za niego ewentualne koszty sądowe, powinna stać się bezwzględnie obowiązująca, ale jedynie w praktyce – podkreśla Tracz.
 – Nie można nakazać wydawcy, żeby kogoś bronił. To kwestia etyki – zaznacza mecenas Rogowski.
 Dominik Księski, redaktor naczelny tygodnika „Pałuki” i szef Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, uważa, że tylko w jednym wypadku redakcja mogłaby pozostawić dziennikarza bez wsparcia: – Mógłbym postąpić w ten sposób tylko wtedy, gdyby dziennikarz umyślnie wprowadził w błąd czytelników – mówi.
Preston Smith zapewnia, że on tego nie zrobił i deklaruje, że o swoje racje w sporze z Perczyńskim będzie walczył do końca. Nawet jeśli proces miałby się ciągnąć latami: – Jestem pewny, że wygram – podkreśla. Ale Bertold Kittel, który w procesie Smitha ma teraz zeznawać jako świadek, nie jest już tego taki pewny: – Nie wiem, czy Preston wygra. Ale ryzyko jego przegranej nie jest ogromne. Na pewno ma szansę.
 
Grzegorz Rzeczkowski

 

(13.04.2013)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.